Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Przed premierą zazwyczaj bywają histeryczni, choć próbują – niestety mało skutecznie – w odpowiednim momencie zamykać drzwi teatru i nie przenosić sceny do domu. Ale prawda jest taka, że aktor rzadko kiedy wychodzi z pracy – czy to na spacerze z psem, czy to podczas jazdy samochodem – jego myśli wciąż krążą wokół roli, nad którą właśnie pracuje.

Próbowałam trochę ich na siebie napuścić. Może jakaś mała kłótnia, może trochę narzekania, że tak trudno żyć dwóm artystom pod jednym dachem i że bywają zmęczeni sobą. Trochę pikanterii przecież nigdy nie zaszkodzi, przeciwnie – artykuł będzie ciekawszy. Nic z tego. Wyglądają na ludzi, którym nieustająco, mimo upływu lat, wciąż ze sobą jest dobrze. Miłość? Z pewnością. Przyjaźń? Bez dwóch zdań.

Duet w życiu i na scenie

Choć to nie jest proste zadanie, Teresie i Mirosławowi Bielińskim się udało. Aktorska para stworzyła jedyny w swoim rodzaju duet – na scenie i w życiu. Ulubieńcy kieleckiej publiczności zagrali wspólnie w ponad 50 sztukach i wciąż spragnieni są wspólnej, twórczej pracy, o czym świadczy powołane przez nich Stowarzyszenie Teatr TeTaTeT. Scena – z założenia komediowa – ma już za sobą pierwszą premierę – sztukę „Umrzeć ze śmiechu” Paula Elliota. To druga w Polsce inscenizacja tej zabawnej, choć nieco gorzkiej, historii o czterech przyjaciółkach „na śmierć i życie”, z których jedna odchodzi na zawsze. Z zaświatów próbuje nieco sterować życiem swoich kumpelek od brydża i uzmysłowić im, co w życiu jest najważniejsze. Zasłużony aplauz publiczności, spragnionej dobrej rozrywki, dodał Bielińskim skrzydeł. Aktorzy nie kryją, że tworząc prywatny teatr, rzucili się na głęboką wodę. Szczęśliwie nie utonęli.

O stworzeniu własnej, autorskiej sceny aktorska para myślała od dawna. Ale wciąż brakowało czasu, by ten pomysł zrealizować. W Teatrze im. Stefana Żeromskiego spędzali całe dnie, dzieci były małe, nie starczało godzin na sprostanie wszystkim obowiązkom… Ale gdy ich pociechy – Maria i Maciej – dorosły i rozpoczęły życie na własny rachunek, wolnych chwil nieco przybyło i Mirosław z Teresą wrócili do pomysłu sprzed lat. Zmobilizowali ich też przyjaciele, a zachętą do podjęcia ryzyka były doświadczenia kolegów z Rzeszowa, którzy od kilku lat prowadzą prywatną scenę. Zarejestrowali stowarzyszenie, zakasali rękawy, uzbroili się w dużą dawkę optymizmu i uporu. Ruszyli do przodu. Zamysł był prosty – chcieli stworzyć teatr grający komedie, bo jak mówią, ludzie – zmęczeni swoimi codziennymi problemami – potrzebują dobrej rozrywki. Chcą teatru, który dostarczy im sporej dawki śmiechu i wzruszeń.

Dorównać Molierowi

– Gdybym był smutasem, to z pewnością nie chciałbym robić komedii – mówi Mirosław Bieliński. Aktor lubi, gdy ludzie są uśmiechnięci i szczęśliwi, choć przyznaje, że praca nad takim repertuarem jest trudna i bardzo wymagająca. Podczas prób człowiekowi niekoniecznie jest do śmiechu, bo skonstruowanie dobrze skrojonej komedii to – cytując za Churchillem – krew, znój, łzy i pot. Na szczęście tylko podczas prób, bo potem już ma być lekko i zabawnie. Mirosław Bieliński coś wie na ten temat, wyreżyserował w kieleckim teatrze trzy komedie: „Kpiny i kpinki”, „Hotelowe  manewry” i „Wrócę przed północą”. Wie, że w takim lekkim repertuarze wszystko musi być dopracowane do najmniejszego szczegółu, gestu czy słowa. Na początku jednak musi być dobry tekst – inteligentny, z błyskotliwymi dialogami, pomysłową intrygą i zaskakującą pointą. Podczas prób twórcom towarzyszy jednak zawsze niepewność – czy to, co ich bawi, rozśmieszy również publiczność? Odpowiedź na to pytanie przychodzi niestety dopiero podczas premiery.

