Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Choć nie od razu pokochał tę grę, teraz nie wyobraża sobie bez niej życia. Boccię trenuje dopiero od 5 lat, ale już może pochwalić się tytułami mistrza i wicemistrza Polski oraz pucharami z zawodów krajowych i zagranicznych. Jest także trenerem, sędzią i organizatorem dużych imprez sportowych. Andrzej Janowski od 9 lat jeździ na wózku. Mimo to jest pewien jednego: gdy ma się pasję, można zrobić wszystko.

Chwila, która zmieniła życie
Od zawsze fascynował go sport. Najpierw wyczynowo pływał w klubie sportowym Tęcza, potem trenował tam młodzików. Grę w badmintona odkrył już jako dorosły. Pochłonęła go na następnych 14 lat. Aż do wypadku. – Zjeżdżałem na nartach, przewróciłem się tak niefortunnie, że uszkodziłem sobie rdzeń kręgowy dosyć wysoko, bo na poziomie odcinka szyjnego i nie ruszałem ani rękami ani nogami. Byłem aktywny, kochałem sport i nagle, w jednej chwili, wszystko się skończyło – opowiada pan Andrzej. Przez prawie rok leżał w łóżku, nie mógł nawet powiedzieć długiego zdania, bo porażone mięśnie przepony sprawiały, że ciągle brakowało mu oddechu. Gdy zaczął siadać, spadało mu ciśnienie i mdlał. Gdy sadzano go na wózku, przewracał się na boki, bo nie miał stabilizacji tułowia. Ale walczył o siebie. – Musiałem. Wiedziałem, że jak nauczę się siadać, pojadę na obóz aktywnej rehabilitacji. Udało się, i to był przełom, bo wreszcie zacząłem coś robić – podsumowuje.

Przyznaje, że jest prawdziwym fighterem i nie podaje się łatwo. Szybko poradził sobie także z powypadkową traumą. – Wszystko, co dzieje się w życiu, nas hartuje. Musiałem szybko wydorośleć, bo mój tato zmarł, gdy miałem tylko 22 lata. Może właśnie to sprawiło, że poradziłem sobie łatwiej niż inni po podobnych wypadkach? – zastanawia się i opowiada o pacjentach, którzy po urazach tracili nie tylko sprawność, ale i sens życia. Sam swój wypadek traktuje zwyczajnie. – W internecie oglądałem nawet ten stok, na którym się przewróciłem, pomyślałem, że chciałbym jeszcze raz z niego zjechać – mówi pan Andrzej.

B jak badminton, b jak boccia
Brakuje mu także innych aktywności. Zwłaszcza badmintona. Z dumą pokazuje puchary, zdobyte jeszcze podczas swojego „sprawnego życia”. Na szczęście poznał i pokochał boccię, choć nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. – Na początku myślałem, że to trochę bezmyślna gra. Miałem, problem z uchwyceniem i wyrzuceniem piłki, bo mam niesprawne dłonie. Nie szło mi więc najlepiej. Trochę się zniechęciłem, a potem… zawziąłem – opowiada. I to skutecznie, bo teraz w salonie pana Andrzeja jest dużo więcej pucharów zdobytych podczas zawodów bocci niż tych z rozgrywek badmintona. Kto choć raz spędzał wakacje na południu Europy, pewnie boccię widział, bo Hiszpanie czy Włosi grają w nią w parkach i na placach. Zasady gry są proste. Na ograniczonym terenie zawodnicy rzucają bilami. Biała to jack, trafia na boisko pierwsza. Zawodnicy mają po 6 piłek – jeden w kolorze czerwonym, drugi – niebieskim. Rzucają je na boisko. Wygrywa ten, którego piłka znajdzie się najbliżej jacka. Zawodowi bocciści, a tych wśród niepełnosprawnych nie brakuje, śmieją się, że z boku to wygląda trochę jak gra w kulki. Ale z pewnością nią nie jest. Ważna jest nie tylko precyzja rzutu, ale i strategia – można wybijać bile przeciwnika, można je blokować i przesuwać. Boccia trochę przypomina szachy, trochę bilard i trochę curling. – W tym sporcie pociąga mnie to, że wiele rzeczy trzeba przewidzieć i zapanować nad swoim organizmem – opowiada pan Andrzej. To nie jest wcale proste, bo przy różnych schorzeniach pojawiają się przykurcze, tiki, nagłe i niespodziewane drżenia mięśni. Mimo to boccia nadaje się właściwie dla wszystkich. Janowski podaje przykład kategorii BC3, w której zawodnicy grają tylko głowami. Mają do pomocy asystentów, którzy ustawiają piłkę w specjalnej rynnie. – Asystenci siedzą tyłem do boiska, bo gra zawodnik, a ten pomagający jest tylko jego rękami. To zawodnik decyduje o taktyce, wyborze piłek, wysokości, z jakiej puści bilę – wyjaśnia Janowski.

