Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


 

 

Z Karolem „Kolą” Bieleckim spotykam się w czytelni Instytutu Dizajnu, wybierając przestrzeń, gdzie będziemy mogli swobodnie i bez przeszkód porozmawiać. Osobiście uważam, że to człowiek o żelaznym charakterze i stalowej sile woli, absolutna czołówka polskich sportowców wszech czasów i – mówiąc nieco górnolotnie – wzór do naśladowania. Wicemistrz świata z 2007 roku, brązowy medalista Mistrzostw Świata 2009, brązowy medalista z Mistrzostw Świata 2015 w Katarze, król strzelców Igrzysk Olimpijskich 2016…

Wiem już, że nie lubi być pytany o ostatnią porażkę czy sukces, cieszy się, że sesja zdjęciowa nie będzie pozowana z piłką na hali i jest absolutnie zakochany w swojej córeczce Hani. Ale nie wiem, jaki tak naprawdę jest ten Kola i jak przebiegnie nasza rozmowa…

Pozwól, że zacznę od nietypowego pytania: kim jest Karol Bielecki?

Hmm… Ciężko odpowiedzieć, wiesz…? (śmiech). Trudne pytanie… naprawdę! Na pewno jest sportowcem. Jest też ojcem, mężem…

W pierwszej chwili definiujesz jednak siebie jako sportowca. To właśnie Ty?

Tak, chyba tak – to mnie wychowało, stworzyło mój charakter. Jasne, że poświęcam dużo czasu żonie i córce, sporo sił wkładam w budowanie naszego domu – to jest dziś dla mnie równie ważne, to mój cel. A w dalszej kolejności… No kurczę, to naprawdę trudne pytanie (śmiech). Nie jest łatwo mówić o sobie.

To ja Ci podpowiem. Funkcjonuje wiele określeń: żywa legenda, bohater, etos, duma narodowa, cud sportowy… To nie Ty? Nie czujesz się tak?

Żywa legenda… (śmiech). No nie do końca. Wiem, że jestem osobą publiczną, jest mnie sporo w mediach, w Internecie, mówi się o mnie. Wciąż wracają rzeczy, które przeżyłem i które się ze mną kojarzą. Ale generalnie – jestem wolnym człowiekiem, który żyje tak, jak chce. Wybrałem sport, poprzez sport się realizuję i dzięki niemu mogę spać spokojnie. Moim celem było tak poukładać sobie życie, żebym to ja miał kontrolę nad nim, a nie odwrotnie. I to jest absolutny numer jeden. Mogę żyć tak, jak chcę, na odpowiadającym mi poziomie, mogę podróżować, mam dużo czasu dla córki…

O, to zaskoczenie! Sportowiec mówiący, że ma dużo czasu dla rodziny… Zazwyczaj słyszymy przeciwne opinie.

To prawda, bo zazwyczaj dużo wyjeżdżamy i w zeszłym roku na przykład sporo mnie nie było… Teraz jest już inaczej, mam tego czasu więcej. I jak już jestem na miejscu, tym bardziej to doceniam.

Da się lubić Karola Bieleckiego? Chciałbyś mieć takiego kolegę?

(Śmiech) To dobre pytanie… Myślę, że jestem osobą, która ma dużo pomysłów. Szukam możliwości, które pozwolą mi realizować się nie tylko jako sportowiec, ale też robić różne rzeczy dla rodziny i innych. Chętnie organizuję spotkania z młodzieżą. Potrafię zmotywować człowieka, by mu się chciało w życiu, by stale wnosił do niego coś nowego. Zwracam uwagę na szczegóły, na to, że mogłoby być lepiej, ale nie zawsze nam się chce zadbać o te cztery kąty, o swoją przestrzeń.

Mówisz o lokalnych sprawach?

Tak… o lokalnych też.

Da się więc lubić Karola Bieleckiego?

Myślę, że tak… Mam też swoje wady… Potrafię być wkurzający (śmiech). Jak to facet, czasem się na coś uprę, ale tak mnie ukształtował sport. Ponad 20 lat grania w piłkę ręczną odcisnęło swoje piętno. Jeżeli już się za coś biorę, to staram się od początku do końca robić to dobrze.

