Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


O bocianach, które niefrasobliwie uwiły gniazdo na kominie, podglądaniu życia i tworzeniu historii, synu, który dostarcza tematów do kolejnych scenariuszy i autostopie, którym zawsze dojedzie do celu, rozmawiamy z Agnieszką Krakowiak-Kondracką*.

Wyglądasz na dosyć zabieganą. Nadmiar obowiązków czy warszawski, szybki styl życia?

Rzeczywiście dopiero co weszłam do domu, muszę jeszcze zrobić klopsy, potem odebrać dziecko ze szkoły, a na dodatek mam awarię instalacji wodociągowej – pękła rura i trzeba powstrzymać potop. Ale spokojnie – jestem przyzwyczajona do wyzwań.

O tym akurat wiem, bo zawsze byłaś przebojową dziewczyną, dla której nie było rzeczy niemożliwych. Ale żeby robić klopsy… Od tej strony cię nie znałam…

O ile kiedyś myślałam, że całe moje życie powinno upływać na podróżach, to teraz ogromną radość sprawia mi siedzenie w domu, uprawianie ogródka, robienie dżemów i sadzenie pomidorów. Wiodę życie typowej matki i żony – prowadzę dziecko do szkoły i na różne zajęcia, a biorąc pod uwagę to, że mam wolny zawód, to przy okazji nastawię pranie, ugotuję obiad.

Może dlatego Twoje książki i scenariusze nie są oderwanymi od rzeczywistości opowieściami o pięknych i bogatych. Tworzysz bohaterów, w których można uwierzyć, że mogą żyć gdzieś obok nas. Nadstawiasz ucha i podsłuchujesz, jak tętni życie zwykłych ludzi?

Oj tak! Mój mąż, który również jest scenarzystą, opowiadał, że był na przyjęciu, gdzie była cała grupa scenarzystów. I ktoś rzucił fajną anegdotkę. Wszystkie uszy natychmiast nastawiły się w jego stronę i towarzystwo omal nie pokłóciło się o to, kto weźmie tę historię. Spotkałam ostatnio pewną znajomą, która była kłębkiem nerwów. Otóż okazało się, że zmieniła mieszkanie. Zabrała do niego stary ludwikowski komplet mebli. Wydała na niego sporo pieniędzy, ale on zupełnie nie pasuje do jej nowego, nowoczesnego wnętrza. I ten komplet stoi już od roku na środku tego pięknego mieszkania, przykryty jakimś prześcieradłem, ponieważ ona nie może się z nim rozstać za pół darmo. Pomyślałam, że wokół tego kompletu można zbudować ciekawą historię, próbowałam sobie odpowiedzieć na pytania – jaka jest przyczyna tego, że taka drobnostka paraliżuje życie tej kobiety, jak to się układa z innymi wydarzeniami i ludźmi i do czego to wszystko zmierza? Fantastycznie jest wchodzić w czyjąś głowę.

Czy od takiego szczegółu zrodziła się postać Dany – bohaterki „Niani w wielkim mieście”?

Po latach pracy w „Na dobre i na złe”, w pewnym momencie poczułam zmęczenie bohaterami i materią. Chciałam czegoś nowego i tak wyrwałam się na wolność, nie wiedząc, czy w moim wieku da się jeszcze zacząć robić coś nowego. I okazało się, że się da, że w stacjach telewizyjnych jest głód nowych rzeczy, choć – z drugiej strony – trudno przebić się z kolejnym serialem. Producent Michał Kwieciński spytał mnie, czy mam jakiś fajny pomysł, bo szukają w Polsacie czego obyczajowego, a że ja – z racji wieku mojego syna – byłam w klimacie niań, to wokół tego zbudowałam serial.

I znowu życie, a na dodatek Dana pochodzi z Nowej Słupi.

