Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Uchatki chciały się z nim bawić, pingwinom zawdzięcza siniaki, a wydrzyk zerwał mu z głowy czapkę. Choć słonie morskie budzą duży respekt, tylko raz musiał uciekać przed potężnym samcem. Damian Czajka przeżył przygodę życia na Wyspie Króla Jerzego, gdzie przez rok pracował w polskiej stacji badawczej. Spełnił marzenie z dzieciństwa, a każdy dzień dawał mu powody do zachwytu.

Tropem Centkiewiczów

Zwierzętami zainteresował się tak dawno, że nawet nie pamięta kiedy dokładnie. Ma natomiast pewność, że przyczynił się do tego sir David Attenborough, którego programy oglądał z rodzicami. Wychował się też na książkach Włodzimierza Puchalskiego. Początkowo przyrodę podglądał na podwórzu rodzinnego domu w Kazimierzy Wielkiej, potem z obserwacjami wychodził dalej.

Ciągnęło go do ornitologii, ale nie tylko ptaki stały się obiektami jego badań. Zajmuje się także monitoringiem pilchowatych, czyli przemiłych popielic oraz nietoperzy, a jednym z jego ulubieńców jest chomik europejski. Angażował się w przyrodnicze akcje oraz projekty świętokrzyskie i ogólnopolskie. Skończył Technikum Leśne w Zagnańsku, a potem ratownictwo w Policealnej Szkole Medycznej w Morawicy. – Od kiedy pamiętam, miałem dwa kierunki zainteresowań: przyrodę i ratownictwo – podkreśla.

Po szkole medycznej zawodowo związał się z kieleckim pogotowiem ratunkowym, a przyrodnicze zainteresowania realizuje m.in. w Stowarzyszeniu Most.

Skąd wziął się pomysł na Antarktykę? Był już na dobre rozmiłowany w zwierzakach, kiedy w II klasie podstawówki przeczytał „Zaczarowaną zagrodę” Anny i Czesława Centkiewiczów. Bohaterami książeczki, której akcja toczy się na – aktualnie nieczynnej – stacji antarktycznej im. Dobrowolskiego, są pingwiny i badający je naukowcy. – Lektura zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Minęło 20 lat i myśl o Antarktyce zaczęła wracać – wspomina.

Uczył się jeszcze na ratownika, gdy pierwszy raz trafił na ogłoszenie o pracy na stacji antarktycznej im. Arctowskiego. Zwierzał się kolegom, że chętnie by pojechał… Minęły dwa czy trzy lata i w marcu 2016 roku natknął się na anons, że szukają ratownika medycznego na 41. Wyprawę Antarktyczną. – Przeczytałem i machnąłem ręką, bo wymagania nie takie, a termin upływał następnego dnia… Ale znajomi przekonywali: „Co ci szkodzi, wysyłaj!”. Na wariackich papierach napisałem podanie i CV, skompletowałem wymagane dokumenty i poszło w świat – mówi.

W terminie podanym w ogłoszeniu nie doczekał się odpowiedzi, ale zamiast się martwić, postanowił lepiej przygotować się do kolejnej rekrutacji. Nieoczekiwanie w czerwcu zadzwonił telefon z zaproszeniem na rozmowę. Przez godzinę opowiadał o sobie. I został uczestnikiem 41. Wyprawy Antarktycznej!

 – Pingwiny były zapalnikiem, ale zdecydowałem się na ten wyjazd, bo chciałem przeżyć przygodę, sprawdzić siebie w ekstremalnych warunkach i poznać tę część świata, do której niewielu dociera – podsumowuje.

Arctowski

Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego, nazywana Arctowskim, znajduje się na półkuli południowej w archipelagu Szetlandów Południowych na Wyspie Króla Jerzego. Ponad 14 tys. km od Polski. Opiekę logistyczną i merytoryczną nad stacją sprawuje Zakład Biologii Antarktyki Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN. Prowadzone są tam badania w dziedzinie oceanografii, geologii, geomorfologii, glacjologii, meteorologii, sejsmologii, biologii i ekologii oraz obserwacje monitoringowe: ekologiczne, glacjologiczne i meteorologiczne.

Latem załogę stacji stanowi 16 osób, zimą – 8. Ekipa zapewnia funkcjonowanie Arctowskiego i sama prowadzi badania. Latem przyjeżdżają naukowcy z całego świata, wtedy na stacji przebywa nawet 40 osób.

Czajka należał do „zimowników”, czyli tych, którzy spędzili na Antarktyce okrągły rok. Na Arctowskim nie ma lekarza, więc na jego barkach spoczywało bezpieczeństwo uczestników wyprawy. – O ile latem można pojechać do specjalisty na brazylijską stację Ferraz lub ewakuować chorego, o tyle zimą jest to utrudnione. Wówczas jesteśmy zdani na siebie. Możemy się nie lubić, sprzeczać, ale i tak musimy współpracować, bo jedna osoba bez drugiej nie jest w stanie funkcjonować. Na szczęście moja wyprawa była dość bezpieczna i obyło się bez poważnych zdarzeń – relacjonuje.

