Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Zaczynali może niezbyt efektownie. Niby zwyczajne odlewy, ale poszukiwane i wielce przydatne w każdym gospodarstwie. Dobrej jakości emaliowane garnki, piecyki, żeliwne rury. Z czasem produkowali więcej, nowocześniej, oryginalniej. Dla wojska i dla cywilów. Najbardziej rozpoznawalnymi stały się słynne motocykle SHL oraz pralki Frania, które – wytwarzane przez ponad trzy dekady – gościły w wielu polskich domach. Obchodzimy stulecie powstania kieleckiej Huty „Ludwików”.

Suchedniowskie początki i kielecki sukces
Dzieje zakładów SHL – jak popularnie nazywamy naszego jubilata – sięgają końca XIX stulecia, gdy w Suchedniowie pojawił się zamożny przemysłowiec Ludwik Starke. Powołał Towarzystwo Akcyjne Suchedniowskiej Fabryki Odlewów i założył fabrykę. Na rynek trafiały pochodzące z niej naczynia, narzędzia rolnicze i różne żeliwne wyroby. W 1919 roku Stanisław
Starke, syn Ludwika, wystarał się o pozwolenie na prowadzenie działalności w Kielcach. I tu rozpoczyna się historia Huty „Ludwików”, nazwanej tak przez ówczesnego prezesa na cześć ojca. W grudniu, w święto Barbary 1919 roku, choć trwała jeszcze rozbudowa firmy, uroczyście poświęcono fabrykę, a jej kielecka filia szybko przejęła funkcję zakładu głównego. Oficjalna nazwa: Huta „Ludwików” Spółka Akcyjna została nadana w 1933 roku. W tym okresie zakończono także produkcję w Suchedniowie. Po pierwszych trudnościach, spowodowanych ogólnoświatowym kryzysem ekonomicznym, rozpoczął się dynamiczny rozwój firmy. Nie tylko zwiększono produkcję, ale również rozszerzono asortyment. Wytwarzano już także piece do centralnego ogrzewania, kuchenki benzynowe i gazowe, urządzenia kolejowe, maszyny rolnicze i wiele innych sprzętów. Rozkwit zakładów wiązał się w dużej mierze z koncepcją utworzenia Centralnego Okręgu Przemysłowego – wielkiej międzywojennej inwestycji, w której udział miały przemysł oraz surowce Kielecczyzny. Na dobrą kondycję „Ludwikowa” wpłynęły przy tym zamówienia dla wojska, a te były dla załogi sporym wyzwaniem. Dyrektorem huty był już wówczas Otmar Kwieciński, świetny administrator, a do tego pasjonat motoryzacji i lotnictwa, który przyczynił się do produkcji słynnych motocykli. W 1937 roku powstał znany skrót SHL, oznaczający według Kwiecińskiego: „Suchedniowska Huta Ludwików”. Podczas okupacji zakład został przejęty przez Niemców, a nowoczesne maszyny wywieziono pod koniec wojny do Rzeszy. Zostały puste, zdewastowane hale. Po wojnie Huta „Ludwików” została znacjonalizowana. W 1948 roku jej nazwę zmieniono na Kieleckie Zakłady Wyrobów Metalowych. Nadal z taśmy montażowej schodziły kultowe motocykle SHL, a od lat 50. rynkowym przebojem zaczęły stawać się elektryczne pralki. W latach 70. zakłady zaczęły produkować nadwozia do m.in. wywrotek i cystern. Nazywały się wtedy Polmo-SHL – z początku występowały jako Fabryka Nadwozi Samochodowych, a później jako Fabryka Samochodów Specjalizowanych. Na początku lat 90. nastąpiła restrukturyzacja zakładów. Obecnie firma działa pod nazwą ZWM SHL S.A. i należy do włoskiego kapitału. Czego w SHL-u nie wytwarzano przez to stulecie! Od nocników po wozy bojowe, bo pewne elementy wojskowych transporterów opancerzonych SKOT też schodziły z linii produkcyjnej. Szczegółowe wyliczenie całego asortymentu to nie lada wyzwanie. Już w 1972 roku, czyli chwilę po pięćdziesiątych urodzinach firmy, pisano w tygodniku „Motor”: Szeroki jest asortyment produkcyjny Kieleckich Zakładów Wyrobów Metalowych: od pralek wirnikowych Frania, których zakład wyprodukuje w tym roku ćwierć miliona sztuk, poprzez wytłoczki i odlewy, których wyprodukuje się 46 tysięcy ton oraz 3,1 tysiąca ton tego asortymentu do samochodów samowyładowczych, których wyjedzie z kieleckiej fabryki w bieżącym roku około 3,5 tysiąca oraz samochodów-cystern, tych będzie około 300 sztuk.

