Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia ktoś puka do waszych drzwi i każe się wam wyprowadzić. Tak, jak wszystkim mieszkańcom waszej kamienicy, ulicy, całej dzielnicy. Tak właśnie na początku lat 80.  wysiedlono 40 tys. mieszkańców Bukaresztu, by zbudować drugi co do wielkości gmach na świecie. Tak spełnił się jeden z szalonych planów prezydenta Rumunii, Nicolae Ceausescu.

Rumunia to kraj pełen kontrastów – majestatyczne Karpaty, przez które słynny dyktator przeciągnął wijącą się jak wstążka i wgryzającą się w skały Drogę Transfogaraską. Tajemnicze i oblegane przez turystów zamki, przy których zamiast urokliwych kafejek straszą kominy fabryk. Szczycące się romańskimi korzeniami miasteczka, z pięknymi, choć proszącymi się o generalny remont kamieniczkami i  biedne romskie wsie z rozlatującymi się chałupami i spacerującymi po ulicach stadami osłów.

Wielu wyobraża sobie Rumunię jako kraj niebezpieczny, dziki i mało ciekawy. Nic bardziej mylnego. Rumunia zaskakuje na każdym kroku i gdy tylko zapuścimy się w jej głąb, odkryjemy niepowtarzalne piękno. Trzeba więc odrzucić stereotyp biednego, mało atrakcyjnego kraju, który wprawdzie należy do Unii Europejskiej, ale wciąż jest jej bardzo ubogim krewnym. Przekonał się o tym Jeremy Clarkson, który właśnie w Rumunii realizował jeden z odcinków kultowego programu „Top Gear”, biorąc „na tapetę” dacię. I co tu dużo mówić, trochę się przejechał…

100 kilometrów adrenaliny

Clarkson przejechał się dosłownie i w przenośni. Siadając za kierownicą luksusowego lamborghini wyruszył w szaloną podróż Trasą Transfogaraską. I nie krył zdumienia oraz zachwytu nad tą jedną z  największych atrakcji Rumunii. Licząca prawie 100 km kręta, stroma i wykuta w skałach droga łączy położony na północy Siedmiogród z południową Wołoszczyzną. To jeden z wielu kaprysów Nicolae Ceaușescu, bo przecież nie było potrzeby przebijania trasy przez najwyższe pasma Gór Fogaraskich. Ale po interwencji Związku Radzieckiego w Czechosłowacji dyktator doszedł do wniosku, że jego kraj może spotkać ten sam los i postanowił zbudować trasę łączącą obie części Rumunii, dzięki której możliwy będzie szybki transport wojsk i sprzętu.

Wbrew powszechnym wyobrażeniom Ceaușescu nie był twardogłowym komunistą i ulubieńcem Kremla. Życzliwym okiem spoglądał na zachód Europy, który sowicie nagradzał go choćby za to, że wojska rumuńskie nie uczestniczyły np. w manewrach Układu Warszawskiego. Nie zmienia to faktu, że dyktator był niewyobrażalnym megalomanem, a Trasa Transfogaraska to jeden z przejawów jego pychy. Ceaușescu nie liczył się zupełnie z kosztami i nie chodzi tu jedynie o pieniądze, ale i dziesiątki ludzi, którzy zginęli przy tej gigantycznej budowie. Źródła podają, że do przebicia się przez wysokie pasma górskie zużyto 6 mln kg dynamitu, a prace prowadzone były w szaleńczym tempie – rozpoczęto je w 1970 r., ukończono zaledwie cztery lata później.

Dziś mało kto pamięta o militarnym znaczeniu Trasy Transfogaraskiej, jest ona przede wszystkim wielką atrakcją turystyczną. Podróż po wijących się serpentynach, wyrastające z jednej strony potężne szczyty, z drugiej zaś rozciągająca się przepaść, dostarczają niemałej dawki adrenaliny. Dość powiedzieć, że w najwyższym miejscu droga osiąga wysokość 2034 m n.p.m.

