Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


– Na wjeździe do La Paz witało nas pół miliona kibiców. Jeszcze niedawno takie obrazki mogłem oglądać tylko w telewizji. I wtedy uświadomiłem sobie, że naprawdę tu jestem, że to wszystko stało się moim udziałem. Łezka zakręciła mi się w oku – mówi Maciej Giemza. Pochodzący z Piekoszowa 22-letni motocyklista, 24. zawodnik Rajdu Dakar 2018.

Jak się spełnia swoje marzenia?

Na początku w ogóle nie wierzysz, że to się stało. Potem zaczynają uświadamiać ci to ludzie, którzy dzwonią, piszą, gratulują. A później już sam, gdy emocje trochę opadną, zdajesz sobie sprawę, że to rzeczywiście miało miejsce, że ukończyłeś ten rajd, że jesteś na mecie Dakaru. Kolejnym etapem jest już chłodna analiza tego, co się wydarzyło i zastanawianie się, co będzie twoim następnym celem. Największe marzenie spełniłem, teraz w grę mogą wchodzić już tylko ambicje sportowe.

fot. Piotr Skrzypczyk

Jak wiele pracy Cię to kosztowało?

Mnóstwo i jeszcze więcej wyrzeczeń. Bo wbrew temu, jak to wygląda w telewizji, nie wystarczy usiąść na motocyklu i ruszyć. Aby przejechać non stop 14 godzin w tak trudnym terenie, naprawdę trzeba być do tego odpowiednio przygotowanym. Rajd Dakar to 14 dni jazdy i tylko jeden dzień odpoczynku. Ale tej pracy najwięcej trzeba wykonać do momentu startu pierwszego etapu. Przez trzy miesiące całkowicie zrezygnowałem z życia towarzyskiego, liczył się tylko trening.

Mówisz o tych ostatnich miesiącach, ale żeby stanąć 6 stycznia na starcie w Limie, przez kilkanaście lat prawie nie schodziłeś z motocykla. Twoi znajomi mówią, że Maciek Giemza wcześniej nauczył się na nim jeździć, niż chodzić.

Coś w tym jest (śmiech). Po raz pierwszy usiadłem na motocyklu, jak miałem sześć lat. Ale na początku to była tylko jazda wokół domu, zabawa. Od 13. roku życia zacząłem regularnie startować w mistrzostwach Polski enduro. W pierwszej fazie bardzo motywował mnie tata. Wstawałem o 5:30 i godzinę biegałem. Potem szybkie śniadanie i szedłem do szkoły. Po lekcjach siłownia albo basen, a po południu jechałem na kilka godzin na tor.

Do sportów drużynowych Cię nie ciągnęło?

Absolutnie. Od zawsze wolałem np. pojeździć na rowerze niż pograć w piłkę. Musiała być kierownica i dwa koła (śmiech). Ale to też ze względu na rodzinne tradycje. Motocykle były u nas zawsze obecne.

Efekt – seryjnie zdobywane tytuły mistrza Polski.

Trochę tych medali się uzbierało. Gdybym nie jeździł w rajdach enduro, na pewno nie trafiłbym do rajdów terenowych i Orlen Teamu. Każdy weekend poświęcałem na zawody, startowałem praktycznie wszędzie. Pakowaliśmy z tatą motocykl do busa i jechaliśmy. Wiedziałem, że każde nawet najmniejsze zawody dadzą mi więcej niż najlepiej zaplanowany trening.

I po kolejnym mistrzostwie Polski zaproszono cię do Akademii Orlen Teamu.

Jacek Czachor i Marek Dąbrowski, którzy kilkanaście razy ukończyli Dakar, dostali zadanie, by odbudować zespół, który będzie mógł z powodzeniem startować w tym rajdzie. Obserwowali młodych zawodników. W pewnym momencie zwrócili uwagę na mnie i zaprosili do akademii. To było pięć lat temu. Ale tak naprawdę przełom nastąpił dopiero przed rokiem. W kwietniu wystartowałem w pustynnym rajdzie w Abu Dhabi. To był mój debiut w rajdach cross country, gdzie używa się nawigacji, a odcinki specjalne liczą po kilkaset kilometrów. W klasyfikacji junior byłem drugi, w „generalce” – jedenasty. Zwyciężył wtedy Brytyjczyk Sam Sunderland, który trzy miesiące wcześniej wygrał Rajd Dakar. Wtedy uwierzyłem, że mój Dakar naprawdę jest realny.

