Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Gdy w pędzie przemieszczamy się kieleckim deptakiem, w okolicach placu Artystów zapominamy, po co właściwie tak się spieszymy. Niespodziewanie trafiamy w inną przestrzeń: francuskiego miasteczka, uroczej starówki, miejsca, gdzie nasze plany, zadania do wykonania, codzienność znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tę magiczną moc ma muzyka, która dobywa się z akordeonu. A jej „sprawcą” jest prawdziwy czarodziej klimatów, nieodłączny i stale radosny bywalec kieleckiej Sienkiewki, Lech Skawiński.

Gra na ulicy od 15 lat. Zaczął z prozaicznych powodów: – Nie chciałem się wciąż zastanawiać, skąd wziąć na paliwo czy na świąteczne prezenty dla najbliższych. Wymyśliłem sobie, że będę jeździł grać do parku zdrojowego w Busku. Na pożyczonym akordeonie przypomniałem sobie jak grać stare kawałki, nauczyłem się nowych. Nie chciałem jednak, żeby to parkowe granie wyglądało na żebraninę, zastanawiałem się, czy nie narazi mnie to zajęcie na utratę etatowej pracy w poważnym urzędzie – opowiada. Szybko jednak pozbył się wątpliwości. – Pomyślałem, że żebranie to wyciąganie ręki i nagabywanie: „daj”. A ja gram, nikogo nie zaczepiając i nie prosząc. Jak się komuś moje granie podoba i chce się odwdzięczyć, to może wrzucić pieniądz do miseczki. A jak nie, to nie. Takiego „dorabiania sobie” nawet się nie zgłasza i nie opodatkowuje. To tak jak uliczna sprzedaż garści kwiatków ze swego ogródka – mówi pan Lech.

Nie chodziło jednak tylko o pieniądze. – Zdarzyły się sytuacje, które mnie przekonały, że jestem tam po prostu potrzebny – wyjaśnia. Wspomina o starszych ludziach, którzy ukradkiem ocierają łzy wzruszenia. Przypomina sobie niepełnosprawne dzieci na wózkach z buskiego szpitala Górka. – Opiekunki woziły je na wózkach na spacer po parku. Dzieci usłyszawszy mnie, przytrzymywały kółka od wózków, przyglądały mi się uważnie, klaskały, podskakiwały radośnie, okrzykami i płaczem protestowały, gdy opiekunki chciały je wieźć dalej. Po prostu moja muzyka okazała się doskonałą odmianą monotonii ich bytowania – podsumowuje.

Zaczęło się od kolęd

Żeby jednak sprawiać radość, najpierw musiał nauczyć się grać. Gdy miał sześć lat w prezencie gwiazdkowym od rodziców dostał pierwszy instrument. – Była to zielona guzikówka, miała sześć czy osiem basów. Już pierwszego wieczoru sam nauczyłem się grać dwie kolędy, oburącz! Rodzice, którzy też lubili muzykować (ojciec grał trochę na skrzypcach, a mama na mandolinie) byli zdumieni. Uznali, że prezent jest trafiony, mam talent i trzeba mnie zapisać do szkoły muzycznej – opowiada.

W szkole uczył się grać na fortepianie, bo klasy akordeonu – uznawanego za instrument niepoważny, rozrywkowy – nie było. Pamięta i wspomina zwłaszcza jedną nauczycielkę, Otylię Kozłowską –. Wysoka, szczupła, delikatna, niebieskooka, rudawe włosy… Kobieta–cud. Była wyjątkowo kompetentną, anielsko życzliwą i niezwykle cierpliwą nauczycielką. Ona jedyna najpierw rozmawiała ze mną o utworze, opowiadając mi o jego kompozytorze i epoce w jakiej tworzył, objaśniała formę i charakter, i sama grając, pokazywała mi jak to można wykonać, zinterpretować – opowiada z przejęciem Lech Skawiński. Po dwóch latach jednak pani Otylia wyjechała z mężem za granicę: – Pozostawiła we mnie głęboki żal dziecka porzuconego przez ukochaną osobę oraz przeświadczenie, że prawie wszystkiego, co umiem jako pianista i wiem o muzyce, nauczyła mnie właśnie ona – dodaje.

