Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


13 godzin regularnego wychładzania i ogrzewania organizmu, nieprzerwane przebywanie na zmianę w baliach z wodą o temperaturze 3 stopni Celsjusza. Niebywała odporność na zimno, determinacja i chęć dokonania czegoś niezwykłego – ich pięciu i wyzwanie, jakiego nie podjął się do tej pory jeszcze nikt. O ustanowieniu rekordu Guinnessa na Stadionie Narodowym w Warszawie w najdłuższym zespołowym morsowaniu rozmawiamy z Valerjanem Romanovskim z Buska Zdroju i Piotrem Marczewskim z Kielc – liderami zespołu oraz koordynatorem projektu Wawrzyńcem Kucem.

Na czym polegało Wasze wyzwanie?
Wawrzyniec Kuc: Próba wyznaczenia rekordu Guinnessa polegała na długotrwałym regularnym wychładzaniu organizmu, poprzez zanurzanie w lodowatej wodzie o temperaturze 3 stopni Celsjusza. Pięciu uczestników biorących udział w wydarzeniu w systemie zmianowym, wchodziło do wody na dwanaście minut. Założeniem było przekroczenie granicy 12 godzin, ostatecznie każdy wszedł do wody 13 razy, łącznie spędzając w niej 156 minut.

Valerjan Romanovski

Każdy z Was zaczynał tak samo jak inni. Skok do przerębla z morsami, z czasem – coraz dłuższe sesje. Kiedy zdecydowaliście się na podjęcie wyzwania i próbę ustanowienia, bądź co bądź, nietypowego rekordu Guinnessa?
Valerjan Romanovski: Zupełnie niedawno. Piotra Marczewskiego poznałem w 2018 roku podczas realizacji projektu „Oswajamy mróz”. Naszym pierwszym wspólnym doświadczeniem było przebywanie w komorze termoklimatycznej na Politechnice Krakowskiej w minus pięćdziesięciu stopniach Celsjusza przez 24 godziny. Już wtedy wiedzieliśmy, że to dopiero początek naszej współpracy i w przyszłości będziemy realizować razem kolejne projekty i przekraczać granice swojej wytrzymałości.

W ramach projektu „Oswajamy mróz” zrealizowaliście jeszcze inne pomysły, co doprowadziło ostatecznie do ustanowienia rekordu…
Piotr Marczewski: Sanatorium Włókniarz w Busku-Zdroju udostępniło nam komorę kriogeniczną, w której spędziliśmy półtorej godziny. To tylko pobudziło nasz apetyt na zimno. Na początku tego roku na zalewie w Morawicy koło Kielc odbył się trening, podczas którego sześciu członków zespołu spędziło w wodzie łącznie dwanaście godzin. To był niejako wstęp do wydarzenia, jakie miało miejsce 26 października na Stadionie Narodowym. Z kilkoma różnicami. Próbę ustanowienia rekordu Guinnessa podjęło tylko pięć osób. Nie korzystaliśmy z pianek neoprenowych na stopach i rękach, nasze dłonie znajdowały się pod taflą wody, a ciało –zamoczone poniżej linii narysowanej na klatce piersiowej.

Co tak wyjątkowego jest w „sztafetowym” morsowaniu?
P.M.: To proste – o wiele łatwiej jest wejść do wody i siedzieć w niej półtorej godziny, aniżeli systematycznie się wychładzać i ogrzewać. Czas ma tu kluczowe znaczenie, podobnie jak dostarczanie organizmowi jedzenia. Niezwykle istotna jest umiejętność odzyskiwania utraconego ciepła. Valerjan, z racji swoich indywidualnych projektów, robi to trenując na rowerku, większość z nas – ogrzewając się w saunie czy w balii z ciepłą wodą.
V.R.: Nie zapominaj o głowie. Nasze umiejętność radzenia sobie w ekstremalnych sytuacjach jest ściśle powiązana z naszym nastawieniem i przekonaniami. Oczywiście to nie „załatwi” wszystkiego, ale ma ogromny wpływ na osiągany przez nas wynik.

Jest Was pięciu. Liderami jesteście Wy: ValerjanRomanovski, który zrealizował niezliczoną ilość projektów sportowych, część o randze księgi Guinnessa oraz Piotr Marczewski – instruktor survivalu. A kim są pozostali członkowie zespołu?
P.M.: To Łukasz Suchecki – pływak zimowy, reprezentant Polski w pływaniu ekstremalnym na arenie międzynarodowej, Mateusz Zegadło – mors i ultramaratończyk oraz Mariusz Jaworski, który, podobnie jak pozostali uwielbia morsować. Wszystkich nas łączą niesamowite predyspozycje do uprawiania tego ekstremalnego sportu. Poznaliśmy się przy okazji realizacji naszego zimowego treningu w Morawicy i… tak już zostało. Postanowiliśmy kontynuować razem nasze pasje, zakładając stowarzyszenie „Oswajamy żywioły”. Przed nami kolejne wyzwania.

Piotr Marczewski

W jaki sposób przygotowywaliście się do ustanowieniu rekordu? Przecież w ostatnich miesiącach pogoda sprzyjała raczej wygrzewaniu się w promieniach słońca, a nie morsowaniu…
V.R.: Ja i Piotrek mieliśmy za sobą kolejny pobyt w komorze kriogenicznej, tym razem podczas targów Bike Expo. W temperaturze minus 160–100 stopni Celsjusza spędziliśmy tam wiele godzin. Poza tym każdy z nas w tygodniach poprzedzających wydarzenie przygotowywał się indywidualnie,morsując w potokach, rzekach czy zbiornikach wodnych w nocy i nad ranem, kiedy jednak temperatura wody była nieco niższa.
P.M.: Od początku wiedziałem, że moją piętą achillesową są dłonie. Na dwa tygodnie przed rekordem, codziennie, przed spaniem wkładałem dłonie do miski z lodem próbując wytrzymać jak najdłużej. Co mogę powiedzieć? Udało się.