Jaki jest Rajd Dakar?

Niesamowicie wymagający. Nie bez powodu mówi się, że to najtrudniejsze zawody na świecie. Ale nawet nie chodzi o sam wysiłek fizyczny, bo przy odpowiednim przygotowaniu, jadąc kilkanaście godzin w 40-stopniowym upale, można sobie poradzić. Rajd Dakar to przede wszystkim ogromne obciążenie psychiczne. Na trasie zdarzają się różne sytuacje. Mija się zawodników, którzy mieli wypadek i leżą z połamanymi kręgosłupami. W głowie pojawiają się wtedy różne myśli, a ani na chwilę nie można stracić koncentracji, bo to może skończyć się tragicznie.

Przed dwa tygodnie przejechałeś ponad 9 tys. km, po piasku, wydmach, bezdrożach Peru, Boliwii i Argentyny.

Żeby zilustrować Rajd Dakar, opowiem pewną historię z Argentyny. Jednego dnia mieliśmy do przejechania 600 km. Bardzo trudny odcinek, ale z powodu złej pogody kolejny etap został odwołany. I po tych 600 km podszedł do mnie menadżer naszego teamu i zapytał, czy mam jeszcze siłę na 520 km. Spojrzałem na niego i mówię: Chyba żartujesz!? A on, że etap do Salty jest odwołany, ale trzeba tam dojechać asfaltem. Była godzina 17.  „Wolisz teraz czy jutro o piątej rano?” No i dotarłem o pierwszej w nocy. Ponad 1100 km jednego dnia, to już dystans, który naprawdę można odczuć.

Ale dzięki temu miałeś potem cały dzień na odpoczynek.

Dokładnie. To są właśnie takie detale, które potem mają ogromny wpływ na to, czy dojedzie się do mety. Byłem wyczerpany, ale dzięki temu, że odwołano etap, cały następny dzień mogłem poświęcić na regenerację, masaż, odespanie. Inni zawodnicy musieli wstać o czwartej nad ranem, ubrać się i jechać te 500 km asfaltem. Czyli de facto zrobili etap. Ja miałem dzień dla siebie. Ale tu po raz kolejny wyszło ogromne doświadczenie Jacka i Marka.

Z takimi nauczycielami jak Jacek Czachor i Marek Dąbrowski chyba nic nie mogło Cię zaskoczyć?

Bez nich nie przejechałbym Dakaru. Jestem tego pewien. Myślę, że 60 procent sukcesu to ich zasługa. Oni dostali materiał, czyli zawodnika, który ma odpowiednie predyspozycje, jakieś tam sukcesy, i musieli go obrobić. Przez te wszystkie lata przygotowywałem się do zawodów rangi mistrzostw Polski czy Europy, a oni zrobili ze mnie zawodnika na miarę Dakaru. To niewyobrażalny przeskok. Ich rady były dla mnie nieocenione. Mało który z zawodników na świecie może liczyć na taki komfort.

Musieliście też przejechać dwa tzw. etapy maratońskie, a wtedy zawodnik jest zdany tylko na siebie.

To jeden z najtrudniejszych momentów rajdu. Na mecie etapu nie ma z nami mechaników, serwisu, nikogo z obsługi. Dojeżdżamy i, jeśli cokolwiek zepsuło się przy motocyklu, musimy naprawić to sami. Ale nie mamy ze sobą żadnych części tylko zestaw kluczy. Jadąc etap maratoński trzeba szczególnie szanować motocykl. Nie można się przewrócić, bo każdy upadek może wykluczyć nas z dalszej rywalizacji. Etapy maratońskie bardzo weryfikowały umiejętności wielu zawodników.

