Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Znamy go z ról filmowych, telewizyjnych i teatralnych. Jest z widzem od ponad pięćdziesięciu lat. Grał u największych polskich reżyserów. Jerzy Trela – wieloletni aktor Starego Teatru, współzałożyciel Teatru Stu, wykładowca krakowskiej PWST.

Michał Sierlecki: W filmie „Quo Vadis” Jerzego Kawalerowicza w 2001 roku kreował pan Chilona Chilonidesa. Dziś po piętnastu latach od powstania tego filmu, właśnie ta rola najbardziej zapada widzom w pamięć. Podobno reżyser żartował na planie, że w zasadzie mógłby kręcić film tylko o tej postaci…
Jerzy Trela: Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Chilonem odrzuciło mnie. Jako aktor muszę jednak grać różnych ludzi, dobrych i złych. Zresztą i w Chilonie odzywają się w końcu pozytywne cechy. W pewnym momencie przechodzi metamorfozę. Moją następną reakcją była więc fascynacja tą postacią, możliwościami budowania różnych jej odcieni. Dla aktora to przyjemność, gdy bohater jest skomplikowany. A potem była żmudna praca. W filmie funkcjonuje się trochę inaczej, niż w teatrze, bardziej wyrywkowo. Trzeba budować rolę fragmentami, kawałkami. Czasem zaczyna się od końca. Któregoś dnia rzeczywiście przyszedł Kawalerowicz i na planie mówi, że nie musi już nic robić, bo ma gotowy film o Chilonie Chilonidesie. Choć to naprawdę wredna postać…

Bohater, który wymagał od pana fizycznego poświęcenia. W scenie z mułem i Pawłem Delągiem…
Paweł Deląg siedział na mule, którego ja prowadziłem. Na próbach ten muł był grzeczny. Ciągnąłem go za uzdę, a on chodził tak, jak chciałem. Z Delągiem (który też swoje ważył) na grzbiecie. Ale podczas ujęcia pirotechnicy po raz pierwszy zapalili ogień. I kiedy ruszyła kamera muł zaczął wierzgać i nadepnął mi na stopę, łamiąc kości śródstopia i trzy żebra, bo uderzył mnie też bokiem. Długo jeszcze miałem pamiątkę po tym filmie. Zresztą w naszym zawodzie często dochodzi do sytuacji, z których aktor wychodzi okaleczony.

Wybór aktorskiej drogi zawodowej nie był oczywisty w pana przypadku. Chodził pan do liceum plastycznego, a talent recytatorski Jerzego Treli odkryli nauczyciele, bo on sam nie lubił uczyć się wierszy na pamięć…
Często nie mamy świadomości, jakie talenty w nas drzemią. Zauważają to inni. Moja nauczycielka coś we mnie widziała, mimo że nie uczyłem się wierszy na pamięć. Nawet groziła mi dwójka z polskiego. I któregoś dnia koledzy mówią, żebym się nauczył wierszyka, bo ta nauczycielka to lubi, organizuje nawet konkursy recytatorskie. I zrobiłem to. Wyrecytowałem na lekcji „Śmierć pułkownika” Mickiewicza. Wpisała mi ołówkiem czwórkę. Nie mogłem zrozumieć dlaczego ołówkiem? Po dwóch dniach spotkała mnie na korytarzu i mówi, że wezmę udział w konkursie recytatorskim. A ja na to: „Pani profesor, ale przecież nie lubię się tych wierszy uczyć na pamięć”. I wtedy mi powiedziała, że ona mnie przygotuje i wyrecytuję tylko ten jeden, którego się nauczyłem. I ze „Śmiercią pułkownika” przeszedłem eliminacje międzyszkolne i doszedłem do wojewódzkich. Jako jedyny z uczniów pani profesor doszedłem do tak wysokiego etapu. Stałem się jej dumą. Dostałem dobrą ocenę, a oprócz tego angażowała mnie przy różnych akademiach. I tak recytowałem „Śmierć pułkownika” na Dzień Kobiet, Dzień Dziecka, 3 maja, 1 września. I któregoś dnia koledzy mówią, że jeżeli nie nauczę się innego wiersza, to mi wleją. Wybrałem „Sokratesa tańczącego” Tuwima. Miałem już dwa wiersze na zmianę.

wh2f9181_20160903_oblegorek_narodowe-czytanie_jerzy-trela_lt_web

Nauka w szkole teatralnej też nie była pana marzeniem…
Chciałem zdawać na ASP. Jednak los zdecydował, że po liceum musiałem pójść do pracy i następne cztery lata spędziłem w teatrze jako plastyk. Równocześnie zacząłem grać. Dostałem nawet jakąś nagrodę w Pradze. Zaczęto mnie wówczas namawiać, bym zdawał do szkoły teatralnej, a że ścigało mnie wojsko, miałem wybór: ASP (gdzie egzaminy były później) lub szkoła teatralna. Gdy się dostałem, odpuściłem ASP myśląc, że spróbuję za rok. Jednak zaczęliśmy tworzyć Teatr Stu, zrobiliśmy przedstawienie „Pamiętnik wariata”, pojechaliśmy na festiwal do RFN-u i go wygraliśmy. I pojawiła się pierwsza refleksja, że może słusznie wybrałem zawodową drogę? Choć do dziś nie jestem tego pewien.