Motoryzacyjne hity
Ciągoty motoryzacyjne dyrektora Ludwikowa nabierały realnych kształtów. Załoga stawała się precyzyjna, dokładna, zakład dysponował niezłym parkiem maszynowym. Na dodatek wydano zarządzenie, że motocykli do 100 ccm można było używać bez podatku drogowego, bez prawa jazdy i opłat rejestracyjnych. A więc szansa. Kogóż nie porwałaby taka perspektywa? – pisał redaktor Wiesław Barański w artykule w kieleckim „Słowie Ludu” poświęconym jubileuszowi półwiecza SHL-u. Dyrektor Otmar Kwieciński dopiął swego i kielecki motocykl stał się faktem. W 1938 roku pojawił się legendarny SHL-98 z licencyjnym silnikiem Villiersa o pojemności 98 ccm. Zwerbowałem do pracy najlepszych konstruktorów, mistrzów i techników – wspominał po latach szef huty. Wyprodukowano dwa tysiące tych maszyn. Był to przed wojną najbardziej poszukiwany polski motocykl, o świetnych parametrach technicznych oraz ładnej, smukłej sylwetce. Kolejny motoryzacyjny etap zakładów SHL to już okres powojenny. Produkcję wznowiono w 1947 roku. Pierwszą maszyną był SHL 125 M04. Powstawały kolejne modele. Ideą produkcji motocykli przejęła się cała załoga. Zadanie nie było łatwe. Powojenne stosunki wymagały wielkiej ilości fantazji, samozaparcia i konsekwencji, którymi często trzeba było zastąpić braki materiałowe – pisał o owych czasach Otmar Kwieciński, który ponownie został dyrektorem firmy, w 1948 roku przemianowanej na Kieleckie Zakłady Wyrobów Metalowych. Produkcję jednośladów w Kielcach przerwała w latach 50. polityczna decyzja władz o jej przeniesieniu do Warszawskiej Fabryki Motocykli. Oficjalnie KZWM otrzymały „inne ważne zadania produkcyjne”. Pierwsze motocykle składano w stolicy jeszcze z kieleckich części. Po październikowej „odwilży” roku 1956 władze spojrzały na Kielce łaskawiej i produkcja motocykli po kilkuletniej przerwie do nas powróciła. Uznaniem cieszył się SHL-175 M11, którego w latach 60. zrobiono prawie 150 tysięcy egzemplarzy. Ogółem powstało kilkanaście modeli słynnych SHL-ek. Ostatni z nich to elegancka Gazela, którą produkowano do 1970 roku. Ale nawet gdy zaprzestano już krajowej produkcji, nasze maszyny cieszyły się popularnością w Indiach, a tamtejszą licencyjną odmianę nazwano Rajdoot. Oblicza się, że z taśm montażowych kieleckich zakładów zjechało ogółem prawie 330 tysięcy jednośladów. SHL-ka to dziś legenda polskiej motoryzacji. Jej sylwetka wzbudzała zrozumiałe zainteresowanie, była przedmiotem westchnień i zazdrości. Grała w filmach obok wybitnych polskich aktorów. Była natchnieniem dla artystówi ciekawym obiektem dla fotoreporterów. Uczestniczyła w największych, nie tylko sportowych, wydarzeniach kraju – pisał Ryszard Mikurda, znawca świętokrzyskiej motoryzacji. SHL-ka była przedmiotem dumy i prestiżu właściciela.

