Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Pisarz, poeta, dziennikarz, marketingowiec. Wiosną wydał szóstą książkę „Noc w Berlinie”, opowieść o żydowskim malarzu damskich aktów, który doświadcza nazistowskiej ideologii, narastających w latach 30. XX wieku zakazów, szykan, wykluczeń i przemocy. Grzegorz Kozera.

„Noc w Belinie” to Twoja trzecia powieść nawiązująca tematyką do II wojny światowej. Wcześniej napisałeś „Berlin, późne lato” i „Króliki Pana Boga”. Dlaczego właśnie ten czas Cię interesuje?

­U źródeł tych fascynacji leży pytanie: jak to było możliwe, że doszło do niewyobrażalnej tragedii, największej w dziejach ludzkości. I wiem, że nie umiem na nie odpowiedzieć. Chyba nikt tego nie pojmie, jak można wymordować tyle milionów ludzi, tylko dlatego, że byli innej narodowości czy innej religii, bo jakiś szaleniec sobie tak wymyślił. Mogę najwyżej próbować opisać ten mechanizm, który umożliwił przyzwolenie na te zbrodnie. Stąd pewnie „Noc w Berlinie”, książka o latach 30., czasie, w którym burza dopiero nadciągała. O II wojnie światowej i Holokauście nie można zapominać. Trzeba o tym mówić, bo historia lubi się powtarzać. Być może na inną skalę. Nie będzie pewnie obozów koncentracyjnych czy obozów zagłady, ale rodzaj dyktatury czy zamordyzmu może się w każdej chwili objawić. Jestem temu absolutnie przeciwny.

Od jak dawna interesujesz się tym tematem?

Jako młody chłopak oglądałem dużo filmów wojennych i nie chodzi tylko o „Stawkę większą niż życie” czy „Czterech pancernych”, bo można to uznać nawet za indoktrynację. Dużo też czytałem i czytam: książki historyczne, popularno-naukowe, ale i beletrystykę, pisarzy, którzy opisywali wojnę, Manna, Brechta, Remarque’a. Tego ostatniego lubię szczególnie i dlatego tytuł mojej ostatniej książki nawiązuje do „Nocy w Lizbonie”, wspaniałej opowieści o ucieczce przed nadciągającą Trzecią Rzeszą.

„Berlin, późne lato”, „Króliki Pana Boga” i „Noc w Berlinie” ułożyły się w trylogię. Od początku to planowałeś?

Najpierw korciło mnie, by napisać książkę historyczną. „Berlin, późne lato” napisałem w trzy miesiące. Ma dwieście stron i chyba dlatego jest taka krótka, bo z natury jestem leniwy i lubię szybko mieć pracę za sobą. Potem myślałem o innej powieści, ale „Berlin” spodobał się czytelnikom. Nawet dziś sprawdzałem, moja książka z 2013 roku jest w pierwszej setce Empiku, obok Głowackiego i Hłaski, czyli w miłym towarzystwie. Ci, którzy ją przeczytali, nagabywali mnie, co się stało z Haliną, jedną z bohaterek. Postanowiłem więc napisać „Króliki Pana Boga”, gdzie Halina znowu się pojawia. Potem stwierdziłem, że zajmę się latami 30. i dojściem hitlerowców do władzy. Powstała „Noc w Berlinie”. W jakimś sensie ten trójksiąg jest trylogią, ale po pierwsze nie jest ona chronologiczna, a po drugie każdą z książek można czytać oddzielnie. Nie miałem zamiaru tworzyć cyklu powieściowego jak Krajewski czy inni autorzy.

Bohater Twojej ostatniej powieści – malarz Joachim Werner jest niemieckim Żydem. Temat Holokaustu często powraca w Twoich książkach i to nie tylko tych historycznych, ale i współczesnych.

Być może wpływ na zainteresowanie tematyką żydowską ma to, że mieszkam w Kielcach. Pewnie nigdy nie napiszę książki o pogromie kieleckim. Chyba nie umiałbym opisać literacko tego strasznego wydarzenia, choć wiem, że takie książki się pojawiają. Nie mogę też o tym zapomnieć, dlatego o pogromie wspominają bohaterowie moich współczesnych powieści („Białego Kafki”, „Drogi do Tarvisio”, „Co się wydarzyło w hotelu Gold” – red.).

