Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Na publikację swojej pierwszej w pełni autorskiej książki czekała 14 lat. Warto było, bo „Animal abc” – książeczka z literkami do oglądania w wersji angielskiej zdobyła dwie prestiżowe nagrody w USA. Kielczanka Gabriela Rzepecka–Weiss ma już gotową wersję polską, a w międzyczasie napisała pięknie ilustrowaną opowieść o małej dziewczynce Poli, która ciągle gubi się rodzicom.

Na pomysł tworzenia książek dla dzieci wpadła wiele lat temu. Jeszcze na studiach, a studiowała japonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, wyjechała do Kraju Kwitnącej Wiśni jako stypendystka Japońskiego Ministerstwa Edukacji. Po obronie pracy magisterskiej powróciła na kolejne osiem lat do Japonii, gdzie otworzyła szkołę angielskiego dla dzieci. Tam też wydała ilustrowany kalendarz, który rozszedł się w liczbie 30 tys., egzemplarzy, a postać z publikacji – niebieski ludek – stał się ulubionym bohaterem jej syna Kacpra.

W międzyczasie, po powrocie ze stypendium w Japonii, otworzyła też szkołę językową dla dzieci w Kielcach. Stworzyła program, przeszkoliła nauczyciela, a administrowanie przekazała swojemu tacie. – To były czasy, gdy nie było materiałów, podręczników, zwłaszcza przeznaczonych dla maluchów. Musiałam przygotować je samodzielnie: wymyślić, napisać i namalować. Nawiązałam wówczas także współpracę z wydawnictwem Juka-91 i dla nich przygotowałam pierwszy podręcznik do nauki angielskiego dla dzieci. Potem współpracowałam przez wiele lat z wydawnictwem Nowa Era – opowiada. Autorzy podręczników pozostają najczęściej anonimowi. – Nie chciałam, aby tak było, chciałam zostawić po sobie jakiś ślad, więc musiałam coś wymyślić – dodaje. Tak powstały zabawne literki, do złudzenia przypominające zwierzątka, a Gabriela „zamknęła” je w książkę-alfabet. Oczywiście ich angielskie nazwy zaczynają się właśnie na tę literę, której kształt Rzepecka-Weiss zamieniła w zwierzątko.

Z szuflady do konkursu

Ilustracje powstały, gdy starszy syn Gabrieli, Kacper był jeszcze mały. – Przeleżały w szufladzie w wersji czarno-białej, aż wreszcie postanowiłam je pokolorować i wydać. Nie łatwo było znaleźć wydawnictwo chętne do wydania książeczki. Z zagranicznymi wydawnictwami bez agenta ciężko nawiązać kontakt, w Polsce wchodziły w grę tylko wybrane wydawnictwa edukacyjne, bo książeczka prezentowała alfabet angielski, a nie polski. Na dodatek nie chciałam iść na kompromisy, miałam konkretną wizję książki i zależało mi na jakości i dbałości o szczegóły. Stworzyłam własne wydawnictwo, wybrałam papier, obwolutę – opowiada.

Swoje dzieło postanowiła pokazać, zgłaszając je do udziału w konkursie Royal Dragonfly Book Award. – Liczyłam, że książeczka zostanie zauważona, że dzięki temu będzie mi łatwiej. Zwycięstwo w konkursie było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Myślałam, że to trochę tak jak z Oscarami. Żeby się przebić w amerykańskim konkursie, trzeba prowadzić dużą akcję promocyjną, a u mnie nie było na to ani funduszy, ani zasobów ludzkich – wyjaśnia.

Mimo braku marketingowych działań, książeczka kielczanki okazała się najlepsza. Być może pomogło to, że 3-letni wnuk jednego z 60 specjalistów, którzy oceniali książki zgłoszone do konkursu organizowanego przez amerykańskie wydawnictwo Five Star Publications, zakochał się w literkowych zwierzątkach.

Po pierwszej nagrodzie, pojawiła się kolejna, a „Animal abc” otrzymało tytuł Edukacyjnej Książki Roku 2017. Sukcesy motywują pełną energii Gabrielę. Polska wersja abecadła już powstała. Tym razem autorka i ilustratorka szuka wydawnictwa, które je opublikuje. – Jestem raczej artystyczną duszą, nie najlepszy ze mnie marketingowiec i handlowiec. Wolę, by całą tę biurokrację i niezbędne działania dookoła książki wykonało za mnie wydawnictwo – opowiada. Liczy jednak, że nagrody, jakie zdobyła w USA pozwolą jej wynegocjować zadowalającą formę książki. – Marzy mi się przełożenie kartek pergaminem, na którym nadrukowane będą litery. W ten sposób dziecko odwracając strony naprawdę zobaczy, jak litera zmienia się w zwierzątko – opowiada podekscytowana.

