Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


O dzieciństwie spędzonym wśród gwiazd polskiego kina, kieleckim teatrze, dojrzewaniu do aktorstwa i ojcostwa oraz sierżancie Marianie Marczaku rozmawiamy z Arturem Pontkiem.

Cudowne dziecko polskiego kina, które już jako sześciolatek szlifowało swój aktorski talent w Teatrze Polskiego Radia, i urodzony warszawiak trafia do kieleckiego teatru. Nie traktował Pan tego jak zesłanie?

Mój przyjazd do Kielc poprzedził dwuletni pobyt w Krakowie, gdzie uczęszczałem do prywatnej szkoły aktorskiej, więc nie trzymałem się aż tak kurczowo stolicy. W tym czasie zdawałem do szkoły teatralnej, ale niestety nie powiodło mi się… Tak się złożyło, że wśród moich wykładowców była osoba, która współpracowała z kieleckim teatrem, i od niej dowiedziałem się, że właśnie trwają poszukiwania aktora do jednego ze spektakli. Nie zwlekałem i zgłosiłem się.

Zanim jednak dotarł Pan do Kielc, wrócił Pan na chwilę do Warszawy….

Rzeczywiście, trochę jeździłem z różnymi przedstawieniami po Polsce, ale nie byłem do końca do tego przekonany. Zależało mi na tym, by zdobywać doświadczenie, jeśli nie w szkole aktorskiej, to przynajmniej na profesjonalnej scenie. Ostatecznie w 1997 roku trafiłem do Teatru im. Stefana Żeromskiego pod skrzydła nieodżałowanego dyrektora Piotra Szczerskiego i spróbowałem swoich sił w dublurze w spektaklu „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” w jego reżyserii. To była moja pierwsza premiera kielecka, ale wówczas nie byłem jeszcze pewien, czy to nie będzie jednorazowa współpraca. Potem pojawiły się kolejne propozycje. Bardzo korciło mnie, aby zostać w Kielcach na stałe, bo lubię mieć swoją teatralną rodzinę. Wcześniejszą stworzyliśmy w Teatrze Ochoty w ognisku teatralnym. Bardzo zżyliśmy się ze sobą, do dziś utrzymujemy kontakty, pracujemy razem, spotykamy się, przygotowujemy wspólnie różne rzeczy.

Trochę przypadkowe zastępstwo w kieleckim teatrze zaowocowało siedmioma bardzo pracowitymi i owocnymi latami na naszej scenie. Był Pan niekwestionowanym ulubieńcem publiczności.

Zostawiłem w Kielcach kawał swojego rudawego serducha… Oddawałem się pracy całkowicie, bo tak już jestem skonstruowany, że jeśli coś robię, to bez taryfy ulgowej dla siebie. Aktorstwo to moja pasja i  to już od dzieciństwa. To świetna zabawa, sposób na życie, na wyrażenie siebie. Lubię swoją pracę, choć bywa z nią różnie, raz jest jej więcej, raz mniej. Nie zawsze ten zawód bywa wdzięczny. Ale te siedem lat w Kielcach to był dobry czas.

Potwierdzeniem tego był nagrody, m.in. Dzikie Róże przyznane przez dziennikarzy w sezonach 2002/2003 i 2003/2004.

To było bardzo przyjemne, bo potwierdzało, że moja praca przynosi efekt i między mną a publicznością jest wymiana, pozytywna interakcja. Bardzo ceniłem sobie kielecką widownię i dziennikarzy, z którymi spotykaliśmy się nie tylko na spektaklach. Wielką wartością była możliwość rozmowy, ważne były również takie spontaniczne spotkania na ulicy. Zawód aktora polega na tym, aby coś dawać innym, dlatego tak ogromną przyjemność sprawiało mi występowanie przed kielecką publicznością i mam nadzieję, że ta moja radość została zauważona.

Które z kieleckich ról najbardziej utkwiły w Pana pamięci?

Odpowiedź na tak skonstruowane pytanie zawsze jest dla mnie problemem, bo gdy myślę o jednej roli, to wydaje mi się, że inne – równie ważne – są poszkodowane. Taki już jestem, nikogo i niczego nie chciałbym pominąć… Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem i miałem zapraszać na urodziny osoby z klasy, to nie mogłem pominąć nawet tych, za którymi nie przepadałem, a i oni niespecjalnie mnie lubili. Jakoś nie potrafiłem wybierać, było mi po prostu niezręcznie. I to jest spory kłopot, bo skutek tego jest taki, że czasem nie jestem fair wobec siebie.