Dobrze, że wspomniałeś o współczesnych utworach. Bohaterowie często wygłaszają w nich opinie, że Niemcy i Austriacy nie do końca odpokutowali za II wojnę światową. Jeden z nich, Antoni Topola z „Hotelu Gold”, postanawia nawet wziąć sprawiedliwość w swoje ręce. Masz o to do świata żal?

Mam pretensje nie tylko do Niemców czy Austriaków. Amerykańscy Żydzi też nie pomogli swoim współplemieńcom mieszkającym w Europie, a przecież mogli ich ratować, np. przyjmując statek z uchodźcami. Nienawidzę antysemityzmu i rasizmu, ale staram się oddać sprawiedliwość. Wina nie ma narodowości, ani tym bardziej rasy. Nie ma narodów bohaterów czy narodów ofiar. Każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie, co staram się pokazać w moich książkach.

Jak się pisze powieści historyczne?

Głównym źródłem wiedzy są dla mnie książki, te naukowe i popularne, oglądam też filmy dokumentalne, archiwalne materiały, albumy, np. o umundurowaniu czy uzbrojeniu. Żeby zacząć pisać, muszę poznać epokę, muszę ją poczuć. Oczywiście, pewne szczegóły sprawdzam także później. Nie ukrywam, że pomaga też Internet. Dzięki wujkowi Google można dotrzeć do źródeł archiwalnych, nie jadąc do odległych bibliotek. Pisząc „Noc w Berlinie”, korzystałem nawet z Google Street.

Masz na swoim koncie trzy wspomniane już powieści współczesne. Mam dziwne przeczucie, że ich bohaterowie mają dużo wspólnego z Tobą.

Wykorzystuję pewne rzeczy mnie dotyczące, bo tak jest łatwiej. „Biały Kafka” był moim debiutem. Opisałem w nim moje uzależnienie od alkoholu, z którym zmagałem się szmat czasu. Po siedmiu latach napisałem „Drogę do Tarvisio” i wtedy zdałem sobie sprawę, że to jest dalszy ciąg „Kafki”. Bohater „Białego Kafki” pije alkohol, a Grzegorz K. z „Drogi” już nie. Wykorzystałem tam różne rekwizyty codzienności, opisałem sytuacje, podróże, do miast, o których piszę.

Bohater „Co się zdarzyło w hotelu Gold” nazywa się Topola, a ty używałeś tego pseudonimu. Bohaterowie wszystkich tych książek mieszkają w Kielcach. Napisałeś też opowiadania o kuracjuszach sanatorium Włókniarz w Busku-Zdroju…

To był pomysł wicedyrektora uzdrowiska. Byłem na kuracji, bo miałem problemy z kręgosłupem…

Bolała Cię lewa noga? Jak w „Drodze do Tarvisio”?

Tak. Bohaterowie moich książek mają dużo ze mnie. Grzegorz K. z „Drogi” to trochę porąbany i przerysowany facet, ale jest do mnie podobny, nie tylko charakterologicznie. Też jeżdżę peugeotem, używam tych samych perfum, co on. Jest takie znane powiedzenie Hłaski: „Pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka”.  Autor próbuje się chować za kimś, jednak nie zawsze się to udaje. Trzeba przyznać, że jest w moim pisarstwie pewien ekshibicjonizm. Ale to prawda, te powieści są dosyć osobiste i napisałem je „z głowy”, nie musiałem szperać, niczego się doszukiwać. Przy tym wszystkim trzeba jednak pamiętać, że każdy bohater powieści, choćby nazywał się tak jak autor i miał wiele jego cech, pozostaje tylko postacią literacką, poruszającą się w świecie fikcji.

A jak piszesz książki? Joanna Bator do konstrukcji fabuły używa „zahaczek”, drobiazgów, które spinają ją w całość.

Aby zacząć pisać, muszę mieć początek i koniec opowieści. Tę metodę wziąłem od Borgesa.

 

Czyli od początku wiesz, jak się książka skończy?

