Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


6 stycznia 1879 roku. 800 osób na widowni. Kielczanie w odświętnych toaletach dyskretnie lustrują ze swoich lóż wnętrze nowego budynku. Za chwilę kurtyna pójdzie w górę i wszyscy przeżywać będą zapisane w operze komicznej „Dzwony kornewilskie” perypetie arystokraty powracającego z wygnania do rodzinnego zamku. 6 stycznia 2019 roku. Premiera scenicznej adaptacji jednej z najważniejszych powieści ostatnich dziesięcioleci – „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego. Pisarz zasiada w loży honorowej. Kielecki teatr znów wypełniony po brzegi.

140 lat. W jednym gmachu. Usytuowanym przy głównym deptaku miasta nazywanym dziś pieszczotliwie Sienkiewką, niegdyś zaś ulicą Konstantego, a później Pocztową. 140 lat wzlotów i upadków, momentów chwały, wielkich kreacji, skandali, oklasków, dziesiątek reżyserów, dyrektorów, setek aktorów i – jakżeby inaczej – publiczności.

To miejsce w cudowny sposób zrosło się z kielecką sceną, genius loci najwyraźniej działa skutecznie, co w sposób szczególny uwidoczniło się w połowie lat 90. ubiegłego wieku, gdy próbowano, na szczęście bezskutecznie, zmienić adres Żeromskiego. Przeprowadzki udało się uniknąć, ale ostateczna decyzja o pozostawieniu teatru w budynku przy ul. Sienkiewicza 32 poprzedzona była wielomiesięcznymi przepychankami i długimi spotkaniami, podczas których dochodziło do wielkich awantur. I tylko bezprzykładnemu uporowi ówczesnego dyrektora sceny Piotra Szczerskiego w dużej mierze zawdzięczamy zaniechanie planu przenosin teatru do Kieleckiego Centrum Kultury.

Wiele lat później zdarzyło się i tak, że poczciwy patron przestał się podobać. Miał go zastąpić Sławomir Mrożek. I znów rozpętała się afera, bo, jak przekonywali zwolennicy zmiany, autor „Przedwiośnia” z  twórczością teatralną niewiele ma wspólnego i w ogóle trąci nieco naftaliną. Ale znakomita inscenizacja „Dziejów grzechu” przygotowana przez Michała Kotańskiego udowodniła, że pan Stefan jak najbardziej zasługuje na miano opiekuńczego ducha kieleckiej sceny.

I teatr, i walki bokserskie

Czy zamożny przedsiębiorca, współwłaściciel browarów i fabryki prefabrykatów budowlanych Ludwik Stumpf rzeczywiście stracił głowę dla warszawskiej aktorki i postanowił wybudować dla niej teatr? A może, kierując się instynktem doświadczonego fabrykanta i kupca, zwietrzył w działalności artystycznej świetny interes? Kto wie. Romantyczna historia każe nam wierzyć, że natchnieniem dla powstania kieleckiej sceny była szaleńcza miłość. Faktem jednak jest, że jej uruchomienie okazało się również niezwykle dochodowym przedsięwzięciem. Spragnieni rozrywki kielczanie wykupywali bilety na przedstawienia wędrownych trup, wystawiane w zupełnie przypadkowych miejscach. Może więc dlatego Ludwik Stumpf podjął w 1877 r. decyzję o budowie na placu usytuowanym przy ówczesnej ul. Konstantego nie tylko gmachu teatru, ale i hotelu ze stajnią, restauracji oraz mieszkań prywatnych?

2 czerwca 1877 r. odbyła się uroczystość wmurowania kamienia węgielnego i prace ruszyły pełną parą. 12 grudnia 1878 r. w samo południe, w obecności władz, znamienitych mieszkańców miasta oraz samego naczelnika guberni, poświęcono nowo wybudowany, niezwykle okazały gmach teatru, który już wówczas nazywany był teatrem Ludwika, choć gwoli kronikarskiej skrupulatności należy wspomnieć nazwisko Józefa Teksla, który był współpracownikiem Stumpfa i współwłaścicielem kieleckiej sceny. To właśnie kierowane przez niego trupy aktorskie królowały przez lata w nowym teatrze.

6 stycznia 1879 r. odbyła się historyczna premiera opery komicznej „Dzwony kornewilskie”, rozgrywającej się na przełomie XVIII i XIX w. pełnej namiętności, zdrady i zemsty opowieści o arystokracie, który po latach wygnania próbuje odzyskać swoje dobra. Początkowo na otwarcie sceny planowano wystawić sztukę polską – komedię Józefa Blizińskiego, ale ostatecznie, ponoć z powodu choroby jednej z aktorek, zdecydowano się na francuskie widowisko. Od tego momentu scena przy ul. Konstantego stała się ulubionym miejscem kielczan, którzy szukali tu rozrywki i chwili wytchnienia od codziennych problemów.