A jednak spróbuję Pana przycisnąć do muru…

Myślę, że gdy już okrzepłem i dojrzałem jako aktor, to wielkim wyzwaniem były dla mnie role w  „Poruczniku z Inishmore” czy „Balu wisielców”. Czułem się wówczas dosyć pewnie aktorsko, byłem mocno przekonany, że wiem co robię.

Czy miał Pan w Kielcach i regionie swoje ulubione miejsca?

Takim miejscem był zalew w Borkowie i tamtejsza stadnina koni. Zawsze lubiłem jeździć konno i tam zdarzało mi się spędzać popołudnia, a niekiedy całe dnie. Mam do Kielc wiele sentymentu i sympatii, jak tylko mogę, to wpadam tu, staram się spotkać ze znajomymi z teatru, zapalić świeczkę na grobie Piotra… Jakiś czas temu razem z córką oglądałem spektakl w teatrze Kubuś.

Pokaźny dorobek aktora młodzieżowego nie wystarczył, by dostać się do szkoły aktorskiej. Był Pan rozżalony, rozczarowany?

Dzieciństwo spędziłem w Teatrze Polskiego Radia, gdzie spotkałem wspaniałych, starszych aktorów, m.in. Irenę Kwiatkowską czy Mariana Kociniaka. Potem przyszły role w filmie – m.in. „Mów mi Rockeffeler” czy „Pan Kleks w kosmosie”, w którym grałem obok Piotra Fronczewskiego. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby zadzwonić do jednego z tych aktorów i zapytać, czy w związku z tym, że się znamy, będzie mi lżej czy trudniej podczas egzaminów. I przyszły nieudane egzaminy – pierwsze, potem drugie… Nie zawsze zgadzałem się z oceną egzaminatorów, ale szanowałem to. Wrodzony upór sprawił, że nie złożyłem broni i zdałem egzamin eksternistyczny w Związku Artystów Scen Polskich w Warszawie.

Ale w jednym z wywiadów wyznał Pan, że był taki moment, gdy rozważał Pan, czy nie czas zrezygnować z marzeń o aktorstwie.

Gdy pojechałem na egzamin eksternistyczny, byłem ogromnie zestresowany. Stanąłem przed komisją, którą w 80 proc. znałem. Przede wszystkim czułem jednak, że mam coś konkretnego do powiedzenia. Gdyby wówczas powinęła mi się noga, chyba musiałbym pomyśleć o poszukaniu innego zajęcia. Oczywiście, byłem w rozterce, bo tak kochałem ten zawód i nie wyobrażałem sobie, co mógłbym innego robić. To jest moja ukochana zabawa, mój ukochany świat i nie chcę szukać innego.

A miał Pan plan B?

Na szczęście zdałem egzamin eksternistyczny i nie musiałem szukać alternatywnego zajęcia. Ale to dało mi impuls do działania – założyłem agencję artystyczną. Realizuję się więc nie tylko aktorsko, ale i jako producent oraz reżyser. Mam bardzo dużo zajęć – m.in. w serialu „Ojciec Mateusz”, w dubbingu i nie na wszystko wystarcza mi czasu. Poza tym marzę o tym, by założyć fundację artystyczną. Pomysłów jest wiele, gorzej z czasem na ich realizację…

Wróćmy jeszcze na chwilę do kieleckiego etapu Pana życia. Dojrzał Pan tu aktorsko, grał w ważnych spektaklach, a jednak zdecydował się Pan na odejście. Dlaczego?

To był moment, w którym czułem się artystycznie spełniony, doceniony. To w Kielcach nauczyłem się zawodowej samodzielności, mogłem się rozwijać, grając w bardzo różnorodnym repertuarze. Ale  potrzebowałem czegoś jeszcze. Doszedłem więc do wniosku, że ta chwila, gdy już okrzepłem i jestem silny, będzie najlepszym momentem na zmianę. W innej sytuacji – gdybym był słaby zawodowo i psychicznie – pewnie nie zdecydowałbym się na powrót do Warszawy i rozpoczęcie nowej drogi artystycznej. Pamiętam rozmowę z dyrektorem teatru. Początkowo posmutniał i wziął to do siebie, uznając, że chcę opuścić zespół. Wytłumaczyłem mu, że nie o to chodzi, że mam taką potrzebę, by coś zmienić i zrobić to w dobrym momencie. Nie uciekłem, tylko szukałem nowych wyzwań.

Nie żałował Pan opuszczenia bezpiecznego miejsca w kieleckim teatrze?