Posiadacz takiego motocykla miał niemal gwarantowane powodzenie u płci pięknej. Nic dziwnego, że popularne niegdyś wśród pań powiedzonko brzmiało: „Tego wezmę spośród wielu, kto ma motor z SHL-u”. Inżynierowie z „Ludwikowa” nie zamierzali poprzestać na jednośladach. Marzono o samochodzie. W 1938 roku z inicjatywy dyrektora Kwiecińskiego rozpoczęto prace nad zbudowaniem prototypu samochodu małolitrażowego całkowicie polskiej konstrukcji. Pracami tymi kierował inż. Tadeusz Pragłowski. Prototyp wyposażono w silnik konstrukcji inż. Blumkego wykonany w znanych warszawskich zakładach Steinhagena i Stranskiego. Wzbudzający ze zrozumiałych względów zainteresowanie prototyp, którego wykonanie kosztowało 35 tysięcy złotych, był gotowy na miesiąc przed wybuchem wojny. Dla porównania samochód Opel z firmowego salonu kosztował wtedy 5 tysięcy. Niestety nie zachowały się żadne zdjęcia prototypu. Jego bryłę udało się odtworzyć w kilka lat po wojnie, na podstawie opowiadań Pawła Domżała i Gwidona Maro. Niestety, tylko na rysunku – pisał Ryszard Mikurda. Oficjalna prezentacja kieleckiego samochodu ze znakiem SHL miała się odbyć na Międzynarodowych Targach Poznańskich w 1940 roku. Ambitne plany zniweczyła wojna. Wysoką pozycję w krajowym przemyśle motoryzacyjnym uzyskały zakłady SHL w latach 60. Zakończono wówczas dwie inwestycje związane z budową Centralnej Tłoczni i Centralnej Matrycowni. Wytwarzano wówczas elementy do większości produkowanych u nas pojazdów. Ale o dalszych motoryzacyjnych przedsięwzięciach SHL-u będzie jeszcze mowa.

Dla wojska
Batorówka, staszówka, ludwikówka… Nie tylko wtajemniczeni w militarne arkana wiedzą, że chodzi o szable. Nas szczególnie interesuje ta ostatnia. Był to przed wojną sztandarowy wojskowy produkt kieleckich zakładów. Produkcja słynnej szabli kawaleryjskiej wzór 1934 stała się wielkim wydarzeniem w zbrojeniowych dziejach Huty „Ludwików”. Model został opracowany przez Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia w Warszawie, a pierwsze zamówienie dla kieleckiego zakładu z 1934 roku dotyczyło wykonania 11,5 tys. sztuk. Do wybuchu wojny światowej powstało ich około 40 tysięcy. Był to znakomity oręż, poddawany rygorystycznym kontrolom jakościowym: na przebicie, bez uszkodzenia ostrza, stalowej blachy o grubości 2 mm czy też pięciokrotne przecięcie prętu stalowego o średnicy 5 mm (rzecz jasna, także bez uszkodzenia głowni). Broń przechodziła również próbę na uderzenie płazem w pień z twardego drewna oraz test na zgięcie. Szabla ta była ostatnią polską szablą bojową, a zarazem ostatnim na świecie typem tego uzbrojenia zaprojektowanym z myślą o bezpośrednim użyciu na polu walki – podkreśla Konrad Otwinowski. Ludwikówka, w którą wyposażono oddziały Wojska Polskiego, stała się jednym z symboli walk września 1939 roku. Dużą część wojskowej produkcji „Ludwikowa” stanowiły hełmy, po wojnie wytwarzano je nadal, ale już w Kieleckich Zakładach Wyrobów Metalowych. Te przedwojenne, wzór z 1931 roku, produkowano ze stali chromoniklowej. Malowano je matową farbą olejną koloru khaki, z którą mieszano na kable telefoniczne, ale jednym z pierwszych zamówień dla armii były kuchnie polowe wraz z wyposażeniem. Jakość ich wykonania sprawdzano w terenie: wyładowane produktami kuchnie zaprzęgano do koni i jechano z Kielc, przez Białogon, do Chęcin i z powrotem. Bojowy asortyment uzupełniały m.in. skorupy do pocisków artyleryjskich, łódki na łuski nabojowe do haubic, skrzynki na amunicję, manierki czy niezbędniki do lekkich karabinów maszynowych. Na początku lat 50., wraz z potrzebą modernizacji amii oraz wybuchem wojny w Korei, niemal cała produkcja zakładu została przestawiona na cele wojskowe, choć wkrótce powrócono do wytwarzania także „cywilnych” sprzętów. Żołnierze różnych formacji otrzymywali z KZWM-u, poza wspomnianymi już hełmami bojowymi, także obudowy bomb głębinowych, skorupy bomb odłamkowych i zapalających, przecinaki do trałów, kotwiczne miny morskie, korpusy pancerzownic, zapalniki do granatników i wiele innych rzeczy potrzebnych na poligonie czy polu walki. Nadal wytwarzano też kuchnie polowe. Wojskowa produkcja kieleckich zakładów była, rzecz zrozumiała, objęta tajemnicą.

