Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Jego piosenki nucą kolejne pokolenia, choć poezja śpiewana nie jest łatwa w odbiorze. Teksty skłaniają do myślenia, a aranżacje utworów często odwołują się do muzyki klasycznej i jazzu. To nie przeszkadza mu gromadzić podczas koncertów pełne sale słuchaczy, czekających na ulubione kompozycje: „Cichosza”, „Naprawdę nie dzieje się nic”, „Bracką”. Kiedyś artysta „Piwnicy Pod Baranami”, dziś muzyk, aranżer, pianista, kompozytor, wokalista i poeta. W tym roku kończy 50 lat. Grzegorz Turnau.

Na początku artystycznej drogi przez trzynaście lat był Pan związany z Piwnicą pod Baranami. Pamiętam, gdy po raz pierwszy czytałem wkładkę w kasecie magnetofonowej do albumu „Pod światło”. Bardzo spodobał mi się wówczas tekst Piotra Skrzyneckiego o piosenkach Grzegorza Turnaua zamieszczony w środku:

Posłuchajcie zatem słów pocieszenia i czułości.

Posłuchajcie o tym jak bardzo wiele mamy lat,

o trąbkach na akacji,

o wielkim odkrywcy wyobraźni,

o aniołach więdnących na drzewach,

o cieniu i o świetle.

To było jak zaproszenie do innego świata. Dla mnie „Pod światło” stało się jednym z najważniejszych albumów ostatnich dekad i najdoskonalszym dziełem w całej Pana dyskografii. W tym roku mija dwadzieścia lat od śmierci Piotra Skrzyneckiego – reżysera, scenarzysty, konferansjera Piwnicy Pod Baranami. Jak go Pan wspomina i jak dziś po latach ocenia Pan tamtą sesję?

Przede wszystkim dziękuję Panu za życzliwe słowa o Piotrze Skrzyneckim. Każde życie jest przypowieścią, parabolą, ale niektóre przypowieści – jak u Orwella – są równiejsze od innych. Dużo by mówić, pan Piotr był superbohaterem dla wielu osób zajmujących się sztuką. Ja na przykład strzygłem mu brodę. Proszę o mnie napisać: balwierz Skrzyneckiego. Znane zdanie: żyj zwyczajnie, a całą swoją dzikość zachowaj dla sztuki – wydaje się być zaprzeczeniem życia pana Piotra. Ale tylko pozornie. On tę dzikość zaszczepiał – sam nie podpisywał się pod niczym właściwie. I jego życiowy kostium czarodzieja był w jakimś stopniu kamuflażem dzikości. Twórczej dzikości.

Nagrywanie albumu to praca nieomal biurowa. Przygotowanie, próby, wielokrotne podejścia. Nuty, konieczność wyboru. Normalna praca. Nagrywałem te piosenki w wieku 26 lat, teraz jestem prawie dwa razy starszy i niewiele z tego wynika. Dalej próbuję, podchodzę, wybieram. Pomysły przychodzą do głowy – głowa je też realizuje. Gdybym teraz chciał ocenić sesję „Pod światło”, to bym przede wszystkim wyróżnił twórczy wkład Marka Suberlaka – realizatora nagrania. Był świetnym partnerem dla niedoświadczonego za bardzo sprawcy całego zamieszania. No i oczywiście kolegów instrumentalistów. Zabawne – najpierw nagrywaliśmy ze Sławkiem Bernym samo piano z perkusją – bez basu. Taka brawurowa koncepcja. Reszta instrumentów była dograna później. No i ten pomysł z obojem – moja żona, Maryna, wymyśliła Pędziałka. A Mariusz się zgodził, chociaż pewnie myślał, że to taka przejściowa ekstrawagancja. A gramy razem już od 24 lat.