Z czystym sumieniem mógł więc poświęcić się swojej drugiej pasji. – Uznano, że jestem odpowiednią osobą do pracy w monitoringu ekologicznym. Na stacji każdy ma mnóstwo zadań, nie tylko związanych ze swoim fachem. Zespół jest tworzony tak, by jego członkowie się wzajemnie uzupełniali, szczególnie w ekipie zimującej – tłumaczy.

Dzień pracy zależy od pory roku. Latem po krótkiej porannej odprawie wyruszają w teren łodziami motorowodnymi lub na piechotę. Pracują do wieczora z przerwą obiadową, ale „monitoringowcy” często wracają do stacji dopiero na kolację, a zdarza się, że wcale. Wtedy nocują w jednym z domków służących jako baza terenowa. Czasem mogą tam utknąć, gdy pogoda psuje się na dwa, trzy dni.

Zadań jest mnóstwo: codzienny monitoring kolonii rozrodczych pingwinów Adeli: określanie liczebności gniazd, piskląt czy sprawdzanie sukcesu lęgowego. Przyrodnicy zakładają pingwinom nadajniki, aby śledzić ich wędrówki, zliczają gniazda innych ptaków, np. wydrzyków. Do ich zadań należy też monitoring całego 15-kilometrowego odcinka plaży. Liczą wtedy haremy i młode słoni morskich oraz innych gatunków płetwonogich ssaków: uchatek i fok.

Zimą pracują tylko do obiadu, przede wszystkim na stacji. Głównym zadaniem jest monitoring płetwonogich, który powinni robić co 10 dni, ale w rzeczywistości pogoda pozwala na to najwyżej raz na miesiąc, półtora. Tuż przy stacji zliczają zimujące ptaki.

 – Gdy przychodzi zima, zmienia się wszystko. Nie ma już tak częstych wyjść w teren, bo nie pozwala na to wiatr. Zaczyna sypać śnieg. Bywają takie dni, że nie da się wyjść z budynku, a przejście do najbliższej hali zamiast kilku minut zajmuje kilkadziesiąt – tłumaczy.

Podmuchy przenoszą spore przedmioty, a lód uniemożliwia poruszanie się skuterem.  –  Człowiek zdaje sobie wtedy sprawę, jak niewiele od niego zależy. Planujesz wyjazd na monitoring, prognozy na najbliższe godziny są super, a po dotarciu na miejsce okazuje się, że nie możesz wrócić, bo zasypało jedyny przejazd. Takich sytuacji było mnóstwo. Jednego dnia na lodowcu wiatr zaczął przesuwać ważące 400 kilogramów skutery i to na dodatek… razem z nami – opowiada.

Latem temperatury wahają się od -2 do +8 stopni Celsjusza, zimą z reguły jest około -10. Podczas pobytu Czajki zdarzyło się, że słupek rtęci wskazywał -27. Na Wyspie Króla Jerzego panuje oceaniczny klimat, dlatego nie jest tak mroźno jak na kontynencie, gdzie termometr pokazał wtedy -80, a temperatura odczuwalna była na poziomie -96. – Natomiast wiać na wyspie potrafi konkretnie, nawet 200 km na godzinę. Tam wiatr może i człowieka przenieść, o czym przekonałem się na własnej skórze. W pewnym momencie podmuchy o prędkości 100-120 km/h nie robią już wrażenia. W Polsce tego rodzaju wichury sieją spustoszenie, a nam zdarzało nam się wychodzić na monitoring – przyznaje.

Praca marzeń

Monitoring to dla Czajki praca marzeń. – Latem każdy dzień był zaskoczeniem, przynosił nowe doświadczenia. Śledziłem m.in. narodziny młodych słoni, to jak się zachowują, jakie jest poruszenie w stadzie, jak zlatują się pochwodzioby, które chcą przy tej okazji uszczknąć coś dla siebie. Moment klucia pingwinów też robi wrażenie. Codziennie w gniazdach przybywa młodych – mówi.

W pobliżu bazy kolonie rozrodcze zakładają trzy gatunki pingwinów, ale Czajce udało się zobaczyć też trzy inne, które tylko czasami pojawiają się na Wyspie Króla Jerzego. Zwieńczeniem jego pracy była obserwacja pary pingwinów cesarskich. Poza tym „zaliczył” dwa gatunki wydrzyków, dwa oceanników, petrelca olbrzymiego, pochwodzioba, rybitwę antarktyczną, mewę południową, warcabnika… W sumie 20 gatunków ptaków, a z ssaków: słonie morskie, uchatki antarktyczne, lamparty morskie, fokę Weddella i fokę krabojada.