Zwykle mam dwie opcje, dwa możliwe zakończenia. W miarę, jak mi się książka rozwija, decyduję, które z nich wybiorę. Te zahaczki, o których mówi Bator, zdarzają się, lecz nie ułatwiają mi konstrukcji. Są o tyle cenne, że będąc w jedynym momencie książki, mam już pomysł na inny fragment. Staram się pisać w miarę chronologicznie, ale nie jest to regułą. Na przykład w „Nocy w Berlinie” epilog miałem gotowy już w połowie książki.

Jak oceniasz recenzje swoich książek? Mówiłeś w którymś z wywiadów, że wolisz te z sieci niż te od znajomych, bo przynajmniej wiesz, że są szczere, a nie kurtuazyjne.

Unikam publicznego oceniania recenzji. Odbieram je z pewnym dystansem, zastanawiając się, czy – jeśli są pozytywne – nie wynikają z tego, że ktoś np. za darmo dostał od wydawnictwa moją książkę. Wiem, że niektórzy tworzą także swój medialny wizerunek „dobrego recenzenta”, osoby wrażliwej, zachwycającej się książką. Szczególnie widać to na Instagramie. Te fotograficzne kompozycje z książką w towarzystwie kwiatów, kamieni czy okularów, a obok krótka recenzja. Do niedawna nie miałem pojęcia, że taki jest trend, a te fotorecenzje otrzymują niekiedy kilka tysięcy polubień.

Boisz się, że książka zostanie skrytykowana?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że jest  mi to obojętne. Chyba nikt nie tworzy po to, by spotkać się z niechęcią. Oczywiście nie chodzi o zagłaskiwanie. Te ochy i achy nie zawsze są szczere. Liczę się z krytyką i to wcale nie ułatwia. Chyba się już trochę na to uodporniłem. Gorzej było jakieś 10-20 lat temu, gdy byłem dziennikarzem i bardziej poetą niż prozaikiem. Teraz skóra mi już zgrubiała. Zastanawiam się nad odbiorem książki dopiero, gdy pojawi się na rynku. Wcześniej po prostu piszę. Samo przyjęcie do druku jest już pierwszą oceną. Przecież wydawnictwo może odrzucić moją pracę.

W Internecie znalazłam opinie, że piszesz dla mężczyzn, nie dla kobiet. Ja tak nie uważam, choć trochę szkoda, że te wszystkie wymyślone przez ciebie związki damsko-męskie najczęściej nie kończą się dobrze.

Nie czuję się na siłach, by pisać słodkie powieści o miłości. Nie chcę być pisarzem romansowym, bronię się przed tym. Na razie, choć, kto wie, może kiedyś spróbuję… Boję się wpaść w banał. Myślę, że wpływ na opinię, że piszę dla mężczyzn, ma także mój oszczędny styl. Konstruuję proste, krótkie zdania, nie wszystkim się to podoba. A tak między nami, więcej kobiet niż mężczyzn chwali moje książki, pewnie dlatego, że panie więcej czytają od panów.

Czy doświadczenie dziennikarskie pomaga Ci w pisaniu książek?

I tak, i nie. Pomaga, bo uczy dyscypliny, pisania w różnych miejscach, o różnych porach dnia i nocy. Z drugiej strony trochę mnie to tłamsi. Dziennikarz musi pisać konkretnie, treściwie, bez ozdobników. A to się w powieści nie zawsze sprawdza. Niekiedy czuję się, jakbym pisał w gorsecie, ogranicza mnie to.

Co czujesz, który dostajesz do ręki pierwszy egzemplarz swojej książki?

Przyznam się, że moich książek nie czytam po raz drugi. Dla mnie historia jest zamknięta. Obawiam się, że poniewczasie chciałbym coś zmienić, poprawić. Ale wiesz, gdy po roku skończyłem pisać „Noc w Berlinie”, poczułem pustkę i miałem wrażenie, jakbym się z kimś pożegnał. Gdy wchodzisz w świat, który sam wymyślasz, to nawet gdy robisz zakupy czy sprzątasz, to cały czas o nim myślisz. Zastanawiasz się, co twój bohater zrobi, co powie, co go spotka, jak się zachowa. Gdy kończysz pisać, pojawia się smutek.