Na akordeonie nauczył się grać sam, gdy rodzice kupili mu prawdziwy 80-basowy akordeon polskiej marki Muza. Gdy z łatwością grał już piosenki i utwory taneczne, zaczął występować na szkolnych zabawach, grając do tańca wraz z kolegami.-– Akompaniowałem solistom amatorom na konkursach i przeglądach, zespołom tanecznym w „Społem” i na Bukówce w Klubie Wojskowym, wokalistom zespołu Kieleckiej Komendy Chorągwi ZHP. Przez cały rok po maturze byłem etatowym „klezmerem” w kawiarni „U Sołtyków” na Rynku – wymienia.

Szkoły życia

Zdał maturę w liceum im. Hanki Sawickiej, szkołę muzyczną przerwał. – Mając wiele zajęć, zaniedbałem i w końcu przerwałem naukę półtora roku przed dyplomem. Dziś tego trochę żałuję, choć wina była nie tylko moja. Wciąż mi zmieniano nauczycieli, zresztą nie zawsze byłem z nich zadowolony – wyjaśnia. Rodzice odradzili mu studia artystyczne, uznając, że z tego chleba mieć nie będzie. Dobrze szły mu przedmioty ścisłe, więc wybrał elektroakustykę na Politechnice Warszawskiej, ale inżynierem nie został. Po roku wybrał matematykę na UW, bo wcześniej z zazdrością przyglądał się żakom z uniwersytetu, którzy mieli dużo więcej luzu na studiach i wolnego czasu. Zaczął działać w Zrzeszeniu Studentów Polskich. –– Cały czas wolny poświęcałem na uczestnictwo w szkoleniach i wydarzeniach kulturalnych. Grałem – a nawet śpiewałem! – w klubach i kabaretach studenckich (Hybrydy, Medyk, Centon), w Staromiejskim Domu Kultury. Nic dziwnego, że często musiałem brać urlopy dziekańskie, powtarzać semestry – i studiowałem  … prawie 10 lat wyjaśnia. Grał też na fortepianie w kawiarni Teatralnej, w hotelach Grand i Europejskim, na kameralnych koncertach. – Zdarzyło mi się raz towarzyszyć nawet Irenie Santor przy nagraniu piosenki „Czy to walc” w Polskim Radiu. Ktoś mnie polecił, gdy artystka potrzebowała akompaniatora na zastępstwo– dodaje z dumą.

Już jako nauczyciel w liceum pisał magisterkę. Dostał za nią piątkę, bo – jak z dumą wspomina – komisja uznała, że to, co wymyślił i zaprezentował – minikomputer dydaktyczny a do doświadczeń dotyczących teorii grup – była nie do zrobienia, a on temu podołał. Skończył podyplomowe studia z informatyki i coś dla siebie: studium kulturalno-oświatowe, kierunek: pedagogika dorosłych, bo swoje miejsce widział – być może – w kulturze.

Okazji nie było, więc zajął się programowaniem. Wrócił do rodzinnych Kielc wiele lat później, już jako 50-latek. Znalazł pracę w Urzędzie Wojewódzkim, potem Marszałkowskim. Był informatykiem i specjalistą od kabelków i dysków. –. Znużyła mnie praca, do której musiałem wcześnie rano dojeżdżać, by zajmować się nie programowaniem, tylko błahymi problemami sprzętowymi i administracyjnymi. Zdecydowałem się wrócić do muzyki – opowiada.

Najpierw grał na pożyczonym akordeonie. Na swój musiał zarobić. Gdy go już kupił, nie był zadowolony. Kupował więc kolejne, a te, które mu nie pasowały, sprzedawał na Allegro. Tak się w tym rozsmakował, że założył stacjonarny sklep z akordeonami. Mieścił się przy ul. 1 Maja obok kościoła św. Krzyża, potem przy Piotrkowskiej. Na prośbę poznanego w sieci Czecha skupował polskie akordeony, a potem raz w miesiącu zawoził je do niego. Stopniowo przekonywał się także do grania w innych miastach: Sandomierzu, Kielcach, ale i Warszawie, Krakowie czy Kazimierzu Dolnym.

