Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Aktorka teatralna i filmowa. Grała m.in. w filmach Krzysztofa Kieślowskiego („Dekalog IX”), Wiesława Saniewskiego („Nadzór”, „Sezon na bażanty”) oraz serialach „Boża Podszewka” Izabelli Cywińskiej czy „Zmiennicy” Stanisława Barei. Ale Ewa Błaszczyk to także wokalistka. I założycielka fundacji „Akogo?”, która pomaga osobom przebywającym w śpiączce. W stworzonej przez nią klinice „Budzik” wybudziło się już 31 dzieci. W komie wciąż pozostaje jej córka Ola.

Z ziemią świętokrzyską łączy Panią pewnego rodzaju więź. Pani ojciec w czasach Armii Krajowej i walk partyzanckich udzielał się czynnie, działając właśnie na tych terenach.

Tak. Wojenna zawierucha rzuciła tatę ze Starego Miasta w Warszawie w te rejony. Rozwoził meldunki schowane w kierownicy roweru. Jeździł „pod ramą”, bo był smarkaczem. Nikt nie podejrzewał go o jakieś konspiracyjne zadania. Potem tak się złożyło, że poznałam jego dowódcę, doktora Hoffmana, który współpracował z profesorem Kazimierzem Dąbrowskim, specjalistą od dezintegracji pozytywnej.

Zadebiutowała Pani jako studentka w 1977 roku na scenie Teatru Współczesnego w Warszawie. Czy zawód aktorki był w pełni świadomym wyborem? W którym momencie okazło się, że jest to fach, któremu warto się poświęcić?

To był ostatni rok przed maturą. Kiedyś lokowałam nadzieje w obszarze psychiatrii, psychologii, co wynikało niejako z historii ojca i ze współpracy z profesorem Dąbrowskim. To było coś, co mnie interesowało. Ale miałam też kłopot ze sobą w życiu, bo byłam nieśmiałą osobą i chciałam się z tym rozprawić. Znalazłam aktorstwo. Postanowiłam spróbować dostać się do szkoły teatralnej, a jak nie wyjdzie, to chciałam wrócić do swoich pierwotnych planów. Ale wyszło.

W swojej karierze zetknęła się Pani z niemieckimi twórcami. W latach 80. były to filmy „War schon die zeit” i „Ein Sohn aus gutem Hause”. I sztuka „Opera za trzy grosze” Bertolta Brechta z Romanem Wilhelmim w roli Mackie Majchra w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pamięta Pani ten spektakl?

To była tylko część szerszej współpracy z Rysiem Perytem, który był reżyserem spektaklu, a z którym wcześniej robiłam „Joannę d’Arc” Honeggera i Claudela. Grałam u niego również  w „Romeo i Julii” Szekspira. A jeszcze wcześniej współpracowaliśmy ze sobą w szkole. Był też taki czas, w którym profesor Aleksander Bardini prowadził zajęcia z rokiem aktorstwa i reżyserii. Był tam Krzysiek Zaleski, którego poznałam i u którego zagrałam później w Teatrze Współczesnym rolę Ilzy w „Przebudzeniu wiosny”. Rodziły się artystyczne przyjaźnie. Ludzie się spotykali. Poznałam Janusza Wiśniewskiego, Marka Grzesińskiego. I żonę Ryśka Peryta, Sonię, z którą do dziś się przyjaźnię. Teraz świat pędzi w zupełnie innym tempie i mam wrażenie, że o takie relacje młodym ludziom dużo trudniej.

Świat się zmienił. Także pod względem osób, które nas otaczają. Dla mnie dżentelmenem teatru i osobą o dużym wpływie na aktorów był Adam Hanuszkiewicz. Miała Pani okazję pracować z nim w spektaklach „Droga do Damaszku” i „Śpiewnik Domowy”. Czy w pracy był wymagający?

Był bezpośredni. Miałam z nim bardzo dobre relacje. Lubiliśmy się i to przekładało się również na pracę. Ponieważ przyjaźniłam się w szkole z jego córką, Kasią Hanuszkiewicz, to gdy dochodziło do tarć między nimi, on próbował łagodzić napięcie przeze mnie. Pojawiała się zatem jeszcze jedna płaszczyzna komunikacji. Wiedział, że człowiek musi się cały czas rozwijać. W tamtym okresie, kiedy robił przedstawienia na przykład w Niemczech, potrafił zrozumieć, że ktoś się chce wyrwać i zawalić jakąś część roboty w teatrze, by zrobić w tym czasie film. To było bardzo cenne. Myślę, że na początku mojej drogi artystycznej miałam dużo szczęścia do ludzi, bo Zofia Mrozowska właściwie „wyjęła” mnie ze szkoły i przeniosła do teatru Erwina Axera. W międzyczasie grałam w Narodowym, w Ateneum, Tadeusz Łomnicki zabierał mnie do Teatru Na Woli. Było tego dużo. I wokół mnie były same fantastyczne osobowości.