Wiesz to, że się – jak to mówisz – na coś zacinasz, to w kontekście czerwca 2010 roku jest zaletą. Nie znam wielu ludzi, którzy by się w takiej sytuacji uparli, że – wbrew wszystkiemu – dadzą radę.

To typowe dla mnie podejście do sprawy. Mogłem iść tylko w dwie strony: nadal grać lub zakończyć karierę. Chciałem sprawdzić czy dam radę, czy mi się uda. Gdybym nie spróbował, to bym żałował. I żyłbym z przekonaniem „co by było, gdyby…”, a to na pewno byłoby nie do zniesienia. Spróbowałem więc na przekór tym wszystkim głosom: „już po karierze”, „bez oka nie masz szans grać”. Mnóstwo osób mówiło, że to już koniec! A ja sobie postanowiłem, że tak naprawdę nic się w moim życiu nie zmieni, że nic takiego się nie stało, życie trwa. To było ważne dla mojej psychiki. I uratowałem swoją karierę jeszcze na dobrych kilka lat.

Czytałam gdzieś w Twoim kontekście takie określenie: „podnieść się po porażce” i bardzo mnie to zirytowało, bo uważam, że to nie było Twoją porażką. To był wypadek.

Tak, to był wypadek, zdarzenie… I udało mi się po nim podnieść. Czasem tak już w życiu bywa, że coś się dzieje, a my nie mamy na to wpływu. Po prostu stało się i trzeba w tym momencie poskładać te wszystkie klocki i sprawdzić, czy czegoś nie da się z nich ułożyć. Mnie się udało.

Pamiętasz ten moment, kiedy pomyślałeś: „Tak! Dam radę!”. Bo słyszałam też Twoje wypowiedzi o niebieskiej sali do ćwiczeń, na której przeżywałeś chwile zwątpienia, że uczyłeś się od nowa chodzić, że nie masz głębi postrzegania, nie widzisz perspektywy…

Myślę, że po pierwszym meczu, który zagrałem w lidze. Dotarło do mnie, że jednak to jest możliwe. Chociaż pierwsze 2-3 miesiące były takimi na krawędzi: „może się uda, może nie”. Wiedziałem, że przede mną długa droga, rehabilitacja… Co innego iść ulicą, a co innego grać. Ciągle miałem uczucie, że czegoś mi brakuje… A potem, jak minął rok, dwa zdałem sobie sprawę, że brak oka nie ma już na to, co robię większego wpływu.

Słyszałam też taką Twoją wypowiedź, że przeciwnicy grają na twarz, na okulary, że chcą Cię w jakiś sposób zdekoncentrować. To prawda?

Najbardziej dało się to odczuć na początku, zwłaszcza w Bundeslidze. Ale może to ja byłem na to bardziej wyczulony…? Na początku tej swojej nowej kariery, tego „nowego Karola”, po wypadku, byłem silniejszy, ale równocześnie przeczulony na punkcie kontaktu na twarz…

Dalej obserwujesz, że tak jest?

Nie, teraz jest tego zdecydowanie mniej.

A myślisz, że to było takie sprawdzenie Ciebie?

Na pewno… Bo jak ubrudzą ci okulary klejem, to musisz zejść, przetrzeć je, wybijasz się z rytmu. Zawsze tak jest, że jak uda ci się zdenerwować przeciwnika, to potem już nie jest tak, jak wcześniej.

Ale Ciebie chyba nie jest tak łatwo zdenerwować…

Tu może żona by się wypowiedziała… (śmiech). Staram się być osobą opanowaną, wiem, że te emocje różnie mogą oddziaływać zarówno w życiu, jak i na boisku. Staram się więc nad tym panować.

Jesteś jedynym sportowcem bez oka, który zdobywa takie tytuły, strzela tyle goli.

Jestem w takim zespole, a nie innym…

Tak, zespół… Karol, ale to jesteś Ty! Mówisz o tym, jakby nic się nie stało, albo „stało się, ale dobra, idę dalej!”. Twoje wywiady czyta się jak wykłady motywacyjne!