Byle czego nie gram

Dziś jest już na emeryturze. A gra, gdy zdrowie, chęci, pogoda i okoliczności pozwalają. Nie liczy jednak zysków. – Zarobek to zawsze loteria. Nigdy nie wiem, czy przyniosę do domu 30 zł czy 300 – mówi. Ma też dużo spostrzeżeń na temat swoich słuchaczy. Mówi, że ożywia atmosferę, że gdy gra, ludziom lepiej się na ulicy przebywa. Ci często dziękują mu, za to, że poprawił im nastrój. Czuje też, że dzięki jego muzyce ludziom lepiej się pod górkę ul. Sienkiewicza maszeruje. Często ma nieformalnych uczniów. Przychodzą posłuchać i podpatrzyć jak gra. Wspomina panią, która podeszła do niego, gdy grał przed cukiernią przy ul. Staszica. – Podziękowała mi, że uratowałem jej syna, bo dzięki spotkaniu z moim muzykowaniem syn z początkującego chuligana zmienił się w spokojnego chłopca, obiecującego akordeonistę. Wcześniej strasznie łobuzował, ale kiedyś mnie usłyszał  i zapragnął grać na akordeonie. Matka zapisała go do ogniska muzycznego. Teraz chłopak już całkiem nieźle gra, ma osiągnięcia – opowiada Skawiński.

Są też tacy słuchacze, którzy proszą, by zagrał konkretny utwór: – Disco polo ani kiczowatych pseudoprzebojów w rodzaju „Białego misia” nigdy nie gram. A i nie każdy utwór z rocka czy klasyki nadaje się na akordeon, choć niektóre udało mi się przearanżować, jak np. kilka pieśni Chopina, nokturn, jedno z preludiów, „Marzenie” Schumanna, kilka operowych i operetkowych arii – wyjaśnia. – Gram głównie ze słuchu, rzadko już używam nut. Dla wielu ludzi wartością dodatkową jest, że to muzyka grana na żywo, na instrumencie, a nie taka odtwarzana z nagrania– dodaje.

Czarodziej nie dla wszystkich

Widzi też różnicę w publiczności innych miast, a grywał także w Lublinie, Zamościu, Nałęczowie, ale i za granicą w Berlinie, Wiedniu, Rzymie Budapeszcie i Pradze. Najbardziej lubi grać w Sandomierzu. – Tam są przyjaźni ludzie, traktują mnie jak swojego. Mam tam wielu stałych słuchaczy. Nikt mnie nie przegania, niektórzy nawet mi płacą, bym grał w konkretnym miejscu. Najczęściej to właściciele restauracji lub sklepów – opowiada.–  W Kielcach przeganianie przez mieszkańców jest notoryczne – przyznaje. – A to sprzedawczynie z przeciwnej strony ulicy skarżą się, że nie słyszą klientów i muszą drzwi sklepu zamykać, więc im duszno; a to jakiś lokator kamienicy za rogiem narzeka, a to w samo południe przychodzi pan z wysokiego piętra z pretensją, że nie może uśpić dziecka, bo ja hałasuję. Przeważnie wtedy grzecznie przepraszam i się przemieszczam. W takiej sprawie czasem przychodzą też strażnicy miejscy. Oni zazwyczaj tylko proszą mnie bym grał nieco ciszej lub ewentualnie zmieniał co jakiś czas miejsce – wymienia smutno. Mimo że u wielu wywołuje uśmiech i poprawia nastrój, zdarzają mu się także i złe chwile. – Nieznośną plagą są schodzący się do mnie pijacy i- wszechobecni nie tylko w Kielcach – tzw. menele, zakłócający spokój budzącymi odrazę zachowaniami. Pozbywanie się ich jest niezwykle uciążliwe, skuteczne na krótko; nierzadko obawiam się o swój instrument i własną osobę. To moje największe utrapienie – wyjaśnia.