Polsat chciał, aby to był ktoś spoza Warszawy, pomyślałam więc – dlaczego nie wziąć bohaterki z mojego rodzinnego Świętokrzyskiego? Miałam taką cudowną ciocię, która miała na imię Danuta, więc pomyślałam, że przydałaby mi się w serialu kobieta z taką energią. I bohaterce dałam imię cioci, ale jednocześnie wieloma jej cechami obdarzyłam matkę Dany. I tak od mojej cioci Danuty zaczęła się ta opowieść.

kadr z serialu „Niania w wielkim mieście”

Czy bohaterowie i fabuła to Twoje dzieło do początku do końca?

To zależy od stacji – w telewizji publicznej mieliśmy zespół, ja czuwałam nad całością serialu „Na dobre i na złe”. Natomiast przy „Niani” mam absolutną wolność dotyczącą postaci, tematu, liczby zapętleń w ramach odcinka. I to jest cudowne, choć w przypadku pracy indywidualnej trudniej wykrzesać z siebie pewien rygor. Niestety jestem trochę chaotyczna, za mało pracuję nad dyscypliną w ramach opowieści. Wiem od czego ta historia się zaczyna, do czego dąży i co jest po środku i jak to zapętlam. Na szczęście producent, z którym pracuję przy „Niani” akceptuje mój sposób pracy i nie ma mowy o wielogodzinnych „biciopianowych” nasiadówkach. „Niania” to obyczajowa, łagodnie tocząca się opowieść, więc dyscyplina, dotycząca dramaturgii, nie musi być aż tak duża.

Użyłaś słowa – łagodność. Ono chyba dobrze charakteryzuje Twoją twórczość. A przy tym Twoje opowieści są tak krzepiące, pokazują, że zawsze można się podnieść, że zawsze znajdzie się ktoś, kto wyciągnie rękę. Czy takie nastawienie wynika z Twojego optymizmu, życiowych doświadczeń?

Moje doświadczenia życiowe były rozmaite, często bardzo trudne, ale jestem osobą, która wierzy, że wszystko może się szczęśliwie skończyć i że zawsze można się podźwignąć. Oczywiście nie wierzę w łatwe recepty, infantylny hurraoptymizm, ale gdy raz jesteśmy na wozie, a raz pod wozem, to trzeba pogodzić się z tym, że ten wóz musi się nad nami przetoczyć. Chwilę trzeba wytrzymać, zanim stanie się na nogi i dostrzeże jakieś otwarte drzwi.

To ostatnie zdanie wytłuścimy w „Made in Świętokrzyskie”. Zawsze szłaś przez życie jak burza.

Nie wyobrażam sobie, że są jakieś ograniczenia, do tej pory jestem w stanie zatrzymać autostop, żeby gdzieś dojechać, nie przejmuję się tym, czy coś wypada lub nie. Pewnie popełniam w życiu mnóstwo różnych gaf, czasami powiem o jedno słowo za dużo. Jak na coś się uprę, to nie przyjmuję do wiadomości, że może być inaczej. Jeśli bardzo czegoś chcę, to będę przeć do tego wszelkimi możliwymi sposobami na zasadzie – zamkną drzwi, to przekopiemy korytarz. Mój mąż czasami jest tym zmęczony, pyta tylko niekiedy – no dobra, ale jak ty to zrobisz? Oczywiście nigdy nie dążę do celu po trupach, bo staram się całe życie postępować tak, by nikogo nie krzywdzić.

Wszystko się zgadza. W pamięci utkwiła mi taka scena – pokój w redakcji „Gazety Kieleckiej” przy ul. Złotej w Kielcach. Siedzimy w skupieniu, pochyleni nad kartkami papieru, piszemy, kreślimy, a Agnieszka Krakowiak wpada do redakcji, wkręca kartkę w maszynę do pisania i z marszu zabiera się do roboty. Bez pisania na brudno.

Pracowałyśmy w jednej gazecie i niejedno biurko dzieliłyśmy wspólnie. Ty pisałaś inaczej, bo byłaś porządną, poukładaną dziennikarką, a ja musiałam walczyć, żeby nadrobić braki konsekwencji i dyscypliny.

