Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Kurdyjskie bojowniczki z karabinami i w mundurach bez uśmiechu patrzą w obiektyw aparatu. Po drugiej stronie stoi Elżbieta Cybulska z Łącznej. Te portrety to jej praca dyplomowa w Leeds Arts University. Jeden został zdjęciem miesiąca magazynu „The Guardian”.

Od jak dawna interesuje się Pani fotografią?

Miłość do tej sztuki w pewnym sensie zaszczepiła we mnie mama. Dla niej niezwykle ważne było, żeby wszelkie rodzinne wydarzenia były dokumentowane na kliszy. Nasz pierwszy aparat to był prosty w obsłudze kodak. Nie wymagał żadnych umiejętności, wszystko robił za fotografującego. Do dziś jest w naszej rodzinie.

Jako dziecko chętnie pozowałam do zdjęć robionych przez mamę. Z czasem jednak zapragnęłam stanąć po drugiej stronie. Myślę, że wpływ na to miał również internet. Napatrzyłam się na ciekawe zdjęcia uznałam, że też chciałabym takie robić. Zawód fotografa wydał mi się też prostszy niż inne. Na studiach musiałam zweryfikować swoje podejście. Nie jest to łatwy fach.

Czy przed studiami w Leeds uczyła się Pani fotografii?

Byłam samoukiem. Po rodzinnym kodaku kupiłam analogową lustrzankę. Wtedy też na dobre złapałam bakcyla fotografii. Później był pierwszy aparat cyfrowy, który miał ułatwić mi kontrolę nad tym, co i jak fotografuję. Zabierałam go ze sobą wszędzie. Obserwowałam samoloty, fotografowałam też koncerty. Decydując się na studia, pragmatycznie wybrałam projektowanie graficzne. Los jednak zdecydował inaczej i z powodu braku miejsc zaproponowano mi fotografię.

Uniwersytet w Leeds to niewielka uczelnia specjalizująca się w sztuce. Wykładowcy są czynnymi twórcami. Studia to był czas wyrzeczeń. Zdarzało się, że nie miałam dnia odpoczynku. Wstawałam o godz. 6, pędziłam na uczelnię, później do pracy, wracałam o 2 w nocy. Odbiło się to na moim zdrowiu, ale czego się nie robi dla miłości… À propos miłości – bardzo wspierał mnie mój partner, który miał swój niemały udział w projekcie kurdyjskim…

Do tego jeszcze wrócimy. A co Panią pociąga w fotografowaniu?

Gdy widzę i fotografuję coś ciekawego czuję ciarki na plecach, adrenalinę. To chyba jedyna rzecz, która wywołuje u mnie takie emocje i jest w stanie zmusić mnie do pokonania własnych barier. Jestem introwertykiem, ale kiedy robię projekt albo kiedy mówię o fotografii, zamieniam się w gadułę i otwieram na ludzi. Mam w sobie taką chęć pokazania, że świat nie jest czarno-biały. To mnogość kultur i zachowań. Szacunek do drugiego człowieka jest wielką wartością. Nieważne, jaki masz odcień skóry, w jakiego boga wierzysz. Ważne jest, co sobą reprezentujesz i jak traktujesz innych. Wolność to najwyższa z cnót, ale moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się twoja. Nikomu nie narzucam swoich przekonań. Myślę, że dzięki temu jestem też lepszym fotografem. Nie oceniam, a pokazuję. Dokumentuję, a przy okazji łamię stereotypy.

Jaki rodzaj fotografii Panią pasjonuje? Czy Kielecka Szkoła Krajobrazu i jej twórcy mieli na Panią wpływ? A świętokrzyskie krajobrazy?

Fascynuje mnie dokument i sztuka. Pasjami przeglądam zdjęcia fotografów związanych ze światową agencją Magnum. Są dla mnie wzorem. Ale rzeczywiście, przed moim wyjazdem do Wielkiej Brytanii interesowałam się Kielecką Szkołą Krajobrazu. Pamiętam wernisaż wystawy Pawła Pierścińskiego w Dworku Laszczyków w 2014 roku. Mam kilka pamiątkowych zdjęć z tego wydarzenia, jak również jego album z fotografiami z dedykacją: „Dla koleżanki w fotografii…”.

Krajobrazy świętokrzyskie są jedyne w swoim rodzaju. Zawsze jak przyjeżdżam do domu, to jadę z Kielc do Łącznej starą „siódemką”. W Goździe jest dość stroma góra, uwielbiam widok z jej szczytu. Zawsze się wtedy uśmiecham i mówię sobie, że w końcu jestem w domu.