– Pobyt na Arctowskim przerósł moje przyrodnicze oczekiwania. Było mnóstwo niezwykłych sytuacji i scen. Obserwowałem gatunki, o których mi się nie śniło. Na jednej z plaż przebywała dorosła foka Weddella z młodą weddelką, co było tym bardziej interesujące, że ten gatunek nieregularnie wyprowadza swoje młode – opowiada.

Nie potrafi powiedzieć, co urzekło go najbardziej. – Gdy wydawało mi się, że już nic mnie nie zaskoczy i nie zachwyci, to przychodziła kolejna niezwykła chwila. Gdy myślałem, że już wszystko widziałem, zaczęły się rodzić młode słonie. Gdy i z tym się oswoiłem, zobaczyłem pochwodzioba spijającego mleko, które pił młody słoń. Takich scen były tysiące. A na zakończenie, gdy wypłynęliśmy z Zatoki Admiralicji, pojawiło się tak piękne słońce, że mieliśmy wrażenie, że opuszczamy bramy raju  – wspomina.  I dodaje: – Ale to nie jedyny raj na ziemi, który warto odwiedzić.

Oczy Antarktyki

Kilka pomysłów w czasie tego roku powstało, kilka zweryfikowała rzeczywistość. A Damian Czajka zaczął kierować się zasadą: przestać planować, zacząć działać. Do Polski wrócił tylko na miesiąc i po Bożym Narodzeniu znów wybył, tym razem za ocean. Obecnie jest w Brazylii, w odwiedzinach u przyjaciół, których poznał na  stacji badawczej Ferraz.

Wraca pod koniec lutego. Stęsknił się już za pracą w pogotowiu. Ma też w głowie kilka przyrodniczych projektów. Wbrew przewidywaniom, na Arctowskim niewiele miał czasu na przemyślenia. Niepotrzebnie też – jak to mól książkowy – martwił się, że zabraknie mu książek do czytania. Biblioteka jest tam dobrze zaopatrzona. Spisywał również swoje obserwacje w notesach i na blogu oczyantarktyki.blogspot.com. W założeniach blog był przeznaczony dla kilkorga znajomych, ale liczba czytelników się rozrosła, a posty mają średnio około 200 wyświetleń. – Może nie jest to zawrotna liczba, ale doceniam, że tak dużo osób ma ochotę poświęcić kilka minut, żeby przeczytać o tym, co się wydarzyło na Antarktyce czy w czasie mojej podróży po Ameryce Południowej. Często dostaję informacje zwrotne. To jest największa nagroda – zapewnia.

Na blogu zamieszcza zdjęcia, których zrobił mnóstwo. Niestety Antarktyka nie służyła aparatowi i w drodze powrotnej odmówił współpracy. Na pochwały oglądających Czajka odpowiada skromnie: – To zasługa zwierzaków, które dobrze współpracowały.

Przed wyjazdem do Brazylii zdjęcia zdążył też pokazać podczas spotkań w Kazimierskim Ośrodku Kultury oraz w siedzibie dyrekcji Zespołu Świętokrzyskich i Nadnidziańskich Parków Krajobrazowych w Kielcach. Po powrocie z Ameryki Południowej chciałby zaprezentować je na wystawie.

Wyprawa była spełnieniem marzeń, ale Damian Czajka podkreśla, że – jak to w życiu – nie zawsze było kolorowo. Każdy jej uczestnik to indywidualność i bywały dni, gdy ludzie zamykali się w pokojach i przez cały weekend się nie widywali. Innym razem ekipa zbierała się, by zagrać w siatkówkę, wspólne gotować, pogadać czy obejrzeć film. Mieli nawet festiwal filmów antarktycznych.

Najtrudniejsze momenty to te, gdy zdawał sobie sprawę, że życie w Polsce się toczy, a on jest daleko i nie może w nim uczestniczyć. W grudniu umarła jego babcia, z którą nie mógł się pożegnać. Tęsknił wiele razy: za rodziną, za Polską, za przyrodą. Szczególnie, gdy na stacji kończył się sezon, a z kraju dostawał wiadomości, że wracają pierwsze ptaki: bocian czarny, czajka, skowronek. Obiecuje, że wróci z Brazylii, by nie przegapić kolejnej wiosny. Ale zastrzega, że życie może te plany zweryfikować. – Półtora roku temu nie sądziłem, że pojadę gdziekolwiek. Teraz wiem, że jedyne bariery mamy w sobie – przekonuje.

Czy wróci jeszcze na Arctowskiego? – Dziś mówię zdecydowanie: „nie”. Ale co będzie za rok, dwa… Tego nie wie nikt.

Tekst: Agnieszka Gołębiowska, Zdjęcia: Damian Czajka

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close