Oj, chyba to nie tak. W „Gazecie Kieleckiej” był znakomity zespół, ale wszyscy wiedzieli, że Agnieszka ma tę iskrę Bożą. Co dało Ci doświadczenie dziennikarskie?

Wszystko. Mój mąż śmieje się, że ja przez dziennikarstwo piszę niezwykle szybko, jestem zwierzęciem piszącym – siadam i to robię, nawet się nie zastanawiam. W gazecie trzeba było szukać tematów i to była najlepsza szkoła – nie boisz się rozmawiać z ludźmi, słuchasz ich, nie zamykasz się w swoim świecie, jedziesz do jakiegoś miejsca i wciąż szukasz czegoś w czymś. Pisanie scenariuszy to pisanie na termin. Kolejny odcinek musi iść do produkcji, ludzie nie mogą czekać. To są realia, które maja wiele wspólnego z dziennikarstwem.

Ale rzuciłaś dziennikarstwo na rzecz tworzenia własnych historii.

W pewnym momencie zaczęło mi brakować poruszania się w bardziej wyobrażeniowych klimatach. Odkryłam, że czasami lepiej jest sobie wymyślić pewne historie. Wydaje mi się, że to jest ideał mojego życia – pracuję wtedy, kiedy chcę, spotykam się wtedy, kiedy muszę, a pisanie jest w międzyczasie całego mojego życia, które się toczy. Ale dobrze się składa, że trochę z prawdziwego życia można wziąć do książki czy scenariusza.

Wróćmy do twoich bohaterek. Czy dajesz im trochę swojej siły?

Pewnie tak. Byłam jedynaczką, córką swego ojca, mieliśmy w domu pełno zwierząt i różnych obowiązków, z którymi trzeba było sobie poradzić. Musiałam na przykład przywozić zwierzętom ze szkoły resztki ze stołówki. Byłam przyzwyczajona do tego, że trzeba sobie poradzić z różnymi wyzwaniami. A moje bohaterki są takie, jak większość kobiet – mamy romantyczne nastawienie do życia, ale to w nas jest siła, to dzięki nam funkcjonują nasze domy i rodziny. Wiemy, że jak nie chwycimy wszystkiego, to nam się to będzie rozłazić.

Akcja „Niani w wielkim mieście” toczy się w Warszawie. Czy stolica już pochłonęła Cię bez reszty?

W ogóle nie czuję się warszawianką, choć mam tu wspaniałych przyjaciół, na których mogę liczyć, więc pewnie w jakimś sensie przynależę już do tego świata. Jakiś czas temu wyprowadziłam się z Warszawy, ale korki tak mi dały w kość, że sprowadziłam się tu z powrotem. I dziś żyję trochę na wsi, trochę w stolicy, gdzie wszystko toczy się w szaleńczym tempie.

I jak pojedziesz na wieś, to sadzisz pomidory…

Wczoraj bocian zaczął budować gniazdo na kominie naszego domu i mamy problem, bo nie wiadomo co z tym zrobić. Trzeba będzie chyba zbudować jakąś platformę, żeby przenieść to gniazdo. Oby tylko bociek nie zmienił adresu, bo sąsiedzi dzwonią do mnie, gratulują, że mamy szczęśliwy dom. Tego nie można zlekceważyć.

Bywasz w Kielcach?

Niestety, prawie w ogóle, przyjeżdżam tu właściwie raz do roku we Wszystkich Świętych na groby rodziców. Wraz z ich śmiercią wiele rzeczy się pokończyło, ale niektóre przyjaźnie wciąż trwają.

Co zostało w Tobie z Kielc?

Bardzo dużo, a przede wszystkim taka najlepiej pojęta małomiasteczkowość, w której liczy się na przyjaźnie i jest pewność, że jak przyjdzie bieda, to ktoś pomoże. Kielecka jest potrzeba utrzymywania więzi, zapraszania przyjaciół, wpadania do kogoś bez wcześniejszego anonsowania się.