Temu właśnie muzykowi poświęcony jest ostatni album „7 widoków w drodze do Krakowa”. Gdy na koncercie słyszę „Cichosza” z codą, gdzie obój bardzo długo trzyma jeden dźwięk i wiem, że wymaga to od muzyka wciągania powietrza przez nos w momencie, gdy usta są zajęte wdmuchiwaniem go, zawsze jestem pod wrażeniem umiejętności Mariusza Pędziałka. Jak doszło do Waszej współpracy?

Jak już wspomniałem, pomysłodawczynią była Maryna. Chodziło mi o zmianę faktury instrumentalnej. Pierwsza płyta — nagrana z Jackiem Mastykarzem w Teatrze STU — była dość konwencjonalna w sensie „krakowskim”. Zresztą muzycy związani z Anawą – kolejną wersją pierwszej formacji Grechuty i Pawluśkiewicza – stanowili też wtedy trzon mojego zespołu. Obój wprowadził pewne zamieszanie. I Skaldowie, i Anawa robili coś, co dziś nazwalibyśmy „crossoverem”. To zresztą była oczywista inspiracja beatlesowska. Big beat z silną, ale wewnętrzną konstrukcją barokową. A u nas – najpierw w „Cichoszy”, potem w „Brackiej”, gdzie Mariusz grał już na rożku angielskim – to się odwróciło, bo barokowe brzmienie oboju i rożka zdominowało tę — nazwijmy to — popularną fakturę. Zyskaliśmy — jako zespół, ale też i ja, jako autor muzyki — wielki atut. Dlatego nigdy się z Mariuszem artystycznie nie rozstałem, choć mieliśmy i nadal mamy przerwy w regularnej współpracy, wynikające choćby z moich zmiennych zainteresowań — przygód nieco bardziej zabarwionych jazzem, że tak powiem. Ale poza tym, że się po prostu bardzo lubimy, a Mariusz jest wybitnym artystą, jest jeszcze ta wyjątkowość brzmienia — jakże trudna do osiągnięcia.Pierwszym utworem promującym ostatni studyjny album to „Ledwie chwila”. Jest w tej muzyce jakiś niepokój, a w tekście nieubłagalność upływającego czasu:

Ledwie chwila, ledwie krok

A już mija cały rok

Pędzą drogi, blask i kurz

I za tobą

I za tobą

Prawie wszystko już

Mimo, że śmierć jest nieuchronna i dotyczy każdego z nas, nie sądzi Pan, że artyści zdołali się jednak trochę wymknąć z tej pułapki przemijalności?

Wie Pan, ja niestety lubię skróty. Był taki wspaniały, krótki (może dlatego wspaniały) spektakl Jerzego Grzegorzewskiego w Starym Teatrze — „Śmierć Iwana Iljicza”. Adaptacja prozy Tołstoja. W finale jakiś gombrowiczowski balet, jakiś operetkowy kamuflaż i – deus ex machina – właśnie „maszynowo” wygłoszony przez Jana Peszka monolog, który kończył się słowami: „i umarł”. Po czym gasło światło. Nigdy nie byłem niczym tak zachwycony w teatrze. I nic lepszego nie przychodzi mi dziś do głowy w odpowiedzi na Pańskie pytanie.

Album „7 widoków w drodze do Krakowa” powstał inspirowany malowidłami przedstawiającymi podkrakowskie okolice, zamek w Tenczynie, Ojców, Krzeszowice, zamek i klasztor w Tyńcu. W tej muzycznej suicie słychać głos Doroty Miśkiewicz. Współpracował Pan już z artystką na albumach „11:11”, „Fabryka Klamek”, czy w piosence „Pod rzęsami” i „Suwalskim Bolero”. Jednak to na tej płycie artystka pojawia się w zdecydowanie większej ilości utworów. To chyba nie przypadek?