Dla domu i zagrody
Z czasem nazwano ją pieszczotliwie Franią. Produkowano ją w Kielcach przez trzydzieści lat. Bywało, że z taśmy produkcyjnej schodziło nawet ćwierć miliona sztuk rocznie. To oczywiście słynna, kultowa już dziś, pralka wirnikowa: prosta w obsłudze, elektryczna, choć z wyżymaczką na korbkę. Wodę nalewało się do niej samodzielnie, więc wymagała jedynie dostępu do gniazdka z prądem. Poszczególne modele były udoskonalane, te nowsze posiadały już programator (zwany „zegarem czasowym”), pozwalający na ustawienie czasu prania. Choć niekiedy nie tylko do prania służyła. Niektórzy mieszali w niej ciasto przy okazji większych wypieków, ponoć można było w niej także ubić masło, a byli i tacy domorośli wynalazcy, którzy z powodzeniem mieszali we Frani zacier na bimber. Pralki wirnikowe zaczęto produkować w 1954 roku (wczesny model nazwano Danusią), ostatnie egzemplarze opuściły fabrykę w latach 80. Długo i wiernie pracowały w polskich domach dopóki nie wyparły jej nowocześniejsze „automaty”. „Echo Dnia” z 1976 r. z dumą pisało o tym cudzie spod znaku SHL: Co czwarta rodzina w Polsce posiada pralkę typu Frania. Przez 22 lata nieprzerwanej produkcji kielecka FSS Polmo-SHL wyprodukowała 4,5 mln Frań. Gdyby pralki te ustawić jedną obok drugiej, to zajęłyby trasę długości około 1650 km, a więc akurat tyle, ile wynosi odległość z Warszawy do Paryża. Z roku na rok fabryka zwiększała produkcję poszukiwanych na rynku pralek, a także modernizowała je. Na przestrzeni 22 lat mury zakładu opuściły 24 typy Frań. Najnowsza posiada wyżymaczkę z centralną regulacją, wyłącznik czasowy oraz wirnik o pochyłym dnie. Zaletą jej jest także to, że ciężar w porównaniu do pierwszych zmniejszył się o 18 kg. Wydział W-4 dostarczy w br. 264 tys. pralek. Kielecki zakład od początku swego istnienia zaspokajał potrzeby domowych gospodarstw z miast oraz wsi. Produkowano sporo maszyn i urządzeń rolniczych, jak młockarnie i sieczkarnie, które miały wesprzeć rozwój rolnictwa. Poza całą gamą kuchennych garnków, rondli czy patelni, wytwarzano także szatkownice do jarzyn, sitka do mleka, lejki, szufelki do węgla, płyty i drzwiczki kuchenne, wanienki, wyżymaczki, pogrzebacze, żeliwne piecyki i kuchenki gazowe, dziecięce sanki i różne zabawki dla najmłodszych, szereg urządzeń sanitarnych, motyki i tego typu narzędzia przydatne do pracy w polu i ogrodzie, blaszane dachówki oraz wiele innych artykułów gospodarczych. Długo by wymieniać. Popularna Frania była jednak hitem szczególnym. Wraz z motocyklami SHL stanowiła większość produkcji zakładu, także tej eksportowej. Pralki – w pewnym sensie – robiono zresztą w „Ludwikowie” już przed wojną. Były to metalowe tarki do prania bielizny, rzeczy proste i wielce wówczas przydatne.