To był dobra refleksja. Zresztą wyniki egzaminu tylko to potwierdziły. Był pan drugi na liście po Leszku Teleszyńskim. Sam egzamin musiał jednak przebiegać w stresie. Już pan pracował i spieszył się na przedstawienie.
Elżbieta Karkoszka, która była wówczas studentką obsługującą egzaminy, pomogła mi. Tak przekładała moje papiery, żebym zdążył zagrać przedstawienie w Grotesce dla dzieci (bo w dzień graliśmy dla najmłodszych) i wrócić na egzamin. Zdałem, choć miałem przygotowane tylko cztery teksty. Tyle zdążyłem. A wymogiem przyjęcia do szkoły teatralnej było przygotowanie ośmiu. Poszedłem na egzamin i kolejne etapy jakoś udawało mi się zaliczać. Kiedy jednak w pewnym momencie doszedłem do ostatniego tekstu, wiedziałem, że zaraz będzie mój koniec, bo piątego nie miałem. A kończyłem wierszem „Sokrates tańczący”. I wówczas zasiadająca w komisji wybitna aktorka Zofia Jaroszewska, powiedziała tubalnym głosem: „A dajcież mu wreszcie święty spokój…” Myślałem, że mam się wynosić, a chodziło o to, że uznali już mój egzamin za zaliczony.

Potem przyszła druga połowa lat 60., działalność w Teatrze Stu z Krzysztofem Jasińskim, pamiętne spektakle z pana udziałem, czyli „Pamiętnik wariata” i „Lekcja”. W 1969 roku w „Nosie” Gogola zauważył pana Konrad Swinarski. To był początek fascynującej współpracy opartej na zaufaniu, jakim obdarzyliście się, tworząc wspólnie historyczne już dziś „Dziady” z wybitną rolą Konrada. Spektakl ten był grany w Polsce setki razy.
Propozycja Swinarskiego, bym zagrał Konrada, zaskoczyła mnie. Współpracowałem z nim wcześniej, grałem w „Żegnaj, Judaszu” i „Wszystko dobre, co się dobrze kończy”. Ale to były epizody. Zresztą w tym drugim spektaklu cały czas stałem. Swinarski przeprosił mnie wtedy, mówiąc, że on mi kiedyś to wynagrodzi. On, wspaniały człowiek i reżyser przeprosił szczeniaka, że obsadził go w epizodycznej roli… Przez dziesięć lat graliśmy „Dziady”. Zamówienia były na dwa lub trzy lata do przodu. W pewnym momencie zdecydowaliśmy jednak o zakończeniu spektaklu. Zestarzeliśmy się, nie czuwał już nad nim reżyser. Dlatego dla dobra pamięci o tym przedstawieniu postanowiliśmy przestać je grać. I realizacją telewizyjną ten projekt się zakończył.

W 1980 roku wystąpił pan u boku Romana Wilhelmiego w filmie „Ćma” w reżyserii Tomasza Zygadło. Spotykaliście się także w Teatrze Telewizji, m.in. w spektaklu „Kolacja na cztery ręce” Kazimierza Kutza z rewelacyjną rolą Wilhelmiego (Jerzy Fryderyk Haendel) i pana jako Schmidta kopisty nut i jego wiernego sługi. Jak po latach wspomina pan te role i czas spędzony na planie z Wilhelmim?
Jedna scena w filmie „Ćma” jest autentyczna. Na molo, gdy jesteśmy kompletnie pijani. Przyjechałem wówczas do Gdańska do hotelu, zdjęcia miały być nocą. Scena pijacka, w której redaktor Jan rozmawia z redaktorem Sołtysem. Mamy wylać swoje żale i bóle. Romek był już w hotelu i zaproponował mi bruderszaft. Zrewanżowałem się, zamawiając następną kolejkę. A później znów on. I tak pojechaliśmy na plan niemal kompletnie pijani. Wysiedliśmy z samochodu i Romkowi musiało coś zaszkodzić, bo zaczął się zataczać. Przywitał nas Zygadło i mówi do niego „Ty świnio, to ja tu wam koniak przygotowałem, żebyście się mogli napić przed tą sceną, a ty już wcześniej zdążyłeś wypić?”. Mówi do mnie: „Choć, Jurek, z tobą wypiję, a tej świni nie naleję”. I ja wypiłem, ale to było już to, czego mi brakowało, by się obalić. I dorównałem Romanowi. Trzeba było czekać dwie godziny, żebyśmy mogli zacząć zdjęcia. Scena jest przez to niesamowita. Widać, że jesteśmy pijani. Tak się poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy.

A potem w „Kolacji na cztery ręce” Kazimierza Kutza wyżywał się na panu jako Haendel, krzycząc „Schmidt! Schmidt!”.
A ja mu się odgryzałem.