Dorota jest po prostu świetną, twórczą osobą, doskonałą artystką, a przy okazji jest śliczna i kochana. I w dodatku ma genialnego tatę. I powszechnie podziwianego męża. I kupiła od mojej córki samochód. Cóż można więcej powiedzieć? Zrobiliśmy razem sporo, wypiliśmy trochę wina, nigdy się nie pokłóciliśmy o pieniądze. To chyba się nazywa… przyjaźń?

Bardzo lubię Pana kontakt z publicznością w trakcie koncertów, komentarze autoironiczne i te opisujące naszą codzienność. I zawsze mam wrażenie, że odbiorcy nawiązują z Panem pewnego rodzaju rozmowę. To jest trochę porozumienie ponad podziałami.

Mam kłopot z tymi sprawami, ponieważ nie mam natury kaznodziei, a jednocześnie wielokrotnie popadałem w skłonność do uwodzenia publiczności. To zresztą nie jest złe, bo ludzie kupują bilet nie po to, by gapić się na pustą estradę — chcą być uwiedzeni. Ale jednocześnie mam jakiś hamulec, który włącza się wtedy, kiedy mógłbym uznać się za uwodziciela. Umiem nieźle śpiewać, grać na fortepianie, mam znakomity zespół. Wypracowałem pewien warsztat. Ale magia piosenki jest zawsze poza zasięgiem jej twórców i wykonawców. Powstaje w tej przestrzeni, o której się nie wie. Powstaje – albo nie.

Album „Ultima” wydany w 1999 roku to mój drugi ulubiony Pana zestaw piosenek. I utwór „Jestem synem mego ojca” z tekstem Michała Zabłockiego. Do wątku i roli ojca w naszym życiu powrócił Pan później po latach na krążku „11:11” w pieśni „Mój ojciec” do słów Zbigniewa Herberta. Jak Pan wspomina swego tatę i jaki miał wpływ na to, czym Pan się dzisiaj zajmuje?

Tato ma się bardzo dobrze, więc można by było z nim porozmawiać. Notabene — uniwersytet kielecki wydał niedawno – w opracowaniu prof. Gapysa — memuary mojego dziadka Stefana i jego brata, Stanisława, z czasów wojny. Ostatnio mam wiele okazji do rodzinnych spotkań — dzięki wysiłkowi dr. Krzysztofa Przylickiego z KUL-u miała miejsce wystawa prac malarskich mojego pradziadka, Jerzego Turnaua. Byłem niedawno na jej nowej odsłonie w Przeworsku — mieście ważnym dla mojej linii Turnau’ów, bo majątek ziemski, w którym urodził się mój tato — Mikulice — to właśnie powiat przeworski. I pradziadek, i dziadek, i tato — byli Sindbadami, jak w wierszu Herberta. Każdy z innych powodów — i historycznych, i charakterologicznych. Tacie zawdzięczam przede wszystkim Mamę. I na odwrót.Od dawna jest Pan związany z Krakowem, ale dzieciństwo to wspomnienia z Inowrocławia, któremu zresztą poświęcona jest płyta „11:11”.

Jest tam ulica Marii Konopnickiej. Kiedy przyjeżdżałem na wakacje czy ferie do Inowrocławia, do domu moich dziadków ze strony mamy, miałem różne lektury. Nie byłem tak bystry jak pan Pilch, który zakradał się na strych i przeczytał – nie wiedząc o tym, z powodu oderwania okładki – „Chłopów” Reymonta, ale zaliczyłem baśń o Panu Kleksie z ilustracjami Szancera. Dom Dziadków stoi na rogu Sienkiewicza i Konopnickiej. Wtedy wydawało mi się, że furtki do różnych baśni — np. Andersena — są, jak u Brzechwy, przy ulicy Konopnickiej. Z wielką radością przyjąłem honorowe obywatelstwo Inowrocławia — przez 11 lat organizowałem tam duże koncerty w Parku Uzdrowiskowym, czyli w Solankach. Ale to już zamknięty rozdział. Inowrocław  – jak „Stacyjka Zdrój” – pozostanie dla mnie zawsze piękny.