Na początek… sukcesy
W bocci ważne jest też szczęście. Andrzej Janowski na swoich pierwszych zawodach grał piłkami, które pożyczał od innych zawodników, bo swoich jeszcze nie miał. Mimo to wygrywał w grupie paraolimpijskiej, a po miesiącu trenowania zdobył… wicemistrzostwo Polski. To go zmobilizowało do treningów. Najpierw ćwiczył w domu, w salonie. Potem trafił do hali sportowej. Sukcesy przychodziły jeden po drugim: eliminacje do mistrzostw Polski, zawody rankingowe. – Przez trzy lata nie przegrałem żadnych zawodów w Polsce, trzykrotnie zdobyłem mistrzostwo kraju – opowiada pełen emocji. – Dopiero w ubiegłym roku pokonał mnie młody zawodnik z Bielska-Białej, którego namówiłem do gry w boccię, trenowałem i uczyłem tej gry. Jest dobrym graczem, a ja się cieszę, bo czuję, że się trochę do jego sukcesów przyczyniłem – wyjaśnia pan Andrzej Rok po rozpoczęciu przygody z boccią, pan Andrzej zakwalifikował się do polskiej kadry i zaczął jeździć na zawody międzynarodowe: i te, które liczą się w światowym rankingu, i te towarzyskie. Na rankingowych bywało różnie. – Moim sukcesem jest 10. miejsce w otwartych mistrzostwach świata w Sewilli. Pokonałem tam wielu zawodników wyżej ode mnie sklasyfikowanych – opowiada z dumą.

Dzięki tym większym i drobnym sukcesom, Janowski zajmował w ubiegłym roku 43. miejsce w rankingu światowym. W tym jest sklasyfikowany trochę niżej. – Nie miałem czasu ani funduszy, by jeździć na międzynarodowe zawody. Mam nadzieję, że coraz większa popularyzacja bocci przyczyni się do zwiększonego zainteresowania sponsorów wspieraniem młodych talentów w tej dyscyplinie – podsumowuje. Mimo tych trudności, nadal marzy o występie na paraolimpiadzie, choć wie, że nie będzie łatwo. Tam jadą najlepsi. A zawodnicy ze światowej czołówki ćwiczą po 8 godzin dziennie. Tak trenują w Azji, Rosji, Wielkiej Brytanii. Na dodatek ci najlepsi trenują już 8-9 lat, a na paraolimpiadę jeździ tylko 10-11 najlepszych zawodników na świecie oraz mistrzowie Europy i świata. By to osiągnąć, trzeba startować, a na to, przez kolejne pasje, trenerską i organizatorską, panu Andrzejowi trochę brakuje czasu. – Do Tokio na pewno nie pojadę, ale dalej – zobaczymy. Nie wiem, co przeważy szalę, czy moje zaangażowanie organizacyjne i trenerskie czy to zawodnicze. Jeszcze nie chciałbym skończyć kariery, póki zdrowie na to pozwala – zapowiada.