Bo wszystko to kwestia podejścia…

Przecież kosztowało Cię to ogrom pracy! Wysiłku, uporu, hartu ducha…

No tak, ale ogrom pracy i wysiłku kosztuje też postawienie muru i dla faceta, który to robi, jest to coś pięknego. Dokonanie tego wszystkiego to jak wygranie własnego życia. Miałem do wyboru: albo będę się użalał i przegram ileś lat swojej kariery, albo mi się uda! Dla mnie najważniejsze jest to, że uratowałem siebie, kontrakt, o parę lat przedłużyłem karierę. Wciąż jestem sportowcem i robię to, co lubię, co jest moją pasją. Nie zostałem zmuszony do szukania innej pracy.

Czyli nie upór, a chyba bardziej konsekwencja?

Konsekwencja tak, ale też podejście. Gdy sam sobie stworzysz barierę, że coś jest niemożliwe, to nawet z domu nie wyjdziesz, bo cię zje strach. Wszystko jest kwestią podejścia. Nie ma sensu wyolbrzymiać tego, co się stało.

Nie każdy by tak potrafił. Masz czasami dość? Myślisz, że już wystarczy? Pograłem, pokazałem, dałem radę…

Tak, czasem tak… Na początku kariery wszystko szło, jak z górki… A potem im dalej po 30-stce, tym gorzej, ciężej. Pojawia się większe obciążenie, ciało się inaczej regeneruje, są bóle, z którymi trzeba walczyć. A mam dopiero 35 lat… Dla sportowca to sporo. Wstajesz rano i boli cię w kilku miejscach, nie możesz się wyprostować.

A Ty wstajesz i idziesz grać!

(Śmiech) Tak… Wstajesz, przychodzi popołudnie i idziesz na trening. Taka praca. Nie możesz powiedzieć: „dzisiaj mi się nie chce, nie idę”. To jest też w pewnym sensie ćwiczenie charakterów, bo chcę czy nie, muszę to zrobić. To kształtuje konsekwencję w działaniu.

Mówisz, że nie wyobrażasz sobie robienia czegoś innego, ale kiedyś ten moment na pewno nadejdzie. Otworzyłeś swoją restaurację, a to raczej nie kojarzy się ze sportem. Gotujesz?

Trochę tak, może nie w restauracji, ale w domu. Restauracja była moim marzeniem i w pewnym momencie pojawiła się możliwość jej otwarcia. Mam świadomość, że kielecki rynek nie jest łatwy, ale na szczęście dajemy radę. Działamy już 2,5 roku i cieszymy się uznaniem naszych gości. Postawiliśmy na dobrą kuchnię, ciekawy wystrój lokalu. To, że ludzie mnie znają, też jest dużym plusem. Wszystko razem współgra. Do tego dochodzą moje doświadczenia z podróży, ze świata.

No właśnie, chciałam wrócić do tych podróży… Trochę świata już widziałeś.

Tak. Hale i autostrady (śmiech).

No na pewno nie tylko… Mieszkasz w Kielcach, choć mógłbyś żyć właściwie wszędzie.

Mam duży sentyment do Kielc, ale często wracam też do Sandomierza, bo tam są rodzice. Tutaj mam mnóstwo przyjaciół, żona stąd pochodzi i w zasadzie, jak byłem w Niemczech, myślałem o tym, żeby wrócić właśnie tutaj. Są na pewno miejsca lepsze i gorsze, w Kielcach też jest wiele do poprawy, ale są rzeczy, o które powinniśmy dbać i się z nich cieszyć. To miasto ma potencjał, by żyło się w nim wygodnie i miło. Potrzeba jednak rodzinnej wspólnoty mieszkańców, większej integracji.

Co masz na myśli? Jest przecież sporo inicjatyw, organizacji, miejsc, gdzie można wyjść.

Tak, są parki, gdzie możemy spędzić czas, jest centrum miasta. Dzieje się w zasadzie dużo. Jest jednak jeszcze wiele rzeczy, które można zrobić lepiej. Na przykład stworzyć więcej parków, mamy mnóstwo zieleni dookoła. Jest Stadion, który można ożywić, wytyczyć alejki, oświetlić je. Czegoś tu brakuje. Są miasta, gdzie ta przestrzeń w parkach jest ładnie zaadaptowana, gdzie inwestuje się w te miejsca, by były atrakcyjniejsze. U nas jest to pomijane.