A skąd zainteresowanie fotografią dokumentalną?

Pamiętam moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że moja babcia może nie przeżyć kolejnego roku. Postanowiłam wówczas sięgnąć po aparat i uwiecznić ją taką, jaka była, zawsze uśmiechnięta i troskliwa. Te zdjęcia były częścią mojego portfolio, kiedy zdawałam na uczelnię. Znalazły się też w nim krajobrazy, w tym jedno z pleneru świętokrzyskiego i tryptyk martwej natury. I to właśnie w fotografii kocham. Można się nią wyrazić na nieskończenie wiele sposobów.

Kto jest dla Pani autorytetem?

W dziedzinie dokumentów cenię sobie fotografów wojennych. Pokazują cierpienie i niesprawiedliwość wojny. Mam wrażenie, że to ich osobista walka o pokój. Jednym z nich jest na pewno James Nachtwey. Margaret Bourke-White, pierwsza kobieta, która zajęła się profesjonalnie fotografią wojenną, napisała w swojej autobiografii, że jako fotograf widzi takie okrucieństwa, że musi założyć na umysł swego rodzaju zasłonę. Podczas dokumentowania wyzwolenia Oświęcimia ta zasłona była tak szczelna, że nie pamiętała, co fotografowała, dopóki nie zobaczyła wywołanych już zdjęć.

Jeśli chodzi o fotografię artystyczną, największe wrażenie zrobiła na mnie oryginalna praca Andreasa Gursky’ego „Chicago, Board of Trade II”, którą zobaczyłam w galerii TATE w Liverpoolu. Wtedy zrozumiałam, dlaczego jego prace osiągają niewyobrażalne ceny na aukcjach.

Jak to się stało, że sfotografowała Pani kurdyjskie bojowniczki?

Mój partner jest Kurdem, pochodzi z Iranu. Poznaliśmy się w pracy. Na początku znajomość traktowałam z dystansem. Z czasem okazało się, że Taher jest ateistą, jada wieprzowinę i uwielbia psy, a ponadto ceni feministki. Przełamał wszystkie stereotypy o mężczyznach z Bliskiego Wschodu. Opowiadał mi o walecznych kurdyjskich kobietach i o sytuacji Kurdów. Na początku nie mogłam w to wszystko uwierzyć, zaczęłam szukać informacji na ten temat i tak zrodziła się moja pasja. Już wtedy chciałam zrobić projekt o tych dziewczynach, ale brakowało mi odwagi i chyba też wiedzy. Spotkać te kobiety, spojrzeć im w oczy. Zobaczyć, w jakich warunkach żyją. Co je zmusza do walki… Fotografowane przeze mnie kobiety pochodzą z Iranu i walczą z bronią w ręku.

Czy chętnie opowiadały o swoim życiu i walce? Nie miały oporów przed pozowaniem?

Z wojowniczkami rozmawiałam o ich roli w kurdyjskiej armii, o feminizmie, wojnie, nadziei na przyszłość. Wszystkie chcą równouprawnienia i ich status w wojsku faktycznie się z tym wiąże. Żadna z nich nie chce wojny, ale nie mają wyjścia, walczą o podstawowe prawa człowieka. Niektóre nie chciały stawać przed kamerą, ale wszystkie chętnie pozowały przed aparatem.

Kurdowie cały czas są gotowi do walki o niepodległość. Moja praca jest o kobietach, którym przyświeca idea własnego kraju, gdzie bez przeszkód będą mogły uczyć się języka kurdyjskiego czy ubierać się w to, na co mają ochotę, w tym w tradycyjne kurdyjskie stroje.

Spędziłam w Kurdystanie trzy tygodnie. W tym czasie z Iranu przyjechały siostry Tahera, żeby go zobaczyć po ośmiu latach rozłąki. Taher nie ma wstępu na teren Iranu, ponieważ był zaangażowany w walkę przeciwko reżimowi i musiał uciekać po wcześniejszym internowaniu. Siostry w chwili przyjazdu były ubrane w zgrzebne czarne sukienki i chustki na głowach. Po powitaniu bardzo szybko przebrały się w kolorowe kurdyjskie sukienki i ściągnęły chustki.