Pola mówi po angielsku

Nim jednak polska wersja literkowych zwierzątek trafi na rynek, już możemy poznać przygody kilkuletniej Poli. Gabriela wydała książkę „Gdy Pola się zgubi” z wydawnictwem Dwukropek. To opowieść o dziewczynce wyruszającej na zagraniczne wakacje z rodzicami. Ciekawa świata kilkulatka ciągle się rodzicom gubi. Zna jednak sześć zasad, które pomagają zagubionym dzieciom odzyskać spokój, pomóc sobie w awaryjnej sytuacji, a rodzicom szybko je odnaleźć. Jedna z rad to… nauka kilku zdań w języku angielskim, które pozwalają maluchom komunikować się nawet w najodleglejszym zakątku globu. – Świat jest już inny, stoi przed nami otworem. Wakacje czy ferie spędzamy za granicą. I choć nauka angielskiego nawet dla małych to już nie tylko nazwy kolorów i zwierzątka, ale także praktyczne zwroty, to młodzi ciągle boją się po angielsku rozmawiać. Gdy byłam mała i po raz pierwszy z rodzicami jechałam za granicę, tato poprosił lektora angielskiego, by nauczył mnie kilku prostych zdań: jak się nazywam, skąd jestem i że się zgubiłam. Teraz tę radę włączyłam do książeczki o Poli. Ona już potrafi powiedzieć policjantowi, że ma problem. Za granicą to szczególnie ważne i na to powinien być położony nacisk w uczeniu języka. Wiem, bo angielskiego uczę od lat – mówi Rzepecka-Weiss.

Z Japonii do Saksonii

W tej chwili Gabriela mieszka w Saksonii, razem z mężem, córką i synem. Uczy angielskiego, przygotowuje młodzież do matury. I choć ma wymagane w Niemczech kwalifikacje, nie osiada na laurach. W czerwcu ukończy drugi kierunek studiów – anglistykę, bo chce być coraz lepsza. Studiuje na Uniwersytecie Wrocławskim, bo tam może uczyć się w weekendy. – Jestem niespokojnym duchem, więc pewnie zaraz potem coś nowego wymyślę – opowiada ze śmiechem.

Uwielbia zwiedzać świat i planować przyszłe podróże. Gdy opuszczała Japonię na zawsze, nim wróciła do Polski, wyruszyła z synkiem w podróż… dookoła świata. Bez planu, rezerwacji, z jednym plecakiem. – Przed wejściem do samolotu, pisałam e-mail do brata, aby pomógł mi znaleźć lokum w miejscu, do którego leciałam. Gdy wysiadaliśmy z samolotu, już miałam odpowiedź i wiedziałam, gdzie się udać – opowiada. Ta podróż, pełna wrażeń zostanie opisana w kolejnej, planowanej przez Gabrielę książeczce. – Nie chodzi mi tylko o egzotykę, bo takie książki już są. Ma to być opowieść o krajach, widzianych oczami dziecka i matki, o ich wspólnej podróży, małych radościach i smutkach – wyjaśnia Rzepecka-Weiss.

Nazywa siebie włóczykijem, do tego namawia także swoich najbliższych, planując podróże. – Gdy mój 17-letni wtedy brat odwiedził mnie w Japonii, od razu znalazłam mu pracę. Zarobił i zastanawiał się, co sobie kupić. Powiedziałam mu, że funduję mu bilet do Tajlandii, a za zarobione pieniądze powinien odwiedzić Kambodżę. I tak zrobił – mówi dumna i dodaje, że teraz pora, by w świat wysłać w tej chwili już 16-letniego syna. Czasem przemyka jej przez głowę myśl o… przeprowadzce, bo uważa, że cztery lata w jednym miejscu to stanowczo za dużo. Marzy jej się Nowa Zelandia, choć jak sama przyznaje, to zupełnie szalona wizja. Mogłaby tam, np. pracować na uczelni lub organizować motocyklowo-jachtowe wycieczki, którymi zajęliby się jej mąż i syn. – Ale potrzebowałabym jeszcze dużej wędki – wyjaśnia. Gdy zaskoczona pytam, do czego, odpowiada ze śmiechem: aby złowić Polskę i trochę ją do Nowej Zelandii przyciągnąć.