Od 2016 roku jest pan kierownikiem muzycznym teatru Lalka w Warszawie. Wcześniej także przy różnych okazjach słuchacze mogli usłyszeć Pańską muzykę w filmie i teatrze. Czy do spektakli i gotowych zdjęć komponuje się łatwiej, niż do tekstów wierszy?

Lalka to konsekwencja mojej przyjaźni i współpracy z Jarosławem Kilianem. Znamy się i współtworzymy spektakle od ponad 17 lat. Jarek w jakimś stopniu jest dla mnie Ambrożym Kleksem, o którym przed chwilą wspomniałem — to on mi dał kluczyk do furtek, przez które można wejść do baśni. Do tego dochodzi moja słabość z dzieciństwa – wspaniały Jan Wilkowski i jego telewizyjne audycje lalkowe z lat 70. Na nich się w dużej mierze wychowałem. Jestem zaszczycony możliwością kontynuacji tej baśni, jaką jest praca w Lalce. Zapraszam na „Krzesiwo” i inne spektakle. Teraz przygotowujemy adaptację „Krawca Niteczki”, w niedalekiej przyszłości będę chciał zadebiutować jako reżyser (i kompozytor) przy adaptacji „Karampuka” Ludwika Jerzego Kerna.

Kolejnym wyjątkowym muzykiem w Pana zespole jest gitarzysta Jacek Królik, znany także z wielu sesyjnych przedsięwzięć i formacji Brathanki. Niezapomniane są jego sola w takich kompozycjach, jak „Ciała”, czy „Piosenka dla ptaka”. Czy planuje Pan album tylko na głos, fortepian i gitarę?

Razem mamy już prawie 100 lat. Każdy z nas ma swoją drogę — i za, i przed sobą. Nie mamy żadnego powodu, żeby się w takich sprawach określać. Gramy, nagrywamy, przyjaźnimy się. Niech tak będzie. To wspaniały gitarzysta i świetny kolega.

Wzruszyłem się „Kolędą dla tęczowego Boga” w grudniu 2016 roku do słów Jarosława Mikołajewskiego, którą wykonał Pan w duecie z Magdą Umer: Ach jak pięknie się rodzić, czy w Aleppo czy w Łodzi. Ach jak trudno się rodzić w małej łodzi na wodzie. Skąd wziął się pomysł nagrania? I czy planuje Pan kolejne wspólne projekty z Magdą Umer po bardzo udanych nagraniach „Kołysanki-Utulanki” i wspólnym utworze „Co za tym pagórkiem” na jej płycie „Duety – tak młodo jak teraz”?

Magda Umer była jedyną osobą, która mogła doprowadzić do mojego spotkania, a potem wywiadu z Jeremim Przyborą. Zrobiła to i zawsze będę jej za to wdzięczny. Nigdy też nie kryła swojej życzliwości dla moich wyrobów, choć bywała – chwała jej za to – szczerze krytyczna. Ale myślę, że mam w niej sojusznika — nie w sensie tzw. lojalności środowiskowej, tylko pewnego sposobu patrzenia na świat. A to jest dużo ważniejsze od poszczególnych dzieł. Ten wspólny sposób patrzenia, dzięki Jarosławowi Mikołajewskiemu i jego wierszowi, jest dostrzegalny — mam nadzieję.

Jakie są Pana najbliższe plany artystyczne i kiedy możemy spodziewać się nowego albumu?

Jesienią wydajemy album „L” — z okazji mojej pięćdziesiątki. Składają się na niego dwie płyty CD i jedna DVD, zawierające nigdy wcześniej niewydane piosenki i koncerty. Taki labirynt. Nagraliśmy też album, który ukaże się wiosną — ale to niespodzianka.

Dziękuję za rozmowę.

Bardzo dziękuję.

Rozmawiał: Michał Sierlecki

Zdjęcia: Rafał Nowakowski i Tomasz Sikora

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close