Nigdy nie żałowałem, ale do dziś wracam z ogromnym sentymentem do Kielc, choć nie wszystkie sytuacje były cudownie i wspaniałe, bo ten zawód nie zawsze taki jest. To nie jest słodki cukierek. Bywa, że pojawia się gorycz.

Porozmawiajmy chwilę o Marianie Marczaku – nieco niezdarnym sierżancie z Sandomierza. Czy w końcu znajdzie miłość swojego życia? Jak na razie wszystkie randki kończą się klapą.

Jeszcze wczoraj o tym myślałem, bo rozpoczęły się zdjęcia do kolejnych odcinków „Ojca Mateusza”. Scenarzyści trochę odstawili Mariana na bok, bo rozwinęły się inne wątki. Rzucam czasami pewne pomysły dotyczące mojej postaci, jedne są wykorzystywane, inne nie. Zaproponowałem kiedyś, że napiszę scenariusz, ale jak na razie brakuje mi na to czasu. Rzeczywiście, Maniek to taki nieporadny sierżant, którego omijają awanse. Ale to wdzięczna komediowa rola, która ma duży potencjał i mam nadzieję, że ta postać jeszcze rozkwitnie. Kiedyś ktoś zapytał mnie, czy Marczak w końcu awansuje. Ja odpowiedziałem, że mi się to podoba, że jest wciąż sierżantem, i chyba usłyszeli to scenarzyści…

„Ojciec Mateusz” to prawdziwy fenomen – pierwszy odcinek pojawił się na ekranach dziesięć lat temu, a serial wciąż ma ogromną rzeszę sympatyków.

Serial cieszy się dużą popularnością i sympatią, ja też mam swoich faworytów i to nie tylko na komisariacie. Wszyscy bardzo lubimy tę pracę, na plan wróciliśmy w połowie marca i niezmiennie towarzyszy nam entuzjazm oraz bardzo miła atmosfera.

Czy coś by Pan zmienił w swojej postaci?

Na pewno, bo jestem osobą kreatywną i przychodzą mi do głowy różne pomysły. Ale pokornie zdaję się na scenarzystów. Czasami luźno sobie rozmawiamy i te pomysły wchodzą do scenariusza, więc mam nadzieję, że Marian nie pokazał jeszcze wszystkiego, co potrafi.

Zaczynał Pan swoją karierę aktorską jako sześciolatek. W wieku 18 lat miał Pan na koncie prawie dwadzieścia ról. Czy cena za bycie cudownym dzieckiem była wysoka?

Rozpatrując to w kategoriach relacji z rówieśnikami – bywało różnie. Miałem duże grono kolegów i starałem się być normalnym chłopakiem. Oczywiście nie było to łatwe, bo kiedy oni grali na podwórku w piłkę, ja szedłem do radia nagrywać audycje lub biegłem na plan filmowy. I w tym dorosłym świecie spędzałem długie godziny. Niektórym wydawało się, że skoro występuję obok gwiazd polskiego kina, to na pewno mam przewrócone w głowie. I zdarzały się negatywne opinie, krzywdzące mnie sytuacje. Na szczęście nie było ich dużo. Oczywiście, że w jakimś stopniu odstawałem od swoich rówieśników, bo miałem inny świat i inne zajęcia. Nie uważam jednak, że straciłem część swojego dzieciństwa.

Prowadził Pan pamiętnik, do którego wpisywali się wybitni aktorzy.

On gdzieś jest! Ale ciężko mi go znaleźć – mam tyle szpargałów… Jakiś czas temu przeleciał przez moje ręce, potem go odłożyłem, a gdy chciałem pokazać mojej żonie i dzieciom, to nie mogłem go znaleźć. Ale doskonale pamiętam wpisy Zygmunta Kęstowicza, Barbary Rachwalskiej czy Henryka Talara, który napisał: „Koledze po fachu…”

Czy fakt, że Pana dzieciństwo upłynęło u boku gwiazd sprawiło, że był Pan dojrzalszy? Miał Pan przecież swoje własne, zarobione pieniądze.

Starałem się, żeby nie było szaleństw. Co chwilę ktoś mnie przestrzegał: „żeby ci woda sodowa nie uderzyła do głowy!” Pomijam, że na początku byłem na tyle mały, że nic nie rozumiałem, co się może z tą wodą stać… Gdy trafiłem do ogniska teatralnego państwa Machulskich przy Teatrze Ochoty,  cudowna pani Halina pielęgnowała w nas to, żebyśmy byli zwyczajni, normalni. Wykonując ten dość dziwny zawód łatwo jest się zagubić.