– Warte podkreślenia jest to, że kielecka scena jest jedną z nielicznych w Polsce, które od początku swojego istnienia mieszczą się w tej samej siedzibie – mówi Luiza Buras-Sokół, specjalista ds. marketingu i promocji w Teatrze im. Stefana Żeromskiego. – W tym gmachu przez 140 lat działy się różne rzeczy. Gościła tu nie tylko sztuka wysoka, publiczność przychodziła tu także na pokazy tresowanych świń czy mecze bokserskie. Pamiętajmy również, że dopiero po II wojnie światowej kielecka scena doczekała się stałego zespołu aktorskiego, wcześniej występowały tu wędrowne trupy, które zatrzymywały się w Kielcach na kilka tygodni, wystawiając operetki, wodewile, farsy… Słowem spektakle łatwe i lekkie, bowiem takich spragniona była publiczność – dodaje.

Nie zapominajmy, że w okresie między dwoma wielkimi wojnami, na deskach kieleckiego teatru gościli artyści tej klasy, co Ludwik Solski, Gabriela Zapolska, Juliusz Osterwa czy Karol Adwentowicz.

Z kronikarską skrupulatnością

Jeszcze nikt nigdy nie spisał historii kieleckiej sceny od początków jej istnienia. Wprawdzie w 1995 r. z okazji 50-lecia działalności w gmachu przy ul. Sienkiewicza 32 stałego zespołu aktorskiego ukazało się wydawnictwo „Plotka i prawda o teatrze”, ale obejmowało ono jedynie okres powojenny i było przede wszystkim zbiorem wspomnień, anegdot i dykteryjek.

Jubileusz 140-lecia skłonił grono miłośników kieleckiej sceny do podjęcia się śmiałego, by nie rzec karkołomnego, zadania spisania kroniki teatru – od momentu, gdy w głowie Ludwika Stumpfa zrodził się pomysł budowy gmachu przy ul. Konstantego aż do roku 2019. – Zadanie było o tyle trudne, że czasu na przygotowanie wydawnictwa było mało, prace trwały od kwietnia. Poza tym dotarcie do źródeł wymagało kronikarskiej cierpliwości i wnikliwości – przyznaje Luiza Buras-Sokół.

Wokół pomysłu zgromadziła się grupa znanych kieleckich teatromanów. Wszystko zaczęło się od Grzegorza Cupera, znawcy historii naszej sceny, który sprawował pieczę nad całością. Wkrótce dołączyły do niego: Beata Klimer (zajęła się początkami teatru, czyli okresem od 1879 do 1914 r.), prof. Marta Pawlina-Meducka (jej przypadły lata 1914-1945), Renata Głasek-Kęska (poprowadziła historię teatru do 1952 r.). Grzegorz Cuper i Halina Łabędzka zebrali dzieje sceny od momentu pojawienia się tu Ireny i Tadeusza Byrskich, zaś najnowszy okres działalności opisała Paulina Drozdowska.

– Najtrudniej było spisać początki działalności sceny. Autorki opierały się głównie na archiwalnych numerach „Gazety Kieleckiej”, przejrzały wszystkie jej wydania, poszukując recenzji czy informacji o repertuarze teatru. Sporo czasu spędziły także w Archiwum Państwowym, gdzie przechowywane są m.in. afisze teatralne, udało się również zgromadzić wiele zdjęć, w tym z bogatego archiwum teatru i zbiorów prywatnych – relacjonuje Luiza Buras-Sokół.

Dzięki temu powstała szczegółowa kronika kieleckiej sceny – „Od Teatru Ludwika do Teatru im. Stefana Żeromskiego”, ukazująca jej historię przez pryzmat kolejnych premier i ważnych wydarzeń pozascenicznych. Jak mówi Luiza Buras-Sokół, kronika obfituje we fragmenty recenzji, które obrazują, jak przyjmowane były premiery, kto wiódł prym na scenie i jak zmieniały się gusta publiczności.

Złote i srebrne lata

Jubileuszowe wydawnictwo to także kompendium wiedzy o ludziach, którzy tworzyli teatr – kolejnych dyrektorach, reżyserach i aktorach. Wielu z nich – tak jak Irena i Tadeusz Byrscy – zapisało się w historii złotymi zgłoskami, inni odeszli w niepamięć…

– Powojenna historia teatru to 17 dyrektorów, z których najdłużej, bo aż 23 lata funkcję tę sprawował Piotr Szczerski – wylicza Luiza Sokół-Buras. Ważny okres w historii kieleckiej sceny to pierwsze powojenne lata dyrektorowania Hugona Morycińskiego. Jak czytamy w opracowaniu „Plotka i prawda o teatrze”, w tym czasie ukończono remont sali teatralnej, nadano scenie imię Stefana Żeromskiego, otwarto w Radomiu jej filię, a co najistotniejsze – upaństwowiono teatr.

Znakomitym artystycznym duetem byli Irena i Tadeusz Byrscy, którzy w latach 50. na przekór szalejącemu realnemu socjalizmowi, odważyli się wprowadzić na scenę takie tytuły jak „Kaligula” Alberta Camusa. Również w Kielcach miała się odbyć prapremiera „Ślubu” Witolda Gombrowicza, ale pisarz – mimo zaawansowanych już prób – kategorycznie zakazał wystawienia sztuki. Dlaczego? Stwierdził dość obcesowo, że bomba nie może wybuchnąć na prowincji. I nie wybuchła.

