Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Miłość Wojtka Spyry do motocykli trwa dłużej, niż on sam sięga pamięcią. Parę lat temu wrócił do młodzieńczej pasji, ale w nowej odsłonie: buduje maszyny od początku do końca. Dłubie przy nich w garażu na Herbach, a efekty zachwycają nie tylko miłośników jednośladów. Już jego pierworodny Cyklop zaintrygował fanów customowych, czyli przerabianych motocykli z całego świata.

Komunijna motorynka

Fascynowały go, odkąd pamięta, a nawet dłużej, bo już jako berbeć usadzony na maszynie pozował do zdjęć. To zasługa taty, który w garażu na kieleckich Herbach miał wiele motocykli, najstarsze pochodziły z lat 30., a najfajniejsze były wojenne BMW. Siostry ojca jeździły na awo simsonach czy polskich junakach. – A dziadek był ponoć gdzieś tam na wsi takim przedwojennym specjalistą, naprawiał motocykle. Ustawiała się do niego kolejka – dodaje.

Wojtuś bawił się śrubkami, aż stał się szczęśliwym posiadaczem pierwszej własnej maszyny. – Uzbierałem kasę z komunii i poszedłem z ojcem do polmozbytu po motorynkę. W tamtych czasach można było je kupić od ręki, ale najczęściej były zepsute. W mojej nie działało sprzęgło, dlatego była w promocji. Pamiętam, że cenę: z 47 tys. zł obniżono do 42. Sprzęgło naprawił ojciec, ja mu asystowałem – wspomina.

Ujeżdżał tę motorynkę, ile się dało, całą podstawówkę. Ale w garażu stały też inne motocykle… – Nie ukrywam, że na nich też jeździłem, nawet jak do ziemi nie dostawałem nogami – przyznaje. Gdy miał 16 lat, zrobił prawo jazdy – zimą, zaraz jak tylko mógł iść na kurs. – Pamiętam, że jeździłem w śniegu. Potem to odchorowałem – wspomina. Pierwszy motocykl przejął od starszego brata. To był ural, przy którym wciąż trzeba było grzebać. Po paru latach go poskładał. Potem były nowocześniejsze motocykle. – Wtedy lubiłem jeździć. Teraz wolę je robić i przerabiać – zdradza.

Cyklop

Wojtek Spyra nie pasuje do stereotypu miłośnika motocykli. Sprawia wrażenie nadzwyczaj spokojnego człowieka, lubi góry i kontakt z przyrodą. Raz czy dwa pojechał nawet na zlot, ale to nigdy nie były jego klimaty. W garażu nie słyszymy rocka, tylko muzykę, przy której chirurgowi raczej nie drgnęłaby ręka. Od Los Angeles woli Nową Zelandię.

W pewnym momencie zrobił sobie długą przerwę. Sprzedał motocykl, nie wiedział, co chce w życiu robić i wyjechał na parę lat za granicę. Z Anglii kilka razy przyjeżdżał do Polski, za każdym razem już „na stałe”. Do swojej pasji wrócił dziesięć lat temu, jeszcze na emigracji, gdy znów kupił motocykl. – A pracę w garażu zacząłem po powrocie zza granicy, sześć lat temu. Stwierdziłem wówczas, że nie chcę jeździć na fabrycznej maszynie i sam muszę coś dla siebie zbudować – wspomina.

 

Wszystkiego nauczył się sam. I zrobił dla siebie motocykl, o którym wieść rozniosła się w środowisku. Informacja pojawiła się w magazynie „Custom”, w internetowym piśmie „Swoimi Drogami” i na znanych portalach miłośników customowych, czyli przerabianych indywidualnie i zgodnie z potrzebami użytkownika motocykli. Dotarła nawet do Nowej Zelandii. Ludzie zachwycili się jego jednośladem, a jemu spodobało się, że ktoś docenia to, co robi. W tym motocyklu, którego ktoś przez charakterystyczne światło ochrzcił imieniem Cyklop, został tylko oryginalny silnik Yamahy i kawałek ramy, reszta była przerabiana lub dorabiana. Zainteresowanie jego pracą było ogromne, większość osób chciała wiedzieć, jak to czy tamto zrobił. Byli też tacy, którzy pytali, czy Wojtek złoży im taki pojazd.