Jaki jest status kurdyjskich kobiet w społeczeństwie? Bojowniczki wyglądają na wyemancypowane…

Kurdyjki nie różnią się za bardzo od Polek. Ich pozycja zależy m.in. od tego, z której części Kurdystanu pochodzą, czy są mocno wierzące, czy mają wsparcie rodziny i na jakiego mężczyznę trafią. Różnicy upatrywałabym raczej w systemie politycznym, który w Polsce pozwala kobiecie decydować o sobie.

Paradoksalnie Kurdyjki z Iranu są bardziej wyemancypowane niż te z Iraku. Po stronie irackiej nadal większa część społeczeństwa to plemiona, które są bardziej restrykcyjne jeśli chodzi na przykład o zamążpójście. W Erbil jest schronisko dla kobiet, które musiały uciekać, bo się nieszczęśliwie zakochały, a rodzina tego nie akceptowała i groziła im śmiercią. W Iranie natomiast można dostać rozwód. Trzy z sióstr mojego partnera są rozwódkami, a jedna nawet trzykrotnie… Dwie z nich prowadzą własne biznesy.

Czuła się Pani bezpiecznie wśród kurdyjskich bojowników?

Peszmergowie (ci, którzy patrzą śmierci w oczy – kurdyjscy bojownicy walki o niepodległość – red.) zabrali nas do obozu położonego niedaleko granicy z Iranem. Pierwszej nocy nie mogłam zasnąć ze strachu. Okolice przy granicy z Iranem i Turcją nie należą do najbezpieczniejszych. W sumie odwiedziłam cztery obozy. Kurdowie są szalenie gościnni. Pomimo celiakii (choroba polegająca na nietolerancji glutenu – red.) zawsze miałam odpowiedni posiłek. Po kolacji siadaliśmy przy kominku z herbatą, peszmergowie śpiewali piosenki, toczyły się rozmowy o polityce. Graliśmy też w karty, ale jeden Kurd strasznie oszukiwał (śmiech). Czułam się z tymi ludźmi bezpieczna.

Portrety bojowniczek są fotografiami analogowymi. Dlaczego zdecydowała się Pani na tę bardziej wymagającą technikę?

Zdjęcia z kolorowej kliszy są bardziej subtelne. Ponieważ od początku planowałam wykonanie portretów, wybrałam film, który dobrze oddaje odcień skóry. Fotografie wykonałam aparatem średnioformatowym, rosyjskim kievem z obiektywem 80 mm, co również zmieniło geometrię zdjęcia. Żeby mieć pewność, że nie wrócę z Kurdystanu z pustymi rękoma, równocześnie robiłam też ujęcia aparatem cyfrowym.

Jeden z portretów Kurdyjek został fotografią miesiąca „The Guardian”.

Edytor „The Guardian” zauważył zdjęcie, które wysłałam na konkurs do „British Journal of Photography”. To, że jedna fotografia została wybrana, jeszcze nie przełożyło się na zawodowy sukces. Kiedyś marzyłam, żeby moje zdjęcia zawisły w kieleckim Biurze Wystaw Artystycznych. Niedawno to marzenie się spełniło.

Czy fotografia może zmienić świat?

To zależy od odbiorców, ale wierzę, że może. Nie tylko fotografia, ale ogólnie sztuka. To, co podoba mi się w Wielkiej Brytanii, to właśnie podejście do sztuki. Artyści często wychodzą z galerii, robią wystawy w miejscach odwiedzanych przez ludzi. Wstęp do galerii zazwyczaj jest bezpłatny. W wielu pomagają wolontariusze. Ostatnio sama tak pracowałam przy instalacji nowej wystawy. Myślę, że warto również edukować młodzież, uczyć wrażliwości na sztukę. Nie na nudnych lekcjach, ale właśnie w galeriach, podczas rozmów z kuratorami, artystami.

Czy utrzymuje się Pani z fotografowania?

Zdarza mi się wykonywać fotografię komercyjną, ale nie jest to coś, co przynosi mi radość czy stałe zarobki. Wolałabym raczej zarabiać, robiąc projekty graficzne, i myślę, że w tym zawodzie zawalczę o pracę. Mam takie marzenie, żeby projektowanie przynosiło dochód, który pozwoli mi na robienie zdjęć. Najlepiej takich, które, jeśli nie zmienią świata, to może przynajmniej zmienią podejście kilku ludzi do świata.

Zdjęciami o tematyce wojennej?

Fotografia wojenna wciągnęła mnie na dobre. Myślę, że nie był to mój ostatni wyjazd do Kurdystanu.

Elżbieta Cybulska

Tekst Agnieszka Gołębiowska, Zdjęcia Elżbieta Cybulska

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close