Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


 

Jest autorem scenariuszy sztuk teatralnych. Pisze wiersze i teksty piosenek, czasem o sceptycznym wydźwięku. To także pieśniarz, konferansjer, satyryk, humorysta, gitarzysta, reżyser i aktor Teatru Ateneum w Warszawie. Czytelnicy i widzowie od lat cenią go za spokój i wyważenie sceniczne. I za nienachalne poczucie humoru.

Iwaniska to miejscowość, z której Pan pochodzi, w Kielcach zdobywał Pan wykształcenie, co ciekawe – techniczne. I w „Balu dyplomantów” zawarł Pan całą prawdę o tamtym okresie:

To będzie bal na kilka par

I kilka tak zwanych samotnych serc

To będzie bal na „trochę żal”

Na trochę dobrze, trochę mniej

Tak, to ogromne wydarzenie towarzyskie i obyczajowe. Studia na Politechnice Świętokrzyskiej wybrałem świadomie. Wcześniej skończyłem technikum elektroniczne. To nie było chwilowe fiu-bździu, jak to czasem się zdarza, gdy ktoś zaczyna zdawać egzaminy wstępne na architekturę, a kończy na chemii spożywczej. U mnie był to jednak rodzaj powołania. Profesorowie mówili, że mam intuicję techniczną, czyli poszedłem w kierunku swoich zapatrywań. To był taki czas w naszym kraju, że rzeczywiście tych magistrów, inżynierów było wielu, a nie było dla nich miejsc pracy. Wszelkie „sterowania numeryczne” – tak je nazwijmy – startowały, i to bardzo powoli. Byliśmy więc rodzajem „nadprodukcji”. Ale studiów nie żałuję, były bardzo dobre. Kiedy dziś pytają mnie młodzi ludzie: „Co robić?”, „Jak żyć?”, to polecam im kierunki techniczne. Bo naprawdę odpowiadają one na proste pytania, są tam też prawa i prawidła ciążenia, Ohma i Kirchhoffa. Oczywiście czas na tak zwane pytania zasadnicze i tak przychodzi, bez względu na profil naszej działalności. Studia techniczne wiele mi dały, a wydział, a zwłaszcza specjalizacja – automatyka – „dopuszczała” do wielu dziedzin życia.

Już wtedy zajmował się Pan twórczością kabaretową. I ona w pewien sposób wyznaczyła szlak, którym zaczął Pan podążać. Świadomie, czy zupełnie przypadkowo?

Trochę świadomie, a trochę nie. Zauważyłem, że moja skłonność do matematyki i fizyki daje poczucie spokoju. Jeśli się pozna te dziedziny, to okazuje się, że wszystko można opisać wzorem, wszystko wymyślić, wyliczyć. I to jest niebezpieczne w człowieku, bo wtedy zaczyna być zbyt pewny siebie. Na początku odruchowo, a w tej chwili już świadomie, staram się łączyć te dwa sposoby życia. Przywiązanie do układu współrzędnych z takim „przebywaniem w chmurach”. Myślę, że dla jednej i drugiej dziedziny to jest dobre, bo nie ma nic lepszego dla „technicznego” sposobu życia, jak chwila abstrakcji. Stąd się wzięły wszystkie wynalazki. To wie każdy, kto wynalazł koło, czy proch. Trzeba porzucić na chwilę układ współrzędnych, żeby stworzyć coś nowego.

A jakie wspomnienia wiąże Pan z uczelnianym Klubem pod Krechą?

Tam miały miejsce wydarzenia i straszne i śmieszne. To był mój debiut sceniczny w 1975 roku. Napisałem pierwszy wiersz na Dzień Kobiet, zaśpiewałem „Gaudeamus”. Potem ktoś wpadł na pomysł, żeby „ocieplić zjawisko dyskotek”. Sprawić, by były bardziej kulturalne. I tak w trakcie zabawy odbywały się piętnastominutowe przerwy, na których studenci mieli śpiewać piosenki. Mnie akurat mieli na stanie i mnie na to wypuścili. Zebrałem na siebie całą nienawiść tłumu. Kilka razy tam wystąpiłem, aż kiedyś pomógł mi Włodek Kiniorski, który się bawił w okolicach baru. Kiedy ludzie zdegustowani tą przerwą i moim śpiewem zaczęli coś buczeć, to on krzyknął „Cisza! Macie go słuchać!” Oni przycichli, a mnie się udało ujść z życiem.