Peru, Boliwia, Argentyna… Gdzie było najtrudniej?

Chyba w Boliwii, ale nie tyle ze względu na trudne etapy, ale wysokość. Jechaliśmy odcinki położone niekiedy nawet 5000 m n.p.m. Oddychanie na takiej wysokości sprawia mnóstwo problemów, a my dodatkowo musimy mocno trzymać kierownicę i wkładać w to całą siłę. W Boliwii nawet po zwykłej wywrotce trzeba zachować się inaczej. Nie można tak jak w rajdach enduro: od razu zerwać się na proste nogi, lecz trzeba to zrobić bardzo powoli. Miałem tam chyba najbardziej lekki upadek w życiu (śmiech). Delikatnie wstałem, jeszcze wolniej podniosłem motocykl, usiadłem na nim, posiedziałem minutę, wrócił oddech i dopiero odjechałem. Gdybym zachował się inaczej, być może za kilka kilometrów zabrałby mnie helikopter, bo straciłbym przytomność.

Ale w Boliwii, w La Paz, wyjątkowo przywitali was kibice.

To była sytuacja, której nie zdarza się podczas rajdu w żadnym z europejskich krajów. Dla Boliwijczyków Rajd Dakar to jedna z niewielu rozrywek, więc oni tym wydarzeniem żyją. Gdy wjeżdżaliśmy do La Paz przez ostatnich 40-50 km wzdłuż drogi stało pół miliona kibiców. Utworzyli taki niekończący się korytarz, dopingowali, bili brawo. Coś niesamowitego.

Co się wtedy czuje?

Przypomina się, jak jeszcze niedawno siedziało się w Polsce przed telewizorem i oglądało takie obrazki z udziałem innych zawodników. W tamtym momencie uświadomiłem sobie, że naprawdę tutaj jestem, że to wszystko stało się moim udziałem. Łezka zakręciła mi się w oku.

Drugi taki moment to pewnie meta ostatniego etapu w Cordobie, gdzie czekała na ciebie rodzina, przyjaciele, była polska flaga.

To były rzeczywiście ogromne emocje. Po dwóch tygodniach, po tylu przejechanych kilometrach, wiesz, że za chwilę spełnisz swoje marzenie i zameldujesz się na mecie, a tam czekają twoi bliscy. Koledzy dali mi flagę z napisem Kielce i Piekoszów. Bardzo się cieszyłem, ale doskonale wiem, że to 24. miejsce to wcale nie jest wielki wynik na skalę światową. Owszem, dla debiutanta to duża sprawa, ale moje ambicje sięgają znacznie wyżej.

Ile czasu potrzebujesz, żeby móc zacząć rywalizować o miejsca na podium Rajdu Dakar?

Myślę, że do najlepszych zawodników brakuje mi trzy-cztery lata ciężkiej pracy. Trzy-cztery ukończone Dakary i unikanie kontuzji. Wtedy będą mógł walczyć z najlepszymi.

Ukończyłeś Rajd Dakar 2018 i już zaczynasz przygotowania do przyszłorocznego startu.

Po powrocie z Argentyny miałem kilka tygodni wolnego od motocykla, ale już na niego wróciłem. Pod koniec marca startuję w Abu Dhabi, potem w połowie kwietnia mamy Rajd Kataru. Dwa mocne starty na początek sezonu, a potem zobaczę, jakie plany wobec mnie będą mieli Jacek z Markiem. Na pewno pojeżdżę też w barwach KMT Korony Novi Kielce w kilku startach enduro w Polsce. Wszystko będzie podporządkowane temu, żeby za rok poprawić to 24. miejsce. Ale od razu uprzedzę pytanie, teraz na żadną deklarację mnie nie namówisz.

Rozmawiał Maciej Sierpień, Zdjęcia: Mateusz Wolski, Piotr Skrzypczyk

kadry z filmu dokumentalnego Macieja Sierpnia i Piotra Skrzypczyka “Matura z Dakaru” (TVP3 Kielce)

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close