Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Propagatorka dzikich roślin jadalnych, własnoręcznie zbieranych ziół, octów roślinnych, olejów, kiszonek, ziołowych soli i kadzideł. Justyna Pargieła sposobów na zdrowie i urodę poszukuje na łące, w lesie i w ogrodzie. – Zapomnieliśmy o symbiozie człowieka z przyrodą – uważa.

Dziecko natury

Rośliny fascynowały ją od dziecka. Wychowała się w leśniczówce z babcią, która zbierała zioła. Pieląc ogródek, czuła, że szkoda wyrzucać kłącza perzu, więc suszyła i przechowywała je w woreczkach. Jako ośmiolatka pomagała siostrze Joannie, studentce farmacji, zbierać w lesie okazy do zielnika. W wieku 18 lat została wegetarianką. Kilkanaście lat temu, gdy w rodzinie pojawiły się poważne choroby, zainteresowała się fitoterapią. Pięć lat temu założyła w Końskich sklep ze zdrową żywnością. Tematykę roślin zgłębia naukowo. Najpierw ukończyła studia z zakresu ziołoznawstwa na Uniwersytecie Rzeszowskim, gdzie m.in. wykłada najbardziej znany popularyzator dzikich roślin na talerzu Łukasz Łuczaj. Tam spotkała prof. Krzysztofa Oklejewicza, który opisał sto gatunków jeżyn i schodził w ich poszukiwaniu całe Podkarpacie. Z kolei w Krośnie studiowała towaroznawstwo zielarskie u dr. Henryka Różańskiego, guru polskich fitoterapeutów. – On w wieku 13 lat dostał stypendium szwajcarskiej fundacji na badania nad ziołami. Jest biologiem, eksperymentatorem, korzysta z pisanych źródeł niemieckich, szwajcarskich i angielskich oraz staropolskich. Propaguje tzw. medycynę wojenną, czyli na czas, gdyby wszystko zniknęło i musielibyśmy sobie radzić. Przed wojną lekarz na wsi potrafił sam lub we współpracy z farmaceutą przygotować lek z rośliny znalezionej na łące. Ale rozwój koncernów farmaceutycznych sprawił, że lekarze już tego nie potrafią, używają tylko gotowych leków – mówi. Zrobiła jeszcze kurs zielarski w Katowicach. Ma więc uprawnienia zielarza-fitoterapeuty i ziołoznawcy.

Łąkowe skarby

Spotykamy się na zarastającej drzewami łące pod Końskimi. Z przyrodniczego punktu widzenia nie jest to miejsce wyróżniające się bioróżnorodnością. W terminologii rolniczej to nieużytek. Ale dla tego, kto potrafi czerpać moc z roślin, bogactwo tego miejsca jest ogromne. Po pierwsze: rośnie tu nawłoć, dobra przede wszystkim na drogi moczowe. Po drugie: wrotycz, który jest rośliną budzącą kontrowersje, ale zarówno jej gorliwi wyznawcy, jak i zajadli przeciwnicy zgodni są, że wspaniale można się dzięki niej pozbyć niechcianych zwierzątek, np. wszy czy moli kuchennych. Po trzecie: krwawnik na wszelkie problemy z krwią, niedobory żelaza, nieregularne cykle miesiączkowe. Chińczycy z łodyg krwawnika robili patyczki do wróżb I-Cing.

Niedoceniana jest bylica pospolita, dawniej jedna z najważniejszych roślin. Zioło pomaga w trawieniu, jest antybakteryjne, poprawia odporność, w czasach bez lodówek było naturalnym konserwantem. Dziewczyny w celach ochronnych przepasywały się bylicą podczas kupalnych nocy. Dziurawiec wspomaga wątrobę, a w postaci nalewki lub oleju ma działanie antydepresyjne. – Cudowną rośliną, którą każdy powinien mieć w domu, jest szczaw, pomagający na każdy rodzaj biegunki. Dzieciom można parzyć nasiona, a dorosłym korzeń – przekonuje.

Akurat owocuje czeremcha. – Ukraińcy robią z jej owoców mąkę, która ma właściwości konserwujące i dodawana jest do pieczywa. Ponoć wojskom Sobieskiego pod Wiedniem skończyła się mąka z czeremchy i chleb spleśniał – mówi. A igły sosny mogą być świetnym źródłem witaminy C zimą. Przed szkorbutem chroniły polskich zesłańców na Syberii.