Rok 1987 to wspaniała płyta koncertowa z Elżbietą Adamiak. Napisał Pan dla tej artystki mnóstwo piosenek. Na tym albumie pełni Pan także rolę konferansjera i kogoś, kto mówi o swoich dzieciach i o tym, że „bieda cała będzie, gdy im trzeba będzie wytłumaczyć, co czarne jest, co białe. Patrzy na nas pokolenie zza firanki”. Jak to pokolenie odnajduje się w dzisiejszej rzeczywistości? Czy zdołał im Pan wytłumaczyć to, co chciał?

Trochę sobie wykrakałem. Jakbym przewidział kłopoty. Zgadzam się z takim stwierdzeniem, że „nie masz lepszej sprawiedliwości na świecie, jak sprawiedliwość polegająca na tym, że w swoich dzieciach zobaczysz swoje wady”. Oni ciągle dociekają, co jest czarne, co jest białe. I nikt nie jest w stanie im tego do końca wytłumaczyć. Definicja czarnego i białego wciąż się zmienia. Moje dzieci wyszły już z okresu dziecięctwa. Są samodzielne i nie śpią. Te pytania są w nich jednak żywe. Tylko w tej chwili schodzą na dalszy plan. Dziś są jedynie rodzicami moich wnuczek. Nic więcej.

Zapowiadając koncert zadaje Pan także odwieczne pytanie: „Jak żyć?”. I tu powtarza Pan za Włodzimierzem Majakowskim: „Żyj, jak żył towarzysz Dzierżyński”. A tak całkiem serio, na to pytanie próbuje też odpowiedzieć „Kardiogram”, który jest jednym z klasycznych już Pańskich tekstów:

(…)

Gonisz gdzieś, wciąż prędzej, prędzej, prędzej

Nie wiesz gdzie i nie wiesz, czy doganiasz

Twoje serce musi razem z Tobą

Odpoczywa, gdy twarz rękami zasłaniasz

(…)

Nie, to jeszcze nie koniec

jeszcze trochę pożyjesz

Założysz jeszcze niejedną czapkę

Niejednym się płaszczem okryjesz

Tylko przystań na chwilę

na którymś ostrzejszym zakręcie

Diabli niech porwą dostatek

Diabli niech porwą szczęście?

Czyli szczęście, w gruncie rzeczy nie jest tak istotną kwestią w życiu?

Szczęście jest niezdefiniowane. Jego pojęcie powstaje zawsze „po szczęściu”. To jest jedyny przypadek na świecie. Oto widzimy, że zdaje się, było szczęście. Przedtem nie tworzymy jego szczegółowej definicji. I może dlatego tak je poniechałem w tej piosence? Ale dziękuję za przypomnienie cytatu o Dzierżyńskim, bo minęły lata i niedawno znów musiałem się ustosunkować do pytania „Jak żyć?”, które przecież jest żywe w społeczeństwie od pewnego czasu. Napisałem swój tekst do piosenki „My Way” Franka Sinatry. Śpiewałem go z Dawidem Podsiadło i tam mu to tłumaczyłem. Pozwoliłem sobie napisać coś takiego:

Tu pojawia się nieśmiało coś na kształt odkrycia. Jak żyć?

Pytanie to niestety nie dotyczy życia.

Niech to dziś sprawi, że złodziejom sensu twarze zbledną.

Bo żyć to znaczy mieć drogę niejedną.