Na ile popularność współczesnej polskiej literatury zależy od działań marketingowych?

Talent, umiejętność pisania i opowiadania historii są bardzo ważne. Ale we współczesnym świecie bez promocji jest ciężko. Są pozycje, które można znaleźć wszędzie, widać je na wystawach, w reklamach, zapadają w pamięć i dzięki temu łatwiej docierają do czytelników.

To może pora na wykreowanie siebie? W końcu byłeś marketingowcem, wiesz, jak to robić. Może dzięki temu Twoje książki byłyby bardziej rozpoznawane?

Najtrudniej jest wypromować samego siebie. Z natury jestem trochę jak ten mój bohater Antoni Topola, wolę siedzieć w cieniu. Nie potrafiłbym być swoim menadżerem, zabiegać o spotkania autorskie, jeździć w trasy promocyjne, bo, wbrew pozorom, mogą one podreperować budżet. Ja chyba jestem domatorem i nie podobałoby mi się takie życie. Wolę pozostać w domu ze swoją Magdą i zwierzętami i tylko od czasu do czasu wybrać się do Pragi, Wiednia albo Włoch.

Czyli pisanie to trochę hobby?

O nie. Zbieranie znaczków czy wędkowanie, z całym szacunkiem, to jest hobby. A pisarstwo to dużo więcej niż hobby. Nie mówię, że to wielka misja, ale każdą książką staram się ludziom coś istotnego przekazać. Zawsze chciałem pisać. Właściwie odkąd zacząłem czytać, a mniej więcej w III klasie podstawówki czytanie zaczęło mi sprawiać przyjemność, myślałem o tym, by pisaniem opowiadać ludziom historie mniej lub bardziej ciekawe. Zdaję sobie sprawę, że moje pozycje dotrą tylko do paru procent czytelników z tych 38 proc., które w ogóle sięga w Polsce po książki. Piszę więc dla tych, którzy jeszcze czytają. Nie można mówić o masach, ale w stacjonarnych, a zwłaszcza w internetowych księgarniach moje książki można znaleźć. Pisząc, nie myślę o nagrodach ani honorarium. Ważne, by książka się spodobała, zainteresowała czytelników. To się liczy.

Czy masz już pomysł na następną historię?

Będzie się toczyć w 1945 lub 46 roku w Polsce, ba, nawet na Ziemi Świętokrzyskiej. To ma być… western, oczywiście dostosowany do polskich realiów. Na razie mam tę historię w tyle głowy. Przypominam sobie notatki, obraz Polski powojennej. Już byłem przygotowany, ale musiałem odłożyć start z powodu różnych życiowych spraw. Na razie mogę zdradzić, że pojawi się motyw zemsty.  Myślę, że praca nad tą historią zajmie mi około roku.

Czy książka będzie tak przygnębiająca jak niemal wszystkie dotychczasowe? Dlaczego jesteś takim fatalistą?

Mam teraz dobry okres w życiu prywatnym. Boję się użyć słowa „szczęście”, żeby nie zapeszyć. Jeśli więc piszę depresyjnie o tym, że nic nie jest pewne, to może dlatego, żeby oswoić i „zapeszyć pecha”, by go przegonić. Albo dla równowagi. Jestem zdecydowanie szczęśliwszy niż bohaterowie moich książek. Dlatego mogę tak pisać, inaczej raczej bym tego nie robił.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Grzegorz Kozera, ur. 1963, mieszka w Kielcach. Przez 19 lat był dziennikarzem „Słowa Ludu”, publikował też w ogólnopolskiej prasie. Wydał sześć powieści: „Biały Kafka” (2004, wyd. II – 2014), „Droga do Tarvisio” (2012), „Berlin, późne lato” (2013), „Co się zdarzyło w hotelu Gold” (2014), „Króliki Pana Boga” (2015) i „Noc w Berlinie” (2018). Jest też autorem zbioru opowiadań „Kuracja” (2008) oraz sześciu tomików poetyckich, w tym „Sierżant Garcia nie żyje” (1998) i „Data” (2011).

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close