Na początku była piłka nożna, potem ręczna. Nie będę pytać dlaczego, bo jak ktoś chce poszukać takich odpowiedzi, to na pewno je znajdzie. Ale czy pamiętasz ten moment, gdy przeszedłeś z jednej dyscypliny do drugiej? Bo przecież ręczna nie jest tak popularna jak nożna.

Miałem w szkole nauczyciela, który był trenerem i ogromnym fanem piłki ręcznej. To on zobaczył we mnie potencjał. Stworzył klasę w moim roczniku. Początkowo mnie to nie interesowało, chciałem grać w piłkę nożną, chociaż wiedziałem, że w ręcznej wszystko przychodzi mi dużo łatwiej. Dopiero po jakimś czasie pojawiła się prawdziwa radość grania.

Razem ze Sławkiem Szmalem uczestniczysz w projekcie Kuźnia Charakterów i charytatywnie weźmiesz udział w obozie sportowym dla dzieci. Po co to robicie?

Chcemy spotkać się z tymi dziećmi, porozmawiać o podejściu do życia, do problemów, które wcale nie są tak wielkie, jak im się może wydawać. Chcemy pokazać, że mają potencjał, że jeżeli już na coś się zdecydują i będą w tym konsekwentni, to mogą dużo osiągnąć. To tylko kwestia podejścia. Jak już złapią bakcyla, to tę pasję mogą przekuć w sposób na życie. Myślę, że zaszczepienie w tych 40 dzieciakach takich rzeczy przyniesie efekty. A jeśli połączyć to z aktywnością fizyczną, to przepis na sukces gotowy. Mamy sponsora, możliwości, poświęcamy tylko swój czas. Myślę, że w pewnym sensie chcemy oddać to, co sami dostaliśmy od życia.

Jak widzisz polską piłkę ręczną za dziesięć lat? Jest potencjał?

Mamy przede wszystkim ogromne zaplecze hal i możliwości rozwoju tej dyscypliny. Powstają nowe miejsca, które szkolą i odkrywają prawdziwe talenty.

Kuźnia Charakterów może być jednym z takich miejsc?

Tak, chodzi o to, żeby Ci młodzi ludzie zdali sobie sprawę ze swojego potencjału.

To jednorazowe działanie?

Może będziemy powtarzać coś takiego co roku, powielać spotkania i spędzać z tymi dzieciakami czas. Może uda się zrobić z tego działanie na lata. Zobaczymy…

Uważasz, że piłka ręczna będzie się miała dobrze. Wiadomo, nie będzie Szmala, Bieleckiego… ale będą inni! A gdzie będzie wtedy Karol Bielecki, co będziesz robił?

Wiadomo, życie pokaże… Zakładam różne scenariusze. Przede wszystkim jednak chciałbym trochę zwolnić, poświęcić się rodzinie.

Przecież nie będziesz siedział i patrzył w niebo… Nie widzę Cię w takiej roli!

(Śmiech) No raczej nie. Mam nadzieję stworzyć własną firmę, taką która nie będzie działać tylko na rynku kieleckim, ale w całej Polsce. Zobaczymy, życie pokaże, czy to się uda.

Wróćmy jeszcze na chwilę do sportu. Czy jest dyscyplina, którą szczególnie lubisz oglądać i sportowiec, któremu kibicujesz?

Kibicuję wszystkim polskim sportowcom. Mocno w nich wierzę i cieszę się ich sukcesami. Bardzo lubię piłkę nożną – pozostał mi sentyment z młodości, i teraz, jeśli tylko córeczka na to pozwala, staram się oglądać mecze. Zawodnikiem numer jeden jest dla mnie Robert Lewandowski. To wspaniały sportowiec.

Może moglibyście się wymienić koszulkami? Ciekawe, kto byłby bardziej zaszczycony…

(Śmiech) Myślę, że jednak ja…

Bardzo dziękuję za rozmowę. I nawiązując do jednego z pytań – sądzę, że Karola Bieleckiego da się lubić!

Rozmawiała: Daria Malicka, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close