„Bawitko” to song wybrzmiewający na różnych Pana albumach i w różnych aranżacjach:

Oj nieładnie człowieku, nieładnie

Oj nieładnie człowieku, brzydko

Ty się całe życie tylko bawisz

czasem sobie zmieniasz bawitko

Nawet sobie ostatnio przypomniałem, gdzie napisałem tę piosenkę. W Kielcach się to odbyło. Blisko kościoła św. Krzyża. Siadłem sobie na murku i to napisałem. Samo słowo „bawitko” poznałem od swojej babci Katarzyny. Ona mówiła tak na wszystko, czego człowiek używał do zabawy, to znaczy wtedy nie mieliśmy kolorowych zabawek, klocków lego, ani różnych „barbiów”, czyli wszystko mogło być bawitkiem. Brało się kawałek patyka lub czegoś, dokładało wyobraźnię i to było już bawitko. Ja je przeniosłem na życie i postawy. Dzisiaj wszystko właściwie jest bawitkiem, czyli jest tak, jak babcia mówiła. I to jest takie „celebrykanie” na różnych poziomach. Raz zagrażających życiu i zdrowiu obywatela, że się na chwilę do polityki zwrócę. A raz niegroźnych, że do zawodowych, koncesjonowanych celebrytów nawiążę.

Mam wrażenie, że wyznaje Pan dewizę skrajnego wręcz czasem scepytycyzmu do życia. To jest w niektórych sytuacjach wskazane i wyraża się m.in. w „Chyba już można”:

Albo donos napisać na życie

bo należy mu się swoją drogą

i podpisać zgryźliwie – „Żyćliwy”

tylko gdzie to wysłać, do kogo

Nie mam w sobie sceptycyzmu do życia. Inaczej nie moglibyśmy się spotkać, bo już bym dawno nie żył. Mamy takie chwile: gorsze i lepsze. Ostatnio jestem na etapie opisywania teorii, którą sobie wymyśliłem, że przyczyną pesymizmu jest optymizm po prostu. Zbyt wielki, niedostosowany do naszych możliwości. Jak sobie pozwolimy na taki optymizm bezsensowny, to potem organizm cierpi. Nazywam go nawet kieleckim. Optymizm kielecki. Chłodny, spokojny. Bez szaleństwa. Mój sąsiad – stolarz Stanisław mówi tak: „Panie Andrzejku, w życiu trzeba mieć jakąś pasję”. Po czym zaciąga się papieroskiem i dodaje: „I jakiś sposób na gorsze dni”.

Napisał Pan mnóstwo tekstów dla innych artystów. Z nich powstały piosenki. W pamięć zapadają takie songi, jak choćby „Wiem” Grzegorza Turnaua:

Wiem – słowo jak krem

krem na zmarszczki w mojej głowie

coś na trzepotanie powiek

wiem – dobrze wiem

wiem – drogi nasz tlen

na podwodność naszych wrażeń

stratosferę naszych marzeń

wiem – dobrze wiem, słodkie wiem

To jedna z piosenek, która powstała w sposób, w jaki właściwie powinno się je pisać. Bo wiele rzeczy sobie notuję. Mam milion pięćset, sto dziewięćset takich karteluszków, do których potem już przeważnie nie sięgam. Jednak mam taką opętańczą skłonność notowania drobiazgów, zwykle równoważników zdań. Robię to z zamiarem, że kiedyś po nie sięgnę. I jeszcze mi się to nie zdarzyło. Jak przychodzi coś napisać i tak trzeba to zrobić od nowa. Kiedy pisałem „Wiem”, skojarzyłem słowa z Grześkiem Turnauem i zadzwoniłem do niego z pytaniem, czy byśmy chcieli wokół tego piosenkę zrobić. A on odpowiedział, że tak. I dopisałem wtedy resztę. Tak powinny powstawać piosenki. Metodą kolejnych przybliżeń. Z Grześkiem jest o tyle pięknie, że on jest jej kompozytorem i wykonawcą. Jak już sobie coś napiszę, to nie ma lepszego wykonawcy.

