Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Sześć lat w podróży, 50 państw na pięciu kontynentach, średnie dzienne wydatki – 8 dolarów. Trzy wydane książki (bestsellery) i jeden kolorowy, wiekowy bus. Miliony wspomnień, tysiące zdjęć, niewyczerpane morze doświadczeń i wrażeń. Tak można streścić pasję i sposób na życie kielczanki Oli Ślusarczyk i Karola Lewandowskiego, podróżników i autorów bloga busemprzezświat.pl. Ach, nie! Jest jeszcze coś: miłość, radość i uśmiech, uśmiech, uśmiech… Teraz z grubsza już ich znacie.


Podróże biorą się z potrzeby podróżowania, z niczego więcej – takim stwierdzeniem, zresztą ich własnym, można rozpocząć historię Oli i Karola. Chcieli zwiedzać świat, ale jako studenci nie mieli pieniędzy na wycieczki z biurami podróży. Dlatego postanowili, że będą wyjeżdżać na własną rękę i własnym samochodem, który będzie także ich domem.

Za 2000 zł kupili ponad 20-letniego volkswagena T3. W ciągu kilku miesięcy, z pomocą przyjaciół, pomalowali go i przerobili na kolorowego kampera – z rozkładaną kanapą, gniazdkami 220V, bagażnikiem dachowym, a nawet elektrycznym prysznicem.

Celem pierwszej podróży był Gibraltar i Europa Zachodnia – no i tak to się zaczęło… A ta wyprawa miała być tylko jednorazową przygodą.


Gdy  ktoś mówi: „Jak tam jest pięknie! To najpiękniejsze miejsce na ziemi” – to, co Wam wtedy przychodzi do głowy? Jedna myśl, szybkie skojarzenie – jakie jest najpiękniejsze miejsce na Ziemi?

Ola: Dla mnie to zachód Stanów Zjednoczonych – ten tzw. Dziki Zachód. Mam ogromną słabość do czasów gorączki złota, do miasteczek, w których kiedyś tętniło życie, a dziś stoją w nich tylko puste, obdrapane budy. Jestem totalnie zwariowana na punkcie suchych, gorących i pustych przestrzeni, z wężami, kojotami i innymi jaszczurami.

Karol: Zakochałem się w Australii. W najpiękniejszych na świecie wschodach i zachodach słońca, w gwiazdach tak jasnych, że ciężko uwierzyć, że są prawdziwe. W olbrzymich przestrzeniach, dających niesamowite poczucie wolności i w ludziach, którzy mają w sobie wielkie pokłady życiowego luzu, cieszą się każdym dniem i są otwarci na innych.

Ola: Ale muszę jeszcze dodać, że wybór tych „najpiękniejszych miejsc na Ziemi” to strasznie subiektywna sprawa. Dlatego, jak coś nam się w świecie nie spodoba, to nie rzucamy ostrej opinii w Internecie, bo wiemy, że ile ludzi, tyle gustów. I nie można innych zniechęcać do odwiedzenia czegoś. Przez te siedem lat blogowania chyba wreszcie nauczyliśmy się wydawać wyważoną opinię o miejscu, które nam do gustu nie przypadło. Przecież coś, co dla nas będzie brzydkie, dla kogoś może być najpiękniejsze.


Wasze największe podróżnicze rozczarowanie i największe pozytywne zaskoczenie?

Ola: Rozczarowanie zazwyczaj przychodzi, kiedy jadąc gdzieś naczytamy się miliona książek i artykułów o tym miejscu. Wtedy oczekujemy zachwytu i podniecenia, które opisywał w książce autor. I nagle, gdy stoimy przed piramidą, nie czujemy się jak Indiana Jones, tylko raczej jak… Zresztą zostawmy to! Dobrze jest poczytać tyle, żeby się w czymś orientować, żeby wiedzieć gdzie pójść, co zrobić, a całą resztę zostawić swojemu sercu i rozumowi.

Zaliczyłam tylko jedno rozczarowanie: wodospad Niagara w USA, ale oglądany już po stronie kanadyjskiej. Z filmów wydawało mi się, że znajduje się w jakiejś dzikiej, gęstej dżungli, a okazało się, że wokół ktoś „mądry” zbudował kolorowy, świecący, huczący, niedorzeczny park rozrywki. I teraz zamiast słyszeć huk ogromnej wody, spadającej z wysokości 50 metrów, słyszysz ziemniaki skwierczące na głębokim oleju.