Sztuka „Rok magicznego myślenia” wymagała od Pani zmierzenia się z tekstem amerykańskiej scenarzystki i pisarki Joan Didion: Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie takie, jakie znasz, kończy się. Pozostaje kwestia żalu nad sobą… Kameralna scenografia i Pani w intymnym kontakcie z publicznością, zmagająca się z własną traumą po niespodziewanej stracie męża i wypadku córki. Podobne były przeżycia autorki tekstu. Czy traktowała go Pani jako swoistą autoterapię?

Na pewno tak. Ale tam są jeszcze kropki: Pozostaje kwestia żalu… nad sobą. Zobaczyłam, że jest jakaś szansa w tym tekście, że nie jest on sentymentalny. Pomyślałam, że jeśli dla autorki może on być jakimś wyjściem z sytuacji, to ja powinnam wyjść na scenę. Wiedziałam, że ludzie będą patrzeć na mnie w skali „jeden do jednego”, ale bardzo się starałam temu zaprzeczyć. Chciałam profesjonalnie wykonać zadanie i wydaje mi się, że to się udało. Było mi to bardzo potrzebne. Grałam sztukę trzy lata. Rozprawiłam się z pewnymi sprawami. Zamknęłam jedne drzwi. Mogłam pójść dalej i otworzyć następne. I widziałam ludzi, którzy przychodzili na ten spektakl wielokrotnie. Widocznie też potrzebowali przejść pewną drogę, usłyszeć te słowa jeszcze raz. Potem ich już rozpoznawałam. Były osoby, które przychodziły siedem razy, czasem więcej.

Ostatni film z Pani udziałem to kino familijne. „Za niebieskimi drzwiami” w reżyserii Mariusza Paleja, na podstawie książki Marcina Szczygielskiego. To ciekawy projekt, z którego część dochodów ze sprzedaży biletów została przekazana Fundacji Akogo?. To m.in. dzięki takim akcjom fundacja jest w stanie promować i stosować najnowsze metody leczenia osób w śpiączce, organizować wymianę wiedzy, wdrażać programy eksperymentalne i organizować konferencje naukowe z udziałem najwybitniejszych lekarzy z Niemiec, Belgii, Polski i Japonii. Ci ostatni przodują w leczeniu prądem niskonapięciowym.

Japończycy jako pierwsi zastosowali go przy śpiączce. Wcześniej był wykorzystywany przy bólu i przy różnego rodzaju innych historiach, ale nigdy w odniesieniu do komy. Zaprosiliśmy Japończyków na konferencję, żeby o tym opowiedzieli i przedstawili nam swoje wyniki. Mają bardzo dobre osiągnięcia. W tej chwili już piętnaście operacji zostało wykonanych przez naszych lekarzy w Polsce. Również będziemy chcieli pokazać te wyniki i postaramy się włączyć je do programu medycznego. Bo na razie to był tylko eksperyment. Chcemy zapraszać ekspertów z całego świata reprezentujących najróżniejsze dziedziny, czy to jest stwardnienie zanikowe boczne, czy inne urazy mózgu. Są już prowadzone próby kliniczne z ludźmi, nie tylko ze zwierzętami i nie tylko na zasadzie łączenia genów oraz używania wirusa jako transportera, by trafić w miejsce uszkodzonego mózgu. Chcielibyśmy usystematyzować tę wiedzę i pokazać, co się dzieje w najnowszej medycynie. Bo dzieje się dużo i ogromne nakłady finansowe na całym świecie idą w tej chwili na badania, które dotyczą systemu nerwowego i mózgu. Pokłosiem konferencji naukowej ma być nowy program eksperymentalny, który pozwoli pójść w badaniach naprzód. Oczywiście chodziłoby nam o to, by zaprosić środowisko ekspertów tutaj i by ta wiedza została w kraju.

Klinika Budzik od jakiegoś już czasu zajmuje się nie tylko dziećmi, analizuje także przypadki dorosłych. Wśród nich jest Tomek, który ratował spadającego kolegę. Sam doznał urazu i zapadł w śpiączkę. Jednak udało się go wybudzić…

Tak. Tomek ma wciąż jeszcze kłopoty motoryczne, ale uczestniczy w intensywnym procesie neurorehabilitacji i idzie do przodu. Natomiast jeśli chodzi o refleks, proces myślowy, żart, jest niesamowicie błyskotliwy i reaguje fantastycznie.

Inną, równie ważną Pani działalnością jest twórczość muzyczna. Występy sceniczne, kontakt z publicznością, piosenki Osieckiej, Młynarskiego i innych wielkich artystów. Nagrywa Pani płyty, a wśród nich ostatni album „Pozwól mi spróbować jeszcze raz”, w którym mierzy się Pani z takimi kompozycjami jak „Życie to krótki sen” Stanisława Sojki. Zetknięła się Pani także z Filipem Hadrianem Tabęckim, który napisał muzykę do tekstu „Gwiazdy” ks. Jana Twardowskiego. Ważną rolę w pani drodze twórczej odegrał chyba także kompozytor Jerzy Satanowski. To ciekawe wyzwania dla śpiewającej aktorki. Jak pracuje się przy tak ambitnych projektach?