Amator z klasą

Mimo że gra często i dużo, nie nagrał dotąd żadnej płyty, choć znajomi właściciele studia muzycznego go namawiają. Twierdzi, że nie ma czasu. Bo poza graniem na Sienkiewce robi wiele rzeczy i wszędzie go pełno. Można go spotkać w domach kultury, na plenerowych koncertach, akompaniującego chórowi seniorów czy aktorowi w spektaklu teatralnym, a nawet a nawet grającego „do kotleta” na prywatnych przyjęciach czy w restauracji. Jest entuzjastą tanga argentyńskiego, więc bywa na milongach, nawet sam próbuje tańczyć. Wieloletnie doświadczenie nie wpłynęło na jego samoocenę. – Jestem amatorem, bo średniej szkoły muzycznej nie skończyłem. Nie zagram jak Marcin Wyrostek (zwycięzca edycji „Mam talent”, wybitny akordeonista, wykładowca Akademii Muzycznej w Katowicach – dop. red.), ale staram się naśladować profesjonalistów, by utrzymać się na dobrym, choć amatorskim, poziomie – podsumowuje.

Drażni go stwierdzenie, że akordeon to pianino dla ubogich. – Taki wysokiej klasy może kosztować tyle co dobre auto, nawet ponad 50 tys. zł. Ja gram na elektronicznym, cyfrowym akordeonie, wartym 5 tys. euro. Nie rozstaję się z nim, bo to superinstrument, w odpowiednich rękach mogący zastąpić niemal całą orkiestrę –tłumaczy.  W głębi serca nadal czuje się pianistą, ale granie w przestrzeni miejskiej na pianinie nie byłoby możliwe. Akordeon też do najlżejszych nie należy. Do transportu po ulicach starówek różnych miast używa więc… wózka inwalidzkiego, który przyniósł ze złomowiska i wyremontował. Gdy zaczyna koncertować, ukrywa go jak może. Nie chce, by ktoś podejrzewał, że gra na emocjach, udając niepełnosprawnego.

Dla siebie i innych

Czuje się spełniony, bo marzył o tym, by go zauważono. – W pracy byłem szarą myszką, usuwałem usterki sprzętu komputerowego, pomagałem wymienić tusz czy włożyć papier do drukarki. Teraz jestem samodzielny, niezależny, a przede wszystkim znany, przez wielu lubiany i rozpoznawany. Spotkałem wielu fantastycznych ludzi i to właśnie dzięki muzykowaniu na ulicy. Czuję, że z życzliwością podchodzą do mnie nawet ci, których nie rozpoznaję. Ostatnio dostałem rabat w warsztacie samochodowym – wyjaśnia.

Stara się tłumaczyć tych, którzy go nie akceptują: – Tolerują mnie i lubią ludzie na poziomie, dla których muzyka to coś więcej niż podkład do pląsów. Bywają awantury o to, że „rzępolę”, że „za długo, za głośno gram”. Tak robią przeważnie ci, co wolą disco polo. Ale trudno się dziwić, że ludzie wybierają taką muzykę. Edukacja muzyczna w zwykłych szkołach właściwie nie istnieje. Skąd ci ludzie mają inną muzykę znać? Gdzie zdobywać dobre nawyki ?

Taka postawa nie byłaby możliwa bez serdeczności, uśmiechu i otwartości na drugiego człowieka. Pan Lech twierdzi, że tego musiał się nauczyć, bo tak naprawdę zawsze był wycofanym indywidualistą, który wszystko chciał sam i po swojemu. Twierdzi, że przez to nie potrafi grać w zespołach. – Cieszę się, że mi się udało wyzbyć dawnej bezkompromisowości  w lansowaniu własnych poglądów, mam teraz dużo lepsze (choć nie zawsze idealne) relacje z otoczeniem i ludźmi, na których mi zależy– zapewnia.

Gdy pytam o marzenie, obraca pytanie w żart, lecz po chwili poważnieje. – Marzenie? To, co mnie – jak i wielu ludzi wrażliwych na piękno – naprawdę boli, to epidemia złego gustu, schlebianie produkowanej masowo tandecie i łatwiźnie. Marzę więc, by wróciły czasy, gdy dobry poziom artystyczny i wykonawczy był w cenie, by stało się powszechną normą słuchanie muzyki wartościowej, niebanalnej, piosenek melodyjnych opatrzonych sensownymi, poetyckimi tekstami.. Moje uliczne granie traktuję w tym sensie jako pewną misję edukacyjną. Będę grać póki sił i zdrowia starczy, by wnosić w codzienność choć odrobinę piękna dobrej muzyki, radości, wspomnień, wzruszeń. I by pozostawić po sobie jak najlepsze wspomnienia.

Tekst: Agnieszka Kozłowska-Piasta, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close