Nie dość, że się pan odgryzał, to jeszcze tonował napięcie między Janem Sebastianem Bachem i Jerzym Fryderykiem Haendlem. Widz ma wrażenie, że obaj kompozytorzy zaraz się pobiją i wtedy Schmidt wkracza do akcji, pełniąc swoistą funkcję bufora.
To już zasługa Kazimierza Kutza, który potrafił w odpowiednim momencie zasugerować rozładowanie napięcia.

wh2f8910_20160903_oblegorek_narodowe-czytanie_jerzy-trela_lt_web

Cztery lata później w Teatrze Telewizji na planie „Antygony w Nowym Jorku” Janusza Głowackiego grał pan u Kutza wraz z Anną Dymną i Janem Peszkiem. Wrażenie robi w tym spektaklu nie tylko gra aktorska, ale także scenografia. Nowojorski park wieczorem i duże drzewa wokół.
Drzewa naznoszono do studia, a cała sceneria miasta była panoramicznym zdjęciem zamontowanym na ścianach. I w kamerze to sprawiało wrażenie przestrzeni. Trochę się wtedy pochorowałem i siedziałem przy koksiaku. Prawdziwym. Ciągle się pociłem, bo byłem w płaszczu, ale dzięki temu wyszedłem z grypy. Praca z Kutzem była wspaniała. To złoty okres świetności Teatru Telewizji z Krakowa, który przebijał nawet telewizję warszawską. Robiło się więcej, funkcjonowała świetnie redakcja. Kutz w tamtym okresie został najpierw naczelnym reżyserem, a potem szefem telewizji w Krakowie.

W książce Beaty Guczalskiej „Trela” jest wzmianka, że często przyjmował pan role drugoplanowe, epizodyczne. Było to „granie na kogoś”.
Grałem przede wszystkim dla publiczności, ale czasem trzeba zagrać rolę dla kolegów, niewdzięczną, epizodyczną. Jak w „Kolacji na cztery ręce”, gdzie moje kwestie puentowały działanie innych. To trochę jak w jazzie, kiedy instrument gra solo, a pozostali muzycy mu towarzyszą, pomagają, partnerują. I to jest ważne. Mam pełną świadomość, że grając główną rolę, muszę od czasu do czasu zagrać epizod dla kolegi, bo on robi to dla mnie w innym przedstawieniu.

Obraz Jerzego Treli, jaki przechowuję z dzieciństwa, to epizodyczna rola w „Stawce większej niż życie”. Grał pan Romka.
To moja pierwsza filmowa rola.

Kończył pan już szkołę teatralną i śmierć Romka, który pada na ziemię z otwartymi oczami, mocno zapadła mi w pamięć.
Było to moje pierwsze zetknięcie z filmem, z kamerą. A zaczęło się bardzo trywialnie i niewinnie. Przygotowywaliśmy taki egzamin z „Eugeniusza Oniegina” Puszkina. I pani profesor nas męczyła. Siedzieliśmy godzinami, żeby to wyćwiczyć. Cały rocznik brał w tym udział. Zmęczony poszedłem do bufetu. A miałem wtedy zawieszoną na palcu marynarkę, którą zdenerwowany rzuciłem na stół, wykrzykując niecenzuralne, pomocnicze słowo. I siadłem. W pewnym momencie pani Marchewkowa, która była tam wszystkim: portierką, bufetową, szatniarką, pyta: „Chcesz herbaty z prądem?” A miała wino domowej roboty, które zawsze dolewała nam do herbaty po ciężkich egzaminach… Nie pamiętam, co jej odpowiedziałem, ale zauważyłem, że siedzi dwóch facetów i mnie obserwuje. I w pewnym momencie jeden podszedł i mówi, że mają propozycję, bym zagrał epizod w odcinku „Stawki większej niż życie”. Okazało się, że byli to asystenci reżysera Janusza Morgensterna: Andrzej Kotowski i Jacek Butrymowicz. I to oni zatrudnili mnie do tego filmu. Zwierzyli mi się później, że siedzieli w tym bufecie już od dwóch godzin i byłem pierwszym facetem, który zachował się naturalnie, gdy tam wszedł. To wywarło na nich wrażenie. A w serialu trzy razy strzelałem do Klossa i ani razu mi się nie udało.

Na szczęście dla nas. Jakie są pana aktualne plany zawodowe? W jakich filmach i spektaklach będziemy mogli zobaczyć pana w najbliższym czasie?
Gram w wielu sztukach. W planach mam też zrobienie wspólnego spektaklu z Anną Polony. Zaproszono mnie także do nagrania Biblii. Mój głos obsadzono w roli Boga.

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych wspaniałych ról filmowych i teatralnych.

***

Z Jerzym Trelą rozmawialiśmy przy okazji jego wizyty w Oblęgorku, gdzie w Pałacyku Henryka Sienkiewicza czytał fragmenty „Quo Vadis”.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close