Zdrowie na talerzu

Rozmawiając z klientami w sklepie, Justyna Pargieła zorientowała się, że owszem zaparzają oni ziołowe herbatki, ale ich znajomość bogactwa natury jest znikoma. Nikt nie zrywa rosnących wszędzie podagrycznika czy mniszka, żeby wrzucić cenne listki do sałatki. Jej ideé fixe stało się przekonanie ludzi do jedzenia dzikich roślin. – Przede wszystkim dlatego, że jemy mało różnorodnie. Badania pokazują, że przeciętny Polak spożywa dosłownie kilka produktów pod różnymi postaciami: mięso, ziemniaki, pszenicę, pomidory, mleko, cukier… Większość produktów na sklepowej półce zawiera pszenicę, syrop glukozowo-fruktozowy lub cukier i nabiał, wszystko składa się z trzech-czterech kombinowanych substancji. Pokazuję ludziom, że dzięki dzikim roślinom dieta może być bardziej różnorodna, a jednocześnie wzbogacona o to, co rośnie wokół nas, więc genetycznie jesteśmy przystosowani, by lepiej to trawić. Rośliny, które nie są uprawiane, rosną w trudnych warunkach, więc mają większą wartość mineralną, witaminową, energetyczną. Nie są modyfikowane i są za darmo. A na zbieranie ich musimy poświęcić czas, iść na łąkę, pogadać z babcią. Czyli też samo zdrowie. Traktujmy zjedzenie tych kilkunastu liści jak szczepionkę – namawia.

Już pięć lat temu zrobiła pierwsze warsztaty z dzikich roślin jadalnych. Według niej warto poznać dziesięć podstawowych, które trudno pomylić z innymi. Na początek można spróbować liści babki lancetowatej w cieście, które są znakomitą, chrupiącą przekąską. – Młode liście lipy przed kwietniem są obłędne, przepyszne – zachwyca się. Zacząć można też od soli ziołowych – utrzeć z solą krwawnik albo bylicę i otrzymać wytrawną przyprawę poprawiającą trawienie, idealną do bigosu czy leczo. – Krwawnik jest gorzki, a my potrzebujemy gorzkiego smaku. Według medycyny chińskiej jest pięć smaków: słony, słodki, kwaśny, ostry i właśnie gorzki. Chińczycy starają się je zrównoważyć, by organizm utrzymywał swój balans. W Polsce dominuje smak słony, słodki i kwaśny, nie ma gorzkiego, tymczasem potrzebuje go do lepszej pracy nasza wątroba. Dlatego polecam jedzenie liści mniszka na wiosnę i soli krwawnikowej – radzi Justyna Pargieła.

Polewka sprzed tysiąca lat

– Ludzie często nie wiedzą, co to jest soczewica. A tymczasem tysiąc lat temu nasi przodkowie ją jedli. Na Lubelszczyźnie archeolodzy znaleźli niedawno garnek zupy sprzed tysiąca lat, w składzie której była soczewica, zboża i kilka dzikich roślin, m.in. komosa biała, czyli lebioda. Z XIX-wiecznych spisów młynów we Wrocławiu  wynika, że ludzie przywozili do mielenia 8 czy 10 gatunków zbóż oraz nasiona dzikich traw, dieta była różnorodna – opowiada. Fascynują ją zapomniane rośliny: ber albo lędźwian.

Podkreśla, że dawniej nikt nie jadł pomidora w styczniu, jedzono sezonowo. Zimą poleca kiszonki, nie tylko ogórki czy kapustę, ale np. jabłka lub kalafior. Można zrobić kiszoną kapustę pekińską z liśćmi mniszka i jabłkiem. Ukisiła nawet… klonowe noski. A pączki mniszka smakują lepiej niż kapary.