Karol: Bardzo pozytywnie byłem zaskoczony Stanami Zjednoczonymi. Obawiałem się trochę, że popkulturowa wizja tego kraju, jaką wynieśliśmy m.in. z filmów, na miejscu okaże się nieprawdziwa. Że to wszystko zostało sztucznie wykreowane na potrzeby kina. Okazało się, że Stany naprawdę takie są. W Nowym Jorku można przejechać się żółtą taksówką, w Las Vegas wygrać wielkie pieniądze w kasynach, a Wielki Kanion naprawdę jest olbrzymi.


Kogo spotkanego w czasie jednej z Waszych wypraw na pewno zapamiętacie do końca życia i dlaczego?

Ola: Mamy wrażenie, że jesteśmy w tej materii wyjątkowymi szczęściarzami, bo podczas podróży spotykamy chyba najciekawszych ludzi świata. Zresztą nie tylko wtedy. Jeśli miałabym wybrać tylko jedną osobę, to chyba jednak wybrałabym Zbyszka z buszu. Byliśmy w Broome, na północnym zachodzie Australii. Trwała tam akurat pora deszczowa, a my nie mieliśmy gdzie rozłożyć namiotów do spania, bo wszystko było pozalewane. Nagle zatrzymała się przed nami żółta terenówka, z której wysiadł młody chłopak w starym kapeluszu, podartych spodniach i na bosaka… I krzyknął do nas po polsku „Siema!” To był Zbyszek. Polak, który mieszka w aborygeńskiej osadzie. Żebyśmy mogli wjechać do wioski, Zbyszek musiał wyjść po wodza, który przyszedł do nas i ocenił, że możemy zostać, ale tylko na parę dni. I tak zamieszkaliśmy wśród Aborygenów, którzy budują chaty z tego, co wyrzuciło morze, polują na kangury, robią zupę z węża. Atmosfera jak z filmu „Niebiańska plaża” z Leonardem DiCaprio.


Czy spotkała Was kiedyś w podróży chwila grozy, ale taka prawdziwa, z dreszczami na karku i myślą z tyłu głowy: o rany, już po mnie!?

Ola: Tu znów się powtórzę: jesteśmy szczęściarzami. Nie wiem, bo nie liczyłam, ile razy dostaliśmy „drugie życie”, ale trochę tego było. Parę minut po zejściu z lodowca w Norwegii, ten się załamał i runął… A my tylko spojrzeliśmy na siebie i nie byliśmy w stanie nic powiedzieć. Dziś jesteśmy świeżo po przyjeździe z Tajlandii. Ostatnie dni pobytu spędzaliśmy na wyspie Koh Samui. Dzień po tym jak wyjechaliśmy, na wyspie zaczęło ostro padać. I tak przez kilka dni, aż do poważnej powodzi, która uśmierciła kilkanaście osób.

Karol: Na pewno na długo zapamiętamy też moment, kiedy w Australii podczas jazdy odpadło nam koło. Wtedy wszystko działo się szybko i nie było czasu na ocenianie sytuacji, ale mieliśmy olbrzymie szczęście, że udało się opanować miotające się po drodze auto i wyhamować bez wpadania do rowu. Utknęliśmy w miejscu bez zasięgu, setki kilometrów od jakiejkolwiek miejscowości i byliśmy zdani tylko na siebie. Resztę doczytać możecie w naszej najnowszej, trzeciej już książce „Australia za 8$”.


Wasze wyprawy to nie tylko poznawanie nowych miejsc, ale i nowych smaków. Gdzie gotują najsmaczniej, a gdzie chodziliście głodni, bo kuchnia kompletnie nie odpowiadała Waszym smakom?

Ola: Bardzo smacznie i niedrogo można zjeść w Maroku – dobrej jakości mięso, często robione na grillu i wiele śródziemnomorskich dodatków, takich jak oliwki, cytrusy, oliwa z oliwek, orzechy, bakłażany, cukinie, pomidory. Wszystko świetnie przyprawione imbirem, czosnkiem, kolendrą czy cynamonem. No i oczywiście Azja, która jest kontynentem dla tych, dla których jedzenie w podróży, to istotna część poznawania świata. Kraj, gdzie moim zdaniem gotuje się niesmacznie, to zachwalana wszędzie i przez wszystkich Gruzja. Tamtejsza kuchnia jest monotonna i mdła. Może dlatego, że nie jem glutenu i nabiału, a Gruzini na śniadanie, obiad i kolację ciągle wcinają chaczapuri, czyli pizzo-bułkę z serem. W pierwszej restauracji w Gruzji, do której weszliśmy, zapytałam, czy nie mają czegoś bez glutenu. Pani kelnerka powiedziała mi, że oni wszystko tu mają bez glutenu! Oni tylko sól i pieprz dodają… W kolejnych miejscach, w których jedliśmy, już nie pytałam. Przez miesiąc jadłam same szaszłyki z pomidorami, które były obłędne. Pomidory zdecydowanie ratują smak Gruzji.