Jak inni morsujący postrzegają Wasze działania? Siedzenie po kilkadziesiąt minut w lodowatej wodzie to nie jest chyba codzienność?
P.M.: Wszystko zmienia się z czasem. Kiedy wraz z moim kolegą Piotrem zaczynałem pokonywać kolejne granice w długości morsowania, wiele osób patrzyło na nas mało przychylnym okiem, próbując zdławić naszą ciekawość tego, jak zareaguje organizm, gdy spędzimy w zimnej wodzie 20, 30 i więcej minut. Próbowali przekonać nas, że tak nie wolno, że należy siedzieć 5-10 minut, nie dłużej. Teraz, po ustanowieniu przez nas rekordu i zorganizowaniu Mistrzostw Polski w Morsowaniu, widzimy, że po pierwsze – takich osób, jak my, jest coraz więcej, po drugie – nastawienie zaczyna się zmieniać, ludzie rozumieją, że nasze działania nie są wyłącznie próbą udowodnienia sobie czegoś, ale przede wszystkim – badaniami nad ludzkim organizmem i jego reakcją na wychłodzenie.
V.R.: Wiele osób zarzucało nam, że organizowanie mistrzostw jest nierozważne, że to brak odpowiedzialności. A przecież uprawianie każdej dyscypliny sportowej wiąże z ryzykiem utraty zdrowia, jest tak naprawdę, jeżeli nie wyniszczaniem organizmu, to mocnym jego nadwyrężaniem. Nikt jednak nie kwestionuje zasadności organizowania maratonów czy zawodów w podnoszeniu ciężarów. Uważam, że jeśli ktoś chce podjąć się działań związanych z ryzykiem, jakim z pewnością jest długotrwałe przebywanie w zimnej wodzie, powinien to robić pod fachowym okiem ratowników medycznych, tak jak to miało miejsce podczas mistrzostw, a nie samotnie w zbiorniku wodnym czy w rzece.
W.K.: Spotkaliśmy się z ogromną przychylnością, zarówno podczas ustanawiania rekordu, kiedy wielu morsów przychodziło kibicować chłopakom i wskakiwało do balii, by dodać im otuchy, jaki i kolejnego dnia, gdy ponad setka morsujących wraz z bliskimi, pomimo bardzo trudnych warunków pogodowych, spędziła z nami cały dzień na PGE Narodowym. Wielu z zawodników osiągało swoje „życiówki”, niejednokrotnie spędzając w wodzie ponad godzinę. To pokazuje, jak wielkie możliwości ma ludzki organizm i jak mało jeszcze o nim wiemy. Powszechnie powtarzane mity i teorie na ten temat wymagają sprostowań. Mam nadzieję, że dzięki naszej działalności uda się przeprowadzić kompleksowe badania dotyczące wychłodzenia organizmu czy hipotermii. Pozwoli to na właściwe rekcje służb medycznych w codziennych sytuacjach, choćby w przypadku zamarznięcia.

Wawrzyniec Kuc

Czy stosujecie specjalną dietę lub w jakiś szczególny sposób dbacie o swoje ciała?
V.R.: Dla każdego z nas najważniejsza jest znajomość swojego organizmu i nawiązanie właściwej relacji z ciałem. Powinniśmy być partnerem swojego ciała, odczytywać wysyłane przez nie sygnały, szanować jego potrzeby, dobrze, zdrowo się odżywiać i wydajnie się regenerować. Wówczas zdecydowanie łatwiej jest podejmować wyzwania i mierzyć się z przeciwnościami.
P.M.: Przyznam szczerze, że nie przywiązuję aż takiej wagi do tego jak Valerjan, choć staram się dbać o siebie. Dzisiaj, po wielu latach rozmawiania ze swoim organizmem, któremu regularnie zimą zabieram strefę komfortu, wiem, że zimna nie należy się bać. Nie oznacza to, że nie należy się go całkowicie obawiać, jednakże dozowane w odpowiednich dawkach ma zbawienny wpływ na nasze życie fizyczne oraz psychiczne. To może pomóc wszystkim zmagającym się z codziennymi przeziębieniami, brakiem odporności i nieustannym katarem. Przestańmy wciąż na siebie chuchać, zacznijmy wymagać od naszego organizmu. Odwdzięczy nam się i to szybko.
Na zakończenie opowiedzcie o Waszych kolejnych projektach.
W.K.: Lada dzień Valerjan i Piotr wyjeżdżają do Andory, która będzie ich ostatnim wspólnym treningiem przed wyprawą do Jakucji. Wybieramy się tam pod koniec stycznia. Valerjan przemierzy tam na rowerze ponad tysiąc kilometrów w temperaturze oscylującej w okolicach minus 40 stopni Celsjusza. Będzie musiał dać sobie radę sam – wioząc jedzenie, sprzęt, ubranie, a także samodzielnie przygotowując sobie miejsce do spania, odpoczynku. Sam też będzie się żywił i poił. My będziemy jedynie stanowić jego wsparcie w razie zaistnienia sytuacji kryzysowej. Ale takiej nie przewidujemy.

Dziękuję za rozmowę. •

wywiad i zdjęcia: Marta Hebergier

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close