Cudowny podagrycznik

Ulubioną rośliną Justyny jest podagrycznik, chwast znienawidzony przez ogrodników. Poświęciła mu nawet pracę dyplomową: „Podagrycznik pospolity jako żywność nowa i funkcjonalna”. Już jego nazwa wskazuje, że stosowany był na podagrę, odprowadza bowiem nadmiar kwasu moczowego. Ma właściwości przeciwzapalne, lekko przeciwbólowe oraz antyoksydacyjne. Podobno ten pospolity chwast ma także działanie antynowotworowe, na co wskazują jeszcze niepublikowane badania. – Promuję podagrycznik jako świetne warzywo, które jest naturalnym lekiem i nie da się go przedawkować, można jeść codziennie. Jeden pan podczas warsztatów mi powiedział, że jak pieli podagrycznik, to go stawy przestają boleć. W starych księgach polecano noszenie przy sobie tej rośliny, bo to łagodzi bóle stawowe. Koleżance ocet podagrycznikowy zatrzymał atak dny moczanowej – podkreśla. Sama najczęściej robi pesto z podagrycznika albo lekko go dusi do ziemniaków lub jajecznicy.

Octy, oleje, kadzidła…

Jest propagatorką octów ziołowych. – To świetna forma konserwacji na zimno tego, co najlepsze w roślinach. Ich zaletą jest to, że nie mają alkoholu, mogą je więc stosować np. dzieci. Jeśli ocet jest szczelnie zamknięty, to nie ma terminu ważności. A jego wykonanie jest proste. Niestety, nie jest jeszcze do końca przebadane, jakie substancje przechodzą do octów, ale naukowcy się tym zajmują. Sama zamierzam oddać do badań dwa swoje octy w laboratoriach uniwersyteckich w Krakowie i Lublinie – zapowiada. Dodaje, że octy były tradycyjnie stosowane w fitoterapii, na przykład w XVII-XVIII wieku w Londynie sprzedawali je uliczni handlarze. Są one też cudownymi kosmetykami do płukania włosów np. wrotyczowy pomaga na łupież.

Kolejny jej konik to oleje, założyła nawet z córką olejarnię. – O oleju z czarnuszki mówi się, że leczy wszystko oprócz śmierci – śmieje się. A poważnie dodaje, że podnosi odporność, pomaga w cukrzycy, alergii, astmie, stosuje się go także w chorobach nowotworowych. – Fantastyczny jest olej z lnianki, który obniża cholesterol. Olej z maku, doskonały w profilaktyce chorób krążenia, jest też świetnym źródłem łatwo przyswajalnego wapna. Olej dziurawcowy stosuje się do masażu, pomaga na stany zapalne stawów, przy dyskopatiach. W planach ma wytwarzanie oleju z gorczycy, który jest sposobem Hindusek na to, żeby poprawić ukrwienie skóry głowy.

Zajmuje się też naturalnymi kadzidłami. – Dawniej na płytę pieca rzucano zioła, a dym oczyszczał powietrze i sprawiał, że ładnie pachniało w chacie. Robiono to zwłaszcza po chorobach domowników. Stosowano wrotycz, bylicę, korzeń omanu, szczególnie antyseptycznie działała gałązka jałowca. Wysuszony liść podbiału świetnie się dymi i dobrze działa na płuca. Z kolei z łodyg dziewanny zanurzanych w wosku robiono pochodnie.

Zielarskie tajemnice

– Najlepsze są zioła, które nazbieramy sami – podkreśla. Te dodawane do marketowej herbatki, mogą być już przeterminowane, bo surowiec zielarski ma swoją moc przez rok, korzenie przez dwa lata. Jeśli już kupujemy w sklepie zielarskim, to zwróćmy uwagę, czy widać całe liście, czy kwiat lipy ma przylistki itp. Po wysuszeniu najlepiej przechowywać zioła w słoikach. I musimy pamiętać o ważnej kwestii: zioła to silne leki, które łatwo przedawkować, i nie wolno ich stosować ciągle. Większość można pić przez trzy miesiące, a potem zrobić przerwę, ale na przykład pokrzywę – tylko przez trzy tygodnie, bo przeciąża wątrobę.

 

– Gdy się wprowadzamy do nowego domu, to po roku na podwórku wyrosną inne rośliny. Słynna rosyjska zielarka Zajcewa potrafiła przejść przez wieś i powiedzieć, kto w danym domu na co choruje. Pytali, skąd wie, a ona odpowiadała: Bo wam lekarstwa rosną, a wy tego nie widzicie. To symbioza człowieka z przyrodą, o której my całkowicie zapomnieliśmy – podsumowuje. Kto chce sobie o roślinnych mocach przypomnieć, może zaglądać na facebookową stronę DziczeJemy.

Tekst: Agnieszka Gołębiowska, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close