Mam wrażenie, że Panu skutecznie udaje się być zwykłym człowiekiem, mężem, ojcem dwójki dzieci, który dzieli swój czas między pracę a obowiązki domowe. Nie czuje się Pan celebrytą?

Żyjemy teraz w bardzo dziwnym świecie, ale ja nie gonię za popularnością za wszelką cenę. Czasami ktoś mnie pyta – czemu nie wykreuję jakiejś medialnej rzeczy. Próbuję poruszać się w mediach społecznościowych na swój sposób – delikatnie, lightowo. Chciałbym pozostać sobą, zacząłem wykonywać ten zawód w dzieciństwie i to może ma wpływ na to, że nie mam ochoty być kimś innym, niż jestem.

Ale przyjął Pan propozycję występu w „Tańcu z gwiazdami”.

Nie chodziło mi tylko o medialny rozgłos czy zarobki, ale o to, że w drodze była moja córa, zbliżały się moje czterdzieste urodziny. Na te cztery okrągłe dychy postanowiłem zająć się trochę sobą – przede wszystkim być bardziej aktywnym fizycznie, zrzucić kilka kilogramów. I te postanowienia zbiegły się z propozycją występu w programie.

Pana dzieci – Leon i Zoja mają już na koncie występy w serialach. Czy pójdą w ślady taty?

Być może tak, nie bronię im tego, ale i nie namawiam. Córa miała dwa czy trzy tygodnie, gdy trafiła na plan serialu, bo było potrzebne malutkie dziecko. Potem trochę podrosła i znów zagrała i wówczas ktoś napisał, że Pontek załatwił rolę dziecku. To mnie rozśmieszyło – bo cóż ja mogę załatwiać córce… Mój syn, który gra na wiolonczeli, również występował w serialach animowanych, które reżyserowałem. Można podejrzewać, że mu tę rolę załatwiłem. Owszem – umożliwiłem mu udział w zdjęciach próbnych. I tyle. Czy Leon będzie w przyszłości uprawiał ten zawód? Nie wiem, bo może się okazać, że zechce np. grać w piłkę. Były już takie sytuacje, że poczuł, że to jest ciężka robota, bo grał na planie z wysoką gorączką, cały dzień w plenerze. Zrozumiał wówczas, że nie ma taryfy ulgowej.

A przed czym chciałby Pan przestrzec swoje dzieci, jaką im dać radę?

Najważniejsze, żeby nie udawali kogoś innego niż są.  Żeby starali się być sobą i mieć szacunek do innych, bez względu na to, kim w życiu zostaną. Teraz nastały takie czasy, że ludzie powierzchownie traktują się we wzajemnych relacjach. A ja chciałbym w moich dzieciach zakorzenić szacunek dla drugiego człowieka, żeby szanowały wolę i indywidualność innych. Reszta przyjdzie sama.

Czy ojcostwo Pana zmieniło?

Gdy patrzę na mojego syna wracającego ze szkoły i na jego kolegów, którzy przyszli do nas wczoraj całą paczką na pizzę i wariowali, to uczy mnie to pokory i cierpliwości. Nie zawsze mi się to udaje, ale to są podstawowe sprawy związane z ojcostwem.

10 maja obchodził Pan 43. urodziny. Czego Panu życzyć z tej okazji?

Staram się nie liczyć godzin i lat, ale zegar tyka. Trudno. Prosiłbym o takie życzenia, które chciałbym przekazać każdemu – zdrowia, radości, pokoju, dystansu, luzu, czasu na pracę i czasu dla rodziny, czasu na zabawę i na zadumę.  I jeszcze jedno – dobrych proporcji we wszystkim.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcie: Marzena Stokłosa

Artur Pontek – aktor filmowy i teatralny, w latach 1997–2004 występował na deskach Teatru im. Stefana Żeromskiego. Swoją aktorską karierę rozpoczął w wieku sześciu lat od występów w Teatrze Polskiego Radia. Po raz pierwszy na ekranie pojawił się w filmie Janusza Rzeszewskiego „Misja specjalna”. W dzieciństwie najbardziej zasłynął z ról Pająka („Banda Rudego Pająka”), Arnolda („Pan Kleks w kosmosie”) oraz Misia Malinowskiego („Mów mi Rockefeller”). Od 2008 r. gra sierżanta Mariana Marczaka w serialu „Ojciec Mateusz”.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close