Pojazdy na specjalne zamówienie
Zaczęło się na początku lat 70. ubiegłego stulecia. Dawny „Ludwików” działał już wtedy jako Fabryka Nadwozi Samochodowych „Polmo- -SHL”, przekształcona nieco później w Fabrykę Samochodów Specjalizowanych „Polmo-SHL”. Zakłady zaczęły produkować samochody specjalizowane: wywrotki, cysterny, pojazdy transportowe, a Ośrodek Badawczo-Rozwojowy przy fabryce SHL stał się w stosunkowo krótkim czasie wiodącą tego typu instytucją w kraju. Największą część samochodów specjalizowanych stanowiły cysterny. Pierwszą, na podwoziu samochodu Star A28 wyprodukowano jeszcze w KZWM-ie w 1970 roku. Seryjnie schodziły z taśmy montażowej cysterny-przyczepy oraz autocysterny na podwoziach ciężarówek Star 200 i Star 266. Produkowano również autocysterny z instalacją do odkażania sprzętu i ludzi oraz z silnikiem odrzutowym do zadymiania terenu. Na eksport do Związku Radzieckiego wykonano autocysternę na podwoziu samochodu Kamaz. Produkowano również autocysterny w wersji tropikalnej, na eksport do krajów afrykańskich. Dla potrzeb wojsk lądowych i lotniczych wybudowano na podwoziu Stara 266 pojazdy zbiornikowe objęte, jak wtedy nazywano, dozorem wojskowym. Uzupełnieniem produkcji była cała gama samochodów samowyładowczych na podwoziach samochodów Star, Jelcz i Steyer – wymieniał Ryszard Mikurda. Sprzętem produkowanym w SHL-u na szczególnie specjalne zamówienie był Hydromil. Ten cieszący się ponurą sławą – szczególnie w czasie stanu wojennego – pojazd służył do rozpędzania demonstracji. Zazdrościły go peerelowskiej milicji adekwatne służby z „bratnich krajów”, choć urządzeń tego typu używały także siły policyjne krajów zachodnich. Nazwa pochodziła od greckiego „hydor” (czyli „woda”) oraz słowa „milicja”. „Samochód specjalny ze zbiornikiem wodnym” (bo tak go oficjalnie nazywano) wyposażony był w armatki wodne, solidny zbiornik na wodę i opancerzoną kabinę. Pierwsza wersja została skonstruowana w 1973 roku na podwoziu samochodu ciężarowego Star. Kolejny, nowocześniejszy, nazwany Hydromilem II, produkowany był od 1983 roku na podwoziu Jelcza. W 1992 roku została ogłoszona likwidacja Ośrodka Badawczo – Rozwojowego, a jego całkowite zamknięcie nastąpiło niecałe dwa lata później. Troska o własną tradycję była – jak zaznacza Bartłomiej Tambor – ważnym elementem działania kieleckiego zakładu. Obchodzono branżowe święta, szczególnie Dzień Metalowca, oraz kolejne firmowe rocznice. Z szacunkiem odnoszono się również do dokonań byłych szefów: Otmara Kwiecińskiego, Stefana Bratkowskiego, Adama Sobola, Wacława Michniewskiego. Sto lat to piękny jubileusz. Dzieje Huty „Ludwików” i jej powojennych kontynuatorów: KZWM czy zakładów Polmo-SHL to kawał historii Kielc i ziemi świętokrzyskiej. Historii nie tylko przemysłu, ale także społeczeństwa. Swą zawodową karierę związało przez te lata z kieleckimi zakładami tysiące mieszkańców Kielecczyzny: inżynierów, konstruktorów, wynalazców oraz zwykłych pracowników. Byli to specjaliści w swoich dziedzinach, wspólnie stworzyli niezaprzeczalną renomę firmy i to głównie dzięki nim możemy mówić: „SHL to duma naszego regionu”. •


Korzystałem m.in. z książek: Ryszard Mikurda „SHL-ką przez gołoborze” (Kielce 2017), Konrad Otwinowski „Huta Ludwików w Kielcach 1919-1945” (Kielce 2019), Bartłomiej Tambor „Huta Ludwików po II wojnie światowej” (Kielce 2019) oraz felietonów Ryszarda Mikurdy, regionalisty i pasjonata świętokrzyskiej motoryzacji, który swą wiedzą dzielił się wielokrotnie z czytelnikami lokalnej prasy oraz słuchaczami radia. Fotografie prezentują eksponaty z wystawy „100 lat Huty „Ludwików” w Kielcach 1919-2019”, którą otwarto w Muzeum Historii Kielc.

tekst i zdjęcia Jacek Korczyński

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close