Zdecydowanie podróż przez Góry Fogaraskie wymaga mocnych nerwów, choć widoki, jakie roztaczają się wokół, zapierają dech w piersiach. Nic więc dziwnego, że choć trasa ma zaledwie 100 km, to pokonuje się ją w ciągu kilku godzin – po pierwsze dlatego, że prędkość jest tu znacznie ograniczona, po drugie zaś – turyści co rusz zatrzymują się, by napawać się bajeczną scenerią. Szczególną uwagę trzeba zwrócić m.in. na zaporę na rzece Ardżesz, która tworzy jezioro Vidraru, czy zamek Poienari. Chcąc dotrzeć do gmaszyska, które przed wiekami należało do Włada Palownika, trzeba wdrapać się po, bagatela, 1440 schodach. Warto, bo widoki rozciągające się ze szczytu są naprawdę imponujące.

W gościnie u Drakuli

Ano właśnie – Wład Palownik. Spytacie – kto to? I słusznie, bowiem większości znany jest jako Dracula. Rzeczywistość wymieszała się z fikcją, prawda historyczna została doprawiona szczyptą pikantnej legendy. Wład Palownik, hospodar wołoski żył w drugiej połowie XV w. i zasłynął nie tyle wielkimi rycerskimi wyczynami, ale przede wszystkim niebywałym okrucieństwem. Swoich przeciwników politycznych i tych, którzy narazili mu się choćby drobnym przewinieniem, karał w okrutny sposób, wbijając ich na pal. Tak właśnie bezlitosny władca rozprawił się z bojarską opozycją, którą wcześniej zaprosił na wielkanocną ucztę. Tych, których oszczędził, zapędził do budowy wspomnianego już zamku na szczycie urwiska w Poienari. Wład zginął z rąk tych, którzy  wcześniej mu służyli. A że za życia był bestią w ludzkiej skórze, nic dziwnego, że z czasem zaczęto go łączyć z wampirem – Drakulą.

Postać ta stała się szczególnie popularna dzięki powieści irlandzkiego pisarza Brama Stockera, który mrożącą krew w żyłach historię osadził w rumuńskich, malowniczych realiach. Współcześnie historia Drakuli funkcjonuje w zbiorowej wyobraźni, m.in. dzięki kilku świetnym ekranizacjom filmowym. Nic dziwnego, że zarządcy i opiekunowie wielu rozrzuconych po całej Rumunii zamków w mniejszym czy większym stopniu przywołują postać legendarnego wampira. Do roli jego mrocznych samotni pretenduje kilka rumuńskich średniowiecznych budowli, jednak największą sławą cieszy się Zamek Bran niedaleko Braszowa, w którym można zwiedzić aż 57 znakomicie zachowanych komnat. Reputację prawdziwego klejnotu kultury gotyckiej zyskał zamek Korwinów w Hunedoarze, który należał do potężnego rodu magnatów węgierskich Hunyadi. I właśnie to węgierskie dziedzictwo okazało się dla budowli przekleństwem, bowiem Nicolae Ceaușescu, nie mogąc znieść symbolu obcego panowania w Rumunii, kazał wybudować w sąsiedztwie potężna hutę. Każdego turystę wjeżdżającego do miasta witają więc ponure kominy i klocki hal fabrycznych, spoza których nieśmiało wyłania się strzelista bryła zamku.

Koniecznie trzeba odwiedzić zamek chłopski w Rasznowie, który został wybudowany przez Krzyżaków, a po ich wypędzeniu, służył okolicznym mieszkańcom, jako schronienie przed najazdami Turków i Tatarów. Otoczona 5-metrowym murem budowla prezentuje się imponująco, nie mniejsze wrażenie robią wybudowane u jej podnóża zabudowania. Spacerując wąskimi uliczkami między malutkimi domkami mamy niepowtarzalną okazję poznania typowej, średniowiecznej architektury, a po dotarciu do punktu widokowego – sycenia oczu widokiem potężnych górskich szczytów.

Paryż Wschodu

Nie bez powodu Bukareszt – stolica Rumunii nazywana jest Paryżem Wschodu. Jest coś niezwykłego w atmosferze tego miasta – i nie chodzi tu tylko o łuk triumfalny, który wzorem paryskiego stanowi ważny punkt orientacyjny, wokół którego dniem i nocą ciągnie sznur samochodów. Swój niepowtarzalny klimat miasto to zawdzięcza niesamowitej mieszance kultur – bizantyjskiej i zachodnioeuropejskiej, na każdym kroku napotykamy też ślady starożytności. Nie bez przyczyny zresztą nie tylko w Bukareszcie, ale i w wielu innych miastach Rumunii, odnaleźć można pomniki przedstawiające wilczycę karmiącą dwa niemowlaki.