Cyklopa robił dla siebie, ale ostatecznie sprzedał go człowiekowi z Anglii. Klient nawet nie obejrzał maszyny, bo znał wszystkie przeróbki, długo i często rozmawiali przez telefon. Twórca spakował swoje dzieło w busa i się z nim pożegnał. Przez dłuższy czas miał jeszcze kontakt z nowym właścicielem Cyklopa.

Z Herbów do Puerto Rico

Kolejny motocykl był w zupełnie innym stylu i także dość szybko znalazł nabywcę. W ten sposób pasja przerodziła się w zawód. – Ale to nie praca, to jest właściwie zabawa – zastrzega. Na swoim koncie Spyra ma już cztery maszyny, które wykonał od początku do końca. – Robię jak najwięcej rzeczy własnymi rękami, nie kupuję fabrycznych części z katalogów, tylko sam je rzeźbię. Nie płynę z nurtem. Samemu można zrobić błotniki, ramę, wszelkie detale, co kto sobie wymyśli – tłumaczy.

Ma sporo zamówień na części: układ wydechowy czy inne drobiazgi od motocyklistów z całego świata, głównie z Europy, Nowej Zelandii i Australii. Najbardziej egzotycznym miejscem, do którego zaadresował paczkę, była wyspa Puerto Rico. Podkreśla, że nigdzie się nie ogłaszał, wieści rozeszły się pocztą pantoflową. Nawet nie ma jeszcze swojej strony internetowej, brakuje mu czasu, żeby tego przypilnować.

Sam jeździ rowerem, jest jak szewc, co bez butów chodzi. To dlatego, że co zrobi, to sprzedaje. Ale obiecał sobie, że przez zimę złoży wreszcie maszynę, która zostanie w garażu na Herbach. Jej fragmenty stoją już na stole. Obok leży stara, grubaśna książka o motoryzacji. I rysunek niskiej maszyny o wydłużonym kształcie. Efekt końcowy może jednak odbiegać od założeń. – Przy pracy dużo kombinuję. Mam początkową wizję, ale potem modyfikuję, wiele zmian wychodzi spontanicznie w czasie dłubania – mówi.

Pod ścianą leżą resztki motocykla DKW z 1940 roku. – Kolega powiedział mi, że jego znajomy robi porządki w piwnicy w centrum Kielc i chce wyrzucić jakieś części. Obaj się na jednośladach nie znają, a na zdjęciach ledwo co było widać. Poprosiłem, żeby się wstrzymał, pojechałem i okazało się, że to pojazd z czasów wojny, bez silnika, ale w dobrym stanie – dodaje.

Fabrycznych jednośladów nie lubi. – Ktoś mi takiego przyprowadził, to wygoniłem na podwórko. Lepiej żeby on mókł na deszczu, niż ten – tłumaczy i wskazuje na harleya sportstera z 1976 roku.

Motocykle z herbskiego garażu robią wrażenie nie tylko na miłośnikach tych pojazdów. – Jest taka zasada, że jak coś wygląda dobrze, to dobrze się na tym jeździ. Ale wiadomo, że każdemu podoba się coś innego. Fajnie, jak wizja klienta jest podobna do mojej – mówi. Jeden z motocyklistów, gdy zobaczył efekty pracy Wojtka, powiedział: Myślałem o czymś innym, ale to jest jeszcze lepsze.

Czy trudno mu się rozstawać z własnoręcznie zrobionymi motocyklami? – Cóż, nie można mieć wszystkiego – mówi z charakterystycznym spokojem. I dodaje, wskazując na zdjęcie Cyklopa: – Ale identycznego sobie kiedyś zrobię.

Tekst: Agnieszka Gołębiowska

 

Zdjęcia: Mateusz Wolski

 

Zdjęcia: Mateusz Iskra

 

Zdjęcia: Wiktor Taszłow

 

Zdjęcia: Wojtek Spyra

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close