Dyrektorowanie Byrskich wiąże się również z utworzeniem 3-letniej średniej szkoły aktorskiej, którą ukończyło 18 osób. Czasy Byrskich nazywane są przez krytyków złotym wiekiem kieleckiej sceny. Miano srebrnego przypadło latom 1982-1990, gdy funkcję dyrektora objął Bogdan Augustyniak, reżyser tak głośnych przedstawień, jak  „Kartoteka” Różewicza, „Kordian” Słowackiego, „Rewizor” Gogola czy „Emigranci” Mrożka.

Bez podłogi, ale z entuzjazmem

140 lat w jednym miejscu. Przepraszam – z jednym małym wyjątkiem! Jak czytamy w wydawnictwie „Prawda i plotka o teatrze” tuż po II wojnie światowej, ze względu na ogromne zniszczenie gmachu, aktorzy występowali w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach. Tam też była scena, widownia, loże. A jednak… Artyści nie czuli się komfortowo, uleciał duch prawdziwego teatru, rychło więc wrócili na stare śmieci.  I nikomu nie przeszkadzało to, że w całym budynku brakowało szyb, a widzowie musieli siedzieć na spektaklach w paltach. Scena nie miała podłogi, budowano ją sukcesywnie z pieniędzy ze sprzedaży biletów, reflektory wykonane były z ocynkowanych wiader, które dobrze odbijały światła żarówek. Jak wspomina Stefan Dudzic, główny elektryk, aktorzy nie posiadający mieszkań sypiali w garderobie i salach prób. I wszystkim towarzyszył ogromny entuzjazm. Dość powiedzieć, że pierwsza powojenna premiera „Sublokatorka” Adama Grzymały-Siedleckiego w reżyserii Pawła Owerłły, która odbyła się 17 marca 1945 r., została okupiona łzami wzruszenia. Jak wspominał Jan Witkowski, brygadzista sceny, rozbeczeli się wszyscy i dopiero po kilku minutach, gdy płakanie ustało, można było podnieść kurtynę.

Takie były początki – pionierskie, nieco siermiężne, ubogie i pełne wyzwań. Teatr wyjeżdżał wówczas często w teren, by zgodnie z linią partii krzewić kulturę po wsiach i miasteczkach. Stanisława Orska tak wspomina te artystyczne wojaże: Graliśmy niekiedy w bardzo ciężkich warunkach – w budach czy budynkach gospodarczych. Pamiętam, że do jednej z sal wchodziliśmy po drabinie, na dole były krowy. Sam dojazd do odległych miejscowości dostarczał wielu emocji. Po Kielecczyźnie grasowały bandy, a poza tym – jeżdżąc  samochodem ciężarowym, krytym brezentem, przeziębialiśmy się.

Kapelusz Mrożka

Z kieleckim teatrem związanych jest wiele znamienitych osób. Jako młodzieniec grywał tu amatorsko Wiesław Gołas, Józef Szajna przygotowywał scenografię, swoje sztuki wystawiał Bogusław Schaeffer, rozbawiał publiczność Jerzy Bończak. W maju 1994 r. na deskach kieleckiej sceny odbyła się znakomicie przyjęta premiera „Miłości na Krymie”. Na jednym z przedstawień gościł sam Sławomir Mrożek, który spotkał się też z publicznością.

– Dotarliśmy do relacji ze spotkania z pisarzem zamieszczonych w lokalnych mediach. Mrożek komplementował kielecką inscenizację i powiedział, że kiedy wchodzi do naszego teatru, to czuję się tak, jakby był u siebie, jakby stale tu mieszkał – mówi Luiza Buras-Sokół.

Autor „Tanga” najwyraźniej zrósł się z kielecką sceną, a co znamienne, już po jego śmierci, żona Susana Osorio-Mrożek podarowała teatrowi słynny brązowy kapelusz pisarza. Takich niezwykłych pamiątek i rekwizytów jest znacznie więcej. Tworzą one historię naszej sceny. Ta historia pisze się każdego dnia, każdej godziny. Kolejne próby, premiery, inaczej patrzący już na teatr twórcy. W 141 rok swojego istnienia kielecką scenę wprowadza dyrektor Michał Kotański, który – mimo krótkiego stażu – bardzo mocno zaznaczył w Kielcach swoją artystyczną obecność.

Jubileuszowy sezon 2018/2019 trwa. Z jednej strony mamy bezpretensjonalną farsę „Szalone nożyczki”, na którą publiczność wali drzwiami i oknami, a bilety trzeba rezerwować z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Z drugiej zaś – odważną inscenizację jednej z najważniejszych polskich powieści współczesnych – „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego. To niezwykły prezent na 140-lecie teatru, który przygotował cały zespół kieleckiej sceny. Ważne, że nikogo na niej nie zabrakło.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: archiwum teatru

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close