Edyta Geppert sięga często po Pana teksty. I to są wspaniałe piosenki, jak choćby „Kamień i mgła”:

T(w)ego świata nie rozumiem

Ani nawet chcę

Zamień mnie,

Zamień mnie

W kamień

Albo w mgłę

I ona potrafi to zaśpiewać tak, że słuchacz może uronić niejedną łzę.

Edyta ma w sobie wiarygodność. Bo smutek jest, tak naprawdę łatwy i do zagrania i do wyśpiewania. Natomiast mało jest smutków wiarygodnych. On jest prosty w sensie dramaturgicznym. Stąd taka skłonność ludzi do grania w teatrach tragedii. Bo one są łatwiejszym sposobem narracji i inscenizacji.

„Śpiewam życie (Ajde Jano)” to z kolei jej wersja żydowskiej muzyki z zespołem Kroke.

Czystym tonem, każdy dźwięk – dzień życia

I niech płynie moja słodka tajemnica

Jak dobrze śpiewem duszę ukołysać

Z Edytą było tak, że poprosiła mnie o kilka tekstów i one się zmaterializowały. Miałem szczęście, bo nigdy nie wchodziło w grę tak zwane zamówienie zawodowe. To znaczy pisałem zawsze dla kogoś, kogo lubiłem, kogo czułem. Były to takie przyjacielskie sytuacje i nawet mimo różnicy pokoleń między mną, a na przykład Sewerynem Krajewskim, nastąpiło jakieś połączenie. I musi coś takiego być, bo pisze się tak, jak dla siebie, ale dla siebie wychylonego w kierunku innej osoby. Myślę, że wtedy to wychodzi dobrze. To taki ukłon w kierunku przyjaciela, kogoś bliskiego.

Tak było chyba również z Arturem Andrusem i projektem „Przechowalnia”, wieczorach kabaretowych opartych na znakomitym dialogu. Zapraszani byli ciekawi goście, a na scenie i w kontaktach z publicznością rozgrywały się sytuacje, które zaskakiwały również Pana.

Tam też wystąpił element „lubienia się”. Może nie jakoś przesadnie, bo musieliśmy stworzyć na scenie dramat, który oparliśmy na różnicy wieku coraz bardziej widocznej i różnicy temperamentów, jakże przecież widocznej. Artur jest wspaniałym kompanem scenicznym, bo nie znam zbyt wielu osób, które bez specjalnego żalu są w stanie „spłonąć na scenie”, „spłonąć na stosie tego widowiska”. On nie ma skłonności do bycia pierwszym, najlepszym, mimo że gra czasami taką postać. Nieraz dla dobra rzeczy całej, trzeba spłonąć. I wtedy ten drugi może przejąć ster. Uwielbialiśmy się rozśmieszać nawzajem. Co jest oznaką tego, że się lubimy i cenimy. Na tym polega świadomość sceny. Jeżeli mówimy o dwóch osobach na scenie, to publiczność jest trzecim uczestnikiem tego zajścia. I godnym takiego samego szacunku. A widowisko jest bohaterem. Dlatego zawsze, gdy jestem w jurorskich gremiach, mówię młodzieży, że w wydarzeniu scenicznym typu śpiewanie piosenki, bohaterem jest piosenka. Jeśli się to zaniedba, to nieszczęście gotowe. Bo ludzie po to przychodzą. Mimo, że czasami im się wydaje, że przyszli na osobę. Nie. Przychodzą dla piosenki.

Pisze pan scenariusze do spektakli słowno-muzycznych. Takim przykładem jest „12 godzin z życia kobiety – słów kilka o piosenkach i tekstach Wojciecha Młynarskiego” – polskiego barda piosenki, który stworzył kilka nieśmiertelnych songów, jak „Róbmy swoje”, „W Polskę idziemy”, czy „Przetrwamy”. One weszły już także do naszego języka i się upowszechniły.