– Niedościgniony mistrzem komedii był oczywiście Molier – dodaje aktor. – Jeśli reżyser i aktorzy nie spłaszczą tekstu i nie będą przy nim za bardzo kombinować, to wszystko powinno się udać.

Mirek Bieliński przywołuje wielokrotnie wystawianą na scenach całego świata, kultową już farsę „Mayday” Raya Cooneya. Dramaturg miał taki zwyczaj, że zanim dopuszczał swoje sztuki do oficjalnych premier, jeździł z nimi po całej Anglii, obserwował reakcje publiczności i po każdym spektaklu robił poprawki. Dopiero po stu przedstawieniach odbywała się premiera w Londynie.

Partytura na pięć postaci

Na debiut swojego teatru TeTaTeT aktorskie małżeństwo wybrało sztukę „Umrzeć ze śmiechu” Paula Elliota. Mirek zajął się reżyserią, Teresa zagrała jedną z ról. Towarzyszą im: Beata Pszeniczna, Ewa Pająk, Wiktoria Kulaszewska, Magdalena Daniel, Andrzej Plata i Adrian Wajda. – To świetnie rozpisana na pięć postaci partytura – trzy kobiety w wieku 50+ i dwoje młodych ludzi, którzy sprawiają wrażenie nieprzystosowanych do życia we współczesnym świecie – mówi Teresa Bielińska. Dodaje, że w sztuce urzekło ją to, iż jest to pełna wzruszeń i zaskoczeń opowieść o przyjaźni silniejszej niż śmierć. Trzy przyjaciółki – Connie, Milli i Lena próbują pogodzić się ze stratą tej czwartej, której nieobecność burzy ich dotychczasowy rytm życia. Tymczasem… No właśnie, więcej nie zdradzimy, bowiem komedia ma widza zaskoczyć. Streszczenia więc nie będzie, trzeba po prostu iść do teatru. Jak zapowiadają Bielińscy – po sukcesie frekwencyjnym przedstawień granych w maju i czerwcu w Centrum Biznesu w Kielcach – do grania sztuki wrócą jesienią. Chcieliby również ruszyć z przedstawieniem w teren i pokazać swoją pierwszą produkcję mieszkańcom regionu. – Aby nasz teatr działał, musi mieć publiczność – dodaje Teresa Bielińska. Na razie nie ma z tym problemów, bo widzowie przychodzą na spektakl i co więcej – doskonale się bawią.

Nie utonąć w papierach

Stowarzyszenie Teatr TeTaTeT zostało zarejestrowane w 2017 roku. – Wszystko można wymyślić, ale potem zaczynają się schody przy realizacji pomysłu – mówi Teresa Bielińska, która wzięła na siebie funkcję prezesa. – Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, ile rzeczy trzeba załatwić, ile dokumentów wypełnić, do ilu drzwi zapukać.

Aktorskie małżeństwo nie miało kompletnie doświadczenia w pisaniu projektów, a jednak  udało im się pozyskać dofinansowanie z kieleckiego magistratu i Urzędu Marszałkowskiego. Pierwsze koty za płoty. Po drodze spotkali się z ogromną życzliwością wielu instytucji i osób prywatnych, które w różny sposób wspierały ich przedsięwzięcie. Mówią z uśmiechem, że jak na razie udało im się nie utonąć, ale wciąż uczą się nowych rzeczy. Ich mieszkanie wygląda jak szalone biuro, w którym na wszystkich biurkach, krzesłach i półkach leżą posegregowane papiery. Te trzeba jeszcze wypełnić, te rozliczyć, a te – można już włożyć do koperty lub segregatora. Do tego cały czas dzwonią telefony. Uff…

Aktor nie wychodzi z pracy

Próby do spektaklu ruszyły na początku tego roku – aktorzy spotykali się w mieszkaniu Bielińskich, potem mogli skorzystać z sali w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach i pomieszczeń w Teatrze im. Stefana Żeromskiego. Bardzo wspierały ich dzieci, które zajęły się promocją, stworzyły stronę internetową i zadbały o aktywność teatru w mediach społecznościowych.

– Gdy powiedzieliśmy aktorom, że nie będziemy mogli im zapłacić za próby, bo po prostu nie mamy na to budżetu, nie było problemu. Razem z nami podjęli ryzyko – wspomina Mirosław. Chcieli dopracować wszystko w najdrobniejszych szczegółach, bo wiedzieli, że od premierowego spektaklu wiele zależy. O taryfie ulgowej nie mogło być mowy!