Kielce – dobre miejsce

Mimo wielu zajęć i planów, w Kielcach bywa regularnie, bo tutaj nadal mieszkają jej rodzice. Co prawda, jak przyznaje, mama ciągle załamuje ręce na jej pomysły i nie może spać, ale to właśnie dzięki wsparciu i wychowaniu rodziców, jest właśnie taka. – Dostałam bezpieczny dom, oparcie i poczucie, że bez względu na to, gdzie się udam i co zrobię, mogę zawsze na nich liczyć. To mój kręgosłup – wyjaśnia. Kielce to nie tylko jej miasto rodzinne. Choć jej starszy syn urodził się w Japonii i tam spędził pierwsze lata swojego życia, a nad Silnicą mieszkał tylko rok, on też czuje się stąd. – Ciągnie mnie tutaj, zazdroszczę tym znajomym, którzy nadal tu mieszkają. Przez te ciągłe przeprowadzki i zmiany, czuję brak stabilności, jakby moje korzenie gdzieś się zapodziały – opowiada.

Do Kielc zaprasza także swoich znajomych z różnych krajów. Pokazuje im miasto i wspaniałe okolice. Widzi zmiany, choć nie zawsze na lepsze. Trochę męczy ją bałagan architektoniczny i chaos reklamowy, a poza nimi – zmniejszająca się ilość bezdroży, polnych dróg, uroczych zakątków.

Jak na niespokojnego ducha przystało, ma kilka pomysłów na promocję miasta. – W Japonii ludzie kochają podróżować i poznawać zwłaszcza swój kraj. Widziałam miejscowości, które dzięki współpracy mieszkańców, realizujących razem z władzami dobre projekty, stawały się modne, popularne, rozkwitały. Przydałyby się takie działania i u nas. Mam kilka tropów. Może pora, by się tym zająć? – zastanawia się głośno.

Wieczorem budzi się wyobraźnia

Ma głowę pełną pomysłów. Najlepsze przychodzą do niej wieczorem, bo jest stuprocentowym nocnym markiem. – Moja 4-letnia córka Flora sprawia, że ciągle uczę się czegoś nowego i stale nie mam czasu – ­wyjaśnia. Dopiero gdy w domu robi się cicho, a za oknem ciemno, otwiera swoją przepastną szufladę z pomysłami, dorzucając tam nowe rysunki, pomysły, idee, marzenia.

Poza książeczką o podróżach, ma w głowie kilka tomów przygód Poli, która tym razem nie będzie się gubić, i wiele innych pomysłów. – Wiem, że czyta coraz mniej osób. Dla mnie książeczki dla dzieci to szansa na kreatywne, mądre spędzanie czasu z dzieckiem. Wszystko, co odciąga maluchy od wszechobecnej elektroniki, jest dla nich dobre. Sama także wolę rysować na papierze niż wodzić myszką po ekranie czy palcem po tablecie – wyjaśnia Rzepecka-Weiss.

Zawsze lubiła rysować, choć nigdy nie kształciła się w tym kierunku. Podejrzewa, że trafiły jej się artystyczne geny, bo pradziadek był malarzem, a kuzynka ukończyła ASP. Od zawsze zwracała uwagę na estetykę. – W domu nawet książki na półkach mam poukładane kolorystycznie – mówi ze śmiechem.

Książki dla dzieci to jednak nie tylko ilustracje. Nie każdy może je pisać. Gabriela wymienia cechy, które to ułatwiają: – Trzeba umieć przekazać nawet trudne rzeczy prostym językiem, mieć kolorową, bujną, niczym nieograniczoną, dziecięcą wyobraźnię. To trudne, gdy jest się dorosłym, ale warto w sobie dziecko pielęgnować i dopieszczać. Wtedy nawet najmniej realne rzeczy stają się możliwe, a na dodatek mamy energię, czas, szalone pomysły i radosne, pełne wspaniałych doświadczeń życie – podsumowuje.

Tekst: Agnieszka Kozłowska-Piasta Zdjęcia: archiwum prywatne

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close