Niedawno ukazała się książka zawierająca teksty Wojciecha Młynarskiego i zostałem zaproszony na jej premierę. Wówczas powiedziałem coś, co mogę dziś powtórzyć. Młynarski jest ważną postacią. Rozwój ludzkości polega przecież na rozbudowie systemu skojarzeń. Taki rozwijający się człowiek jest wtedy szybszy, bardziej wielobarwny. I zadaniem kogoś, kto pisze teksty piosenek, jest notowanie, zapisywanie tego w kronikarski sposób. Ale też wyznaczanie pewnych kierunków, to znaczy posiadanie elementu przewidywania. I Wojtek lata całe temu odebrał znaczenie jakże polskiemu drzewu wierzba i przerzucił tę całą radość na leszczynę. I się okazało, że to było bardzo dobre. Potem jeszcze były próby, żeby z tego narodowego drzewa naszego brzozę uczynić, ale moim zdaniem to się nie powiodło. I ta leszczyna, mam wrażenie, zostanie nam na długo, jako takie drzewo narodowe, polskie.

Magda Umer zagrała w 2006 roku rolę Imagine w spektaklu „Chlip-Hop – czyli nasza mglista laptop–lista” obok pana w roli Andrew. Wystąpił wówczas także Wojciech Borkowski. Próbowaliście ustalić pewne granice komunikacji międzyludzkiej za pomocą Internetu. Debatowaliście, czy jesteście na czacie, Skypie, czy na popularnym kiedyś Gadu-Gadu.

Przenieśliśmy to zgodnie z tendencją epoki. Kontakty sąsiedzkie, międzyludzkie i damsko-męskie w sferę Internetu. Sam byłem zdziwiony tym spektaklem, że cieszy się on takim powodzeniem. Najlepsza była Maryla Rodowicz, która przyszła kiedyś zobaczyć go w Ateneum, potem odwiedziła nas w garderobie i mówi: „Wiecie, że ci ludzie tego słuchają?” Jej się to wydawało niemożliwe, żeby trzy siedzące na scenie osoby, nietańczące, niepodrygujące, były w stanie zatrzymać ludzką uwagę. Piotr Machalica mówił: „Wpadnę na chwilę, bo muszę gdzieś lecieć. Patrzę, a oni już śpiewają ostatnią piosenkę”. Myślę, że to było odbierane, jako swego rodzaju pożegnanie człowieka z jego intymną otoczką. Trochę pożegnanie z tamtym światem. Nagle w Internecie zaczęło być wszystko bardzo widoczne.

Powstała nawet książka „Jak trwoga, to do bloga 2008-2009”. Dzisiaj istnieją też takie profesje, jak bloger, czy blogerka.

Słyszałem, słyszałem.

Gustaw Holoubek zaproponował Panu kiedyś objęcie kierownictwa literackiego „Sceny na dole” w warszawskim Teatrze Ateneum. Była to chyba duża odpowiedzialność, bo i „zostać namaszczonym” przez takiego aktora stanowiło zapewne nie lada wyzwanie.

Nie będę mówił o spotkaniu z panem Gustawem i co on dla mnie znaczył, bo głos mi się załamał w tej chwili. Ale mam na tę okoliczność wyjście, mianowicie powiedział on kiedyś tak: Gdyby nie skłonność do obcowania z nierzeczywistością, gdyby nie cudowna dyspozycja do tworzenia fikcji, dotąd nie latalibyśmy po niebie, ani nie dotarlibyśmy do głębin oceanów.

Tacy ludzie rodzą się raz na epokę. Nie częściej. I oni wyznaczają granice tej epoki. Postać wspaniała łącząca w sobie wszystko: ogromną wrażliwość, inteligencję, poczucie humoru, dbałość o dystans między nami, a światem. Bo o to chyba chodzi. O odległość. „Distance” to po angielsku odległość. Jak sobie wyznaczymy odległość siebie od różnych przejawów życia i świata, to będziemy prawie szczęśliwi.

Dziękuję za rozmowę.

Bardzo dziękuję.

Rozmawiał: Michał Sierlecki, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close