– Podczas prób nie jestem despotą – zarzeka się Mirek, ale mina Teresy świadczy zgoła o czymś innym. Krótka chwila i reżyser dodaje, że małżonka, gdy pracują razem, ma tendencję do udowadniania swoich racji. Po chwili jednak tłumaczy: – Każdy aktor ma w sobie tę przekorę stawiania na swoim, ale przecież reżyser widzi więcej, patrzy na sztukę całościowo, przez pryzmat nie tylko tej jednej roli, ale wszystkich kreacji.

Mirosław ma świadomość, że aktorstwo to taka praca, z której nigdy się nie wychodzi. A jeszcze gdy tę profesję uprawia współmałżonek, to o zamykaniu na klucz służbowego biurka nie może być mowy.

– Piekarz nie bierze mąki do domu, a proces twórczy trwa nieprzerwanie – mówi Mirosław Bieliński. – Gdy spaceruję z psem czy jadę samochodem, myśli cały czas krążą wokół mojej roli czy reżyserowanego spektaklu.

Pamięta taką zabawną sytuację, która przed laty zdarzyła się w Urzędzie Skarbowym w Tarnowie. Bacznie przyglądał się jednej z urzędniczek, a ona to zauważyła. Wytłumaczył jej, że to jego praca – podpatrywać ludzi, a nuż coś z tego niewinnego podglądania przyda się w jakimś momencie twórczej pracy. Mimo wszystko starają się tak do końca nie przenosić pracy do domu, choć rozmów o kolejnych rolach i związanych z nimi rozterkach nie da się uniknąć. Szczególnie przed premierą.

– Wtedy bywamy histeryczni – przyznaje Teresa.

– Ja nie bywam – zastrzega się Mirosław.

– Myślałby kto – ripostuje Teresa z uśmiechem, który mówi: już my to wiemy, jak to jest. Jej małżonek przyznaje, że raz nawet rozchorował się przed premierą „Psychodramy” w reżyserii Jacka Chmielnika. Nieżyjący już twórca tak „przeczołgał” podczas prób aktorów, że emocje sięgnęły zenitu. – Ale ostatecznie wyszedł z tego znakomity spektakl i nawet zaprzyjaźniłem się z Jackiem – wspomina aktor. Paradoks bycia aktorem polega na tym, że przy całej wrażliwości artystycznej natury, trzeba mieć grubą, odporną na różne ciosy, skórę. Jak mówi Mirosław – ponad 34 lata na scenie wiele go nauczyło i zahartowało.

 

Leśniczy i córka macochy

Żadne z nich nie żałuje wyboru takiej, a nie innej drogi zawodowej. Co prawda, nastoletni Mirosław, który wraz z rodzicami mieszkał w Szczecinie, przez chwilę rozważał, by, tak jak ojciec, zostać marynarzem. Zwyciężyła jednak fascynacja teatrem. Bieliński ukończył szkołę teatralną we Wrocławiu, a potem przez wiele lat związany był z Teatrem im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. To właśnie tam poznał pochodzącą z drugiego końca Polski, bo z Krynicy Górskiej, Teresę, również absolwentkę wrocławskiej szkoły teatralnej. Wspólnie zagrali wówczas w „Kopciuszku”: on – leśniczego, ona – jedną z córek złej macochy. A potem… tak już zostało. Przez ponad 30 lat nierozłączni w życiu i na scenie, z kieleckim teatrem związali się w połowie lat 90., od początku zyskując sympatię publiczności. Dziś bez dwóch zdań czują się kielczanami, tu dorastały ich dzieci Maria i Maciej, które mocno wspierają swoich rodziców w realizacji pomysłów. Tu mają przyjaciół i swoją wierną publiczność.

Premiera sztuki „Umrzeć ze śmiechu” już za nimi. Teraz ważne, by jak najwięcej grać, bo to służy roli, jej osadzeniu w spektaklu. – Kiedyś była taka zasada, że grano około dziesięciu spektakli i dopiero odbywała się oficjalna premiera. Z każdy kolejnym przedstawieniem rola nabiera rumieńców, dojrzewa – tłumaczy Mirek.

Co będzie dalej? Myślą o kolejnych produkcjach, wierzą, że skoro ta pierwsza wypadła znakomicie, to zyskają zaufanie władz i prywatnych sponsorów. W działalności artystycznej niestety wiele pomysłów rozbija się o brak funduszy, a oni muszą jeszcze nauczyć się sztuki skutecznego ich zdobywania. Ale skoro ten szalony i karkołomny pomysł udało się zrealizować, to można być pewnym, że nie poprzestaną na jednorazowym fajerwerku. Twarzą w twarz. Ramię w ramię. Wspólnymi siłami. Bielińscy mają tę moc.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Mateusz Wolski

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close