Maraton na martwy sezon
Boccia jest dla Janowskiego najważniejsza. Z dumą pokazuje puchary i statuetki stojące na półkach, opowiada o swoich sukcesach. Dumna jest też żona, Katarzyna, choć gdy ją pytam o sukcesy męża, ze śmiechem mówi, że gdy ma te puchary sprzątać, to traci cierpliwość – Ale tak serio, to też moja pasja. Choć ja nie gram. Raczej jestem asystentką innych zawodników – kwituje. Pan Andrzej dodaje, że jego żona jest świetną kibicką i choć czasami trudno ją do niektórych pomysłów przekonać, to gdy już to się uda, angażuje się bardzo mocno, a potem razem cieszą się ze wspólnych sukcesów. Jednym z nich jest Świętokrzyski Maraton Bocci, który małżeństwo Janowskich zorganizowało już trzykrotnie. – Gdy nadchodzi zima, osoby na wózkach często nie wychodzą z domu, a ci aktywni narzekają, że już nie mogą się doczekać wiosny. Wpadłem na pomysł, by coś w tym martwym sezonie zorganizować. Rzuciłem hasło wśród znajomych grających w boccię i okazało się, że chętnych jest sporo. Nie mieliśmy możliwości logistycznych ani dużej sali, a został nam miesiąc – opowiada pan Andrzej. Mimo to udało się, a pierwszy turniej bocci dla 17 zawodników, m.in. z Częstochowy, Warszawy, Poznania, odbył się w Piekoszowie. Za rok zgłosiło się już 50 zawodników i drugie tyle opiekunów. Potrzebna była większa sala, którą udostępnił wójt Masłowa. Zawody trwały aż dwa dni, a bocciści przyjechali nawet z zagranicy.

Pan Andrzej namówił piłkarzy ręcznych Vive, by odwiedzili zawodników w Masłowie. – Udało się, choć następnego dnia grali mecz finałowy Pucharu Polski . Też spróbowali gry w boccię – opowiada z dumą. Impreza trafiła do grona najlepszych imprez sportowych roku w naszym regionie, tuż obok mistrzostw świata piłkarek ręcznych do lat 18. To chyba dodało panu Andrzejowi skrzydeł, bo tegoroczny maraton bocci był imprezą trzydniową, dla 220 uczestników. – Przyjechali zawodnicy z pięciu krajów, a wśród nich cała czołówka polska. Troszkę nas zmęczył ten maraton – podsumowuje pan Andrzej. I wyobrażam sobie, ile mieli pracy: noclegi, wyżywienie, zdobycie funduszy. – Wsparł nas klub Start (Zrzeszenie Sportu i Rehabilitacji „Start” – red.), Gmina Masłów, Urząd Marszałkowski, Urząd Miasta Kielce, Starostwo Powiatowe, WORD – opowiadają. Resztę wyprosili u sponsorów. Nie potrafią nawet powiedzieć, ile firm odwiedzili.

Nie wszędzie dostali wsparcie. – Jakoś tak się złożyło, że odmawiali najbogatsi – komentuje pan Andrzej. Pani Kasia wspomina zwłaszcza natłok prac w przeddzień zawodów m.in. przygotowanie hali, zaplecza, wyklejanie boisk. – Zajęło to naprawdę dużo czasu – wspomina. I choć mogłoby się wydawać, że dwie osoby nie mogą przygotować tak trudnej logistycznie imprezy, im się udało. Gdy ostatni zawodnicy wyjechali, mieli czas, by odpocząć i pomyśleć, bo przyznają, że tę imprezę odchorowali. Ale nowe wyzwania już przed nimi. – Polski Związek Bocci chce zrobić eliminacje do mistrzostw Polski razem z naszym maratonem. Chciałbym, by to było w sezonie zimowym, ale fundusze, z których moglibyśmy skorzystać, są rozdzielane w marcu, kwietniu, wiec chyba będziemy musieli naszą imprezę przełożyć. To trudne, żeby jeździć i prosić o każdązłotówkę. Jeśli nie uda nam się dostać dotacji, będzie ciężko i nie wiem, czy się podejmę – mówi jasno pan Andrzej.