Karol: Jestem typowym mięsożercą i znów na pierwszym miejscu jest u mnie Australia i USA – tak pysznych steków i burgerów jak tam, nie jadłem nigdzie indziej na świecie.


Wyobraźcie sobie, że pakujecie manatki i wyprowadzacie się na stałe. Dokąd?

Ola: Dla mnie ukochanym krajem wciąż pozostają Stany, a szczególnie ich zachodnia część – stan Arizona albo Utah. Mieć tam małe rancho, domek z werandą i oczywiście bujanym fotelem. Chociaż im więcej podróżujemy, tym bardziej przekonujemy się, że to właśnie w Polsce jest nasze miejsce i nie zdziwi nas to wcale, jak to właśnie tu zostaniemy i gniazdo uwijemy.

Karol: Jeśli już miałbym się gdzieś wyprowadzić to wybrałbym Stany albo Australię, gdzie przez cały rok jest słonecznie.


A co na to wszystko Wasi bliscy?

Ola: Moi i Karola rodzice mają podobną historię. Pochodzą z biednych rodzin i wszystko, co dziś mają, zawdzięczają temu, że bardzo ciężko pracowali. Nie mieli w życiu czasu, ani funduszy na większe podróże. To, co robimy to trochę też spełnianie ich marzeń. Kochają oglądać nasze zdjęcia z podróży, w telewizorach mają zasubskrybowany nasz kanał na You Tube i jest to ich ulubiony program. Nawet Snapchat zainstalowali, żeby z naszymi poczynaniami na końcu świata być na bieżąco. Rodzice dopingują, martwią się, czasem nie śpią po nocy, bywa, że uronią łzę, ale wciąż dopingują.


Zaręczyliście się na Saharze… Czy możecie zdradzić, gdzie weźmiecie ślub? A może zamiast limuzyny do ślubu pojedziecie Waszym busem?

Ola: Haha, wiesz… wbrew pozorom nie przywiązujemy wagi do formy. Chcemy, żeby na naszym ślubie byli najbliżsi nam ludzie. A że jest ich całkiem sporo, to nie możemy i nie chcemy wywozić ich nigdzie daleko. Standardowo też nie będzie. Planujemy luźną, 3-dniową imprezę w wąwozie, w starym stuletnim domu, w górach na Dolnym Śląsku. Dom należy do naszej koleżanki, także podróżniczki.

Karol: A do ślubu oczywiście pojedziemy busem.

Ola: Chyba, że znów się popsuje i trzeba będzie go pchać.

Rozmawiała Daria Malicka

 

Jakim cudem podróżujemy tak tanio? Rady Oli i Karola.

Średnio w podróży wydajemy 8 dolarów dziennie. Jak to wygląda w praktyce?

Paliwo – prawie nigdy nie podróżujemy sami. Na kolejne etapy naszej wyprawy zabieramy przyjaciół, czytelników bloga, przypadkowych ludzi i dzielimy się z nimi kosztami paliwa.

Noclegi – nigdy nie płacimy za noclegi. Śpimy na dziko, w aucie i w namiotach, na plażach, na klifach czy w górach.

Jedzenie – mamy w busie kuchenkę i lodówkę, robimy zakupy w tanich marketach i sami sobie gotujemy.

Higiena – w busie mamy elektryczny prysznic podłączony do 150-litrowego zbiornika wody zamontowanego na dachu.

Atrakcje i bilety – bardzo często nie płacimy za wstęp do atrakcji turystycznych. Jako blogerzy dostajemy darmowe wejściówki w zamian za napisanie recenzji danej atrakcji.

Zarabiamy na blogu, na książkach i robiąc różnego rodzaju kampanie reklamowe dla firm (sesje zdjęciowe, filmy reklamowe w egzotycznych sceneriach). Jeśli tylko mamy ze sobą laptop i dostęp do Internetu, to możemy pracować.

Zdjęcia z archiwum Oli Ślusarczyk i Karola Lewandowskiego

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close