Pięknie, szczególnie nocą, prezentuje się bukaresztańska starówka z zabytkowymi uliczkami, warto wyznaczyć sobie marszrutę, której kolejne punkty wyznaczają cerkwie. Koniecznie odwiedzić trzeba Narodowe Muzeum Sztuki i urokliwy park  Herastrau z pomnikiem Fryderyka Chopina.

Stolica Rumunii ma też swoje drugie oblicze – wciąż mnóstwo tu biedy, obdrapanych kamienic i zaśmieconych ulic. Wiele zabytkowych budynków (szczególnie sakralnych) schowanych jest za typowymi socrealistycznymi gmachami. Brak szacunku dla wielowiekowej tradycji był, oprócz manii wielkości, znakiem rozpoznawczym Nicolae Ceaușescu. Stolicę rządzonego przez siebie kraju traktował jak planszę z tekturowymi modelami, przenosząc lub wyburzając całe ulice, a nawet zmieniając koryto rzeki. Chciał stworzyć modelowe, monumentalne socjalistyczne miasto. Na szczęście nie wszystko udało mu się zniszczyć. Niemniej zburzono, uszkodzono lub przeniesiono 22 cerkwie, jedną piątą powierzchni starego Bukaresztu zrównano z ziemią. Za ten eksperyment urbanistyczny miasto długie lata będzie jeszcze płacić.

Tysiące pomieszczeń

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia ktoś puka do waszych drzwi i każe się wam wyprowadzić. Tak, jak wszystkim mieszkańcom waszej kamienicy, ulicy, całej dzielnicy. Tak właśnie na początku lat 80. wysiedlono 40 tys. mieszkańców Bukaresztu i wyburzono około 7 km kw. centrum starego miasta, by zbudować drugi co do wielkości gmach na świecie. W ten sposób spełnił się jeden z szalonych planów Ceaucescu, przy którego realizacji pracowało 700 architektów i 20 tys. robotników. Monumentalny, wysoki na ponad 80 metrów neoklasycystyczny pałac z białego marmuru ma powierzchnię 340 tys. metrów kwadratowych, 12 pięter i osiem podziemnych kondygnacji oraz 1100 pomieszczeń. Liczby są imponujące, ale cóż z tego skoro po upadku dyktatora nikt nie wiedział, co zrobić z tak potężnym gmachem. Amerykański miliarder Robert Mudroch chciał kupić pałac i przekształcić to drugie co do wielkości po Pentagonie gmaszysko w gigantyczne kasyno. Rząd rumuński nie zgodził się jednak na taką profanację i w najkosztowniejszej zabawce Ceaucescu znajdują się  dziś najważniejsze publiczne instytucje. Aha i jeszcze podziemnymi korytarzami zasuwa z prędkością światła we wspomnianym już lamborghini Jeremy Clarkson. Ot, taka zabawa…

Braszów i Sybin

Bukareszt zniszczony przez komunistycznego przywódcę nie jest częstym celem odwiedzin turystów. A szkoda, bo miasto to, choć pełne kontrastów, warte jest, by poświęcić mu choć jeden dzień. Z drugiej jednak strony nie dziwi, że goście odwiedzający Rumunię, wybierają inne miasta, jak choćby szczycącą się wspaniale zachowaną średniowieczną zabudową i położoną pośród pięknych wzgórz Sighisoarę czy Braszów – z pięknym, barokowym rynkiem i wzgórzem, na którego szczyt można dostać się kolejką, by napawać się niesamowitą perspektywą. Wspaniale prezentuje się znany ośrodek narciarski Sinaia oraz  ekskluzywna nadmorska Konstanca, zaś urokliwy Sybin słusznie zyskał miano skarbu Siedmiogrodu. Jest jeszcze pełna oryginalnych i monumentalnych  budowli z czasów Habsburgów Timisoara – czwarte co do wielkości miasto Rumunii, które odwiedzić należy choćby dlatego, że to właśnie tu w grudniu 1989 r. rozpoczęła się rewolucja, która rychło ogarnęła cały kraj, obalając rządy znienawidzonego dyktatora  Ceaucescu.

Tekst i zdjęcia: Agata Niebudek-Śmiech

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close