Z Jerzym Satanowskim tworzyłam wiele rzeczy. To kawał dojrzałego życia i artystycznych przygód. Jurek mnie w dużej mierze prowadził. Był starszy, troszeczkę więcej wiedział. Chciał więcej usłyszeć i we mnie uwierzyć. Rozwijał mnie. I to wszystko jest bardzo cenne i do dziś buduje pewną bliskość. Minęło wiele czasu, a kiedy się widzimy, jest tak, jakby pewne rzeczy zdarzyły się wczoraj.

A Przemysław Gintrowski i obecność jego muzyki w wielu filmach z Pani udziałem? Nawet w serialu „Zmiennicy”… Jako chłopiec nie mogłem uciec od tych katastroficznych dźwięków (śmiech).

Przyjaźniliśmy się. Przemek siedział często u nas w domu. To była w ogóle inna epoka. Kabaret Pod Egidą, wspaniali tekściarze, którzy ciągle przynosili żywe, aktualne słowa do piosenek. Kofta, Osiecka, wcześniej Kreczmar, Janczarski, potem Młynarski, to cała gama wybitnych ludzi, którym wystarczyło powiedzieć: „Potrzebuję takiej piosenki, która jest skierowana na przykład do mężczyzny, kraju i Boga, ale żeby to nie była Edith Piaf, ale niech się nazywa „Nie żałuję”. I Agnieszka (Osiecka) to przynosiła. Błyskawicznie. Po prostu na początku swojej kariery żyłam w kręgu tak wybitnych ludzi, miałam wielkie szczęście, bo mogłam nawiązywać z nimi przyjaźnie.

Urzekła mnie Pani rola muzy Witkacego – Czesławy Oknińskiej w filmie Jacka Koprowicza „Mistyfikacja”. Treść tego filmu i świetne aktorstwo Jerzego Stuhra i Macieja Stuhra sprawiają, że każdy kadr chłonie się z przyjemnością. Jak wspomina Pani chwile spędzone nad scenariuszem, zdjęciami, ujęciami, które są pełne zagadek i tajemnic dotyczących życia i śmierci artysty?

Bardzo lubię ten film i postać, którą zagrałam. Spotkałam przy tej produkcji panią Joannę Muszkowską-Penson, lekarkę, która podczas strajków w Stoczni Gdańskiej pilnowała, by nie otruto Lecha Wałęsy. Do dziś pracuje. Ma już ponad dziewięćdziesiąt lat, ale cztery godziny spędza w biurze Pana Wałęsy. Kiedy się dowiedziała, że będę grała Cześkę Oknińską, wysłała do mnie maila. Napisała w nim, że jest chyba ostatnią żyjącą osobą, która ją naprawdę znała, Czesława przyjaźniła się z jej matką. I to była skarbnica wiedzy na temat tej postaci. Jako artyści interpretujemy tylko pewną historię i to ona zostaje, a nie prawda historyczna. Dzięki Joannie Penson mogłam lepiej poznać swoją postać. To, co mamy w literaturze, to relacje osób przebywających w tym środowisku, zaprzyjaźnionych z żoną Witkacego. Oknińska musiała być jego metresą. Nie mogła być zwykłą, szarą osobą. Gdzie by się Witkacy z kimś takim chciał wiązać? I od Pani Joanny uzyskałam bardzo dużo informacji. Wtedy też zrozumiałam, że muszę przyjrzeć się jego fotografiom, portretom, na których ona jest. Tylko tak mogłam się dowiedzieć, co do niej czuł. I to mi dało duże wsparcie. Szkoda, że film przeszedł trochę niezauważony, nie trafił w swój czas.

Rozmawialiśmy o Pani córce Oli i jej losie, ale przecież jest jeszcze druga córka Marianna Janczarska. Czy zamierza pójść w ślady mamy i też zostać aktorką?

Tego jeszcze nie wiem do końca. Bardzo zależy mi na tym, by znalazła coś, co ją naprawdę pasjonuje. I nie chciałabym tego procesu przyspieszać w żaden sposób. Oczywiście studiuje teraz na wydziale aktorskim, ale ma też niezłe pióro. Nie wiem, czy stanie z jednej strony kamery, czy z drugiej. Niech to się dzieje powoli i dojrzewa.

Jakie ma Pani plany artystyczne na nadchodzące dni i miesiące?

Aktualnie jestem na etacie w Teatrze Studio w Warszawie, nomen omen im. Witkacego (śmiech). Planuję projekt na temat włoskiej dziennikarki, reporterki Oriany Fallaci, której portret od lat dokumentuje Remigiusz Grzela. Premierę przewiduję na drugą połowę listopada. A wcześniej powinny się odbyć jeszcze premiery filmów z moim udziałem.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

Z Ewą Błaszczyk rozmawialiśmy w Gminnej Bibliotece Publicznej w Samsonowie. Artystka wystąpiła z okazji 70. rocznicy powstania instytucji.

Rozmawiał: Michał Sierlecki, zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close