Jakie będą nowe bohaterki, które wyjdą spod pióra, a raczej klawiatury Twojego komputera?

Teraz najważniejsza jest „Niania”, komentarze widzów są bardzo dobre, ale pojawiły się też inne propozycje z Polsatu. Kończę książkę, właśnie oddaję ją do wydawnictwa. Nie ma jeszcze tytułu, ale jest to opowieść o kobiecie, która została zraniona przez życie i wrednego męża. Ucieka więc od tego wszystkiego i zakłada w Górach Świętokrzyskich schronisko dla zwierząt. Będzie oczywiście nowa miłość i odpowiedź na pytanie, czy bohaterka pozbiera się po tych wszystkich przejściach?

Po raz pierwszy w Twojej książce pojawią się zwierzęta.

Rzeczywiście wcześniej ich nie było, choć uwielbiam zwierzaki – mam w domu dwa koty, psa staruszka, za płotem u sąsiada są kozy i co chwilę przylatują do nas ptaki. Mój syn ostatnio przyniósł dwie kotki i wkrótce będę miała kociątka.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?

Mogę wysilać się na różne mądre odpowiedzi, ale powiem – zdrowie i rodzina. Życie tak mnie przetestowało, że zaczęłam wracać do podstaw.

W Twoich książkach i filmach występuje cała plejada dzieci. Czy któreś z nich jest odbiciem twojego syna?

Oj tak, mój 7-latek jest kopalnią wiadomości, ma swoje zdanie na każdy temat, wciąż dostarcza mi nowych pomysłów. Dużo jest go w „Cudzych jabłkach” w postaci małej bohaterki.

Na czym polega różnica w pisaniu książki i scenariusza?

W scenariuszu od razu można przejść do następnej sceny, nie trzeba wysilać się nad tworzeniem klimatu opowieści, tym, co się dzieje wokół, jak wygląda otoczenie postaci. Jak dobrze wymyślisz sobie bohatera w scenariuszu, to wokół niego wszystko się toczy, musisz pomyśleć tylko o dialogu, fajnym bon mocie. Scenopisarstwo daje większą niespodziankę, bo zastanawiasz się, jak twoje słowa zostaną zekranizowane, jaki świat zbudowałaś. Natomiast w książce musisz  budować klimat i do jego stworzenia potrzeba strasznie dużo słów. To jest zupełnie inna praca, ale miałam olbrzymią potrzebę napisania książki, chciałam się sprawdzić w czymś nowym.

Życzę Ci, aby Twoja najnowsza powieść zawładnęła sercami czytelników. Po cichu liczę na to, że w końcu dotrzesz do Kielc na spotkanie autorskie.

Bardzo bym tego chciała, bo rzeczywiście nigdy nie promowałam swojej książki w rodzinnym mieście.

I mam nadzieję, że jeśli powstanie drugi sezon „Niani”, to Dana odwiedzi rodzinną Nową Słupię.

Taki jest plan. Dostaliśmy nawet zaproszenie z Nowej Słupi. Mam już w głowie sceny, jak bohaterka wspina się na Łysicę i wszyscy widzowie podziwiają świętokrzyskie widoki.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Rozmawiała: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: A. Golec

* Agnieszka Krakowiak-Kondracka jest scenarzystką i pisarką. „Zatrudniła” w Leśnej Górze znakomitych lekarzy pisząc scenariusze kolejnych odcinków serialu „Na dobre i na złe”. Teraz w „Niani z wielkiego miasta” przestawiła się na zupełnie inną grupę zawodową. Autorka książek  „Jajko z niespodzianką” i „Cudze jabłka”, kończy kolejną powieść, której akcja toczy się w Górach Świętokrzyskich. Kielczanka. Absolwentka IV LO im. Hanki Sawickiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, przez lata pracowała w lokalnych mediach m.in. „Gazecie Kieleckiej”.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close