Namówić na aktywność
Boccia dla Janowskich jest nie tylko sportem, formą aktywności czy rehabilitacji. To trochę sposób na życie. Pan Andrzej jest certyfikowanym trenerem i w Kielcach prowadzi co najmniej kilka grup przyszłych boccistów, m.in. z Warsztatów Terapii Zajęciowej z Krzemionkowej, Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego na Kryształowej, podopiecznych stowarzyszenia Parkinson’s i Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Stara się też przekonać do gry i wesprzeć w staraniach tych mniej aktywnych niepełnosprawnych. – Boccia tak wciąga, że za niedługą chwilę ci ludzie nie będą mogli zrozumieć, jak do tej pory bez niej żyli. Ich świat się odmienia. Wyjeżdżają, spotykają innych ludzi, zaczynają się uśmiechać, opiekunowie także się wciągają. Są obozy sportowe, spotkania, ogniska, integracyjne i to jest drugie życie – opowiada pan Andrzej, który może się pochwalić już wieloma „nawróconymi” na boccię niepełnosprawnymi. Niektórych namawiał kilka lat. Wie też, że będą tacy, których nie przekona i to nie dlatego, że nie chcą.

Uważa, że często brakuje im odwagi i wiary w to, że mimo niepełnosprawności mogą robić coś fajnego. W wielu przypadkach decyduje… brak samodzielności i wsparcia. – Problemy z logistyką. Brakuje osób, które by ich dowiozły, pomogły, wsparły, brakuje asystentów osób niepełnosprawnych. Ten program dopiero w Polsce raczkuje – tłumaczy pan Andrzej. Ta jego działalność na rzecz innych niepełnosprawnych jest zauważana. W tym roku Andrzej Janowski odebrał aż trzy szczególne wyróżnienia. Nagrodę „Czyste serce” od wojewody świętokrzyskiej Agaty Wojtyszek otrzymał za bezinteresowną działalność na rzecz niepełnosprawnych. Kolejne wyróżnienie otrzymał na konkursie „Lodołamaczy” w Lublinie i został nagrodzony przez ministra Sportu i Turystyki Witolda Bańkę podczas gali Europejskiego Tygodnia Sportu Be Active Week.

Radość życia
Choć wypadek bardzo zmienił ich codzienność (pan Andrzej porusza się na wózku, a jego żona Kasia opiekuje się nim w domu), nie rezygnują także z innych pasji i właściwie nic nie jest dla nich niemożliwe. W wakacje ruszają w trasę swoim samochodem z przyczepą kampingową. W ubiegłym roku byli w Gdańsku. Znają środowisko wielbicieli caravaningu, spotykają się na zlotach, ogniskach i imprezach, mają kontakt z naturą, poznają nowych ludzi. To bardzo odważne, bo nie wszystkie campingi są przystosowane dla osób niepełnosprawnych, a pan Andrzej czuje, że dla jego żony to duży wysiłek. Marzy mu się także asystent, który zastąpi panią Kasię w wielu obowiązkach. Na razie mają siebie i swoją przygarniętą suczkę Gabi, która uwielbia jeździć na wózku na kolanach swojego pana. Mają też radość i chęć życia, wewnętrzny ogień, które pozwalają przetrwać trudne momenty i drobne kłopoty. A przy braku samodzielności, sprawności i kłopotach ze zdrowiem pana Andrzeja ich nie brakuje. Mimo to oboje są pełni życia, uśmiechnięci i zgodnie mówią: – Gdy jest pasja, da się zrobić naprawdę wszystko! •

tekst Agnieszka Kozłowska-Piasta zdjęcia Michał Walczak

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close