Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Na początek zajrzymy do komiksowego zwierzyńca. Później odwiedzimy świat Edeny, Namibię, a na koniec raz jeszcze spotkamy zwierzaki – tym razem z Puszczy Białowieskiej. Nie ominiemy półek z historią oraz polską klasyką komiksu.

„Wielki zły lis” Benjamin Renner, wyd. Kultura Gniewu

Pilnujący podwórka pies jest leniem, a wspierany przez wilka lis wysiaduje kurczaki. Prosiak uprawia rzepę, a kury zakładają… Klub Eksterminacji Lisa. W komiksie Benjamina Rennera wszystko stoi na głowie, co gwarantuje czytelnikowi znakomitą zabawę. „Wielki zły lis” trzyma poziom od pierwszej do ostatniej planszy. A jest ich blisko dwieście. Komiks ukazał się w serii Krótkie Gatki, czyli w dziecięco-młodzieżowym inprincie Kultury Gniewu. Chyba trochę niesprawiedliwie, bo ta uniwersalna opowieść będzie bawić i małych i dużych.

Benjamin Renner zilustrował odwieczne zmagania drapieżników – w tych rolach lis i wilk – którzy próbują podebrać co nieco z kurnika. Nic nie jest jednak tak, jak powinno. Kury odważnie stają oko w oko z przeciwnikami i walczą o swoje. Lis jest nieudacznikiem, więc używa podstępu i zostaje… matką trójki kurczaków, które nie chcą słyszeć, że nie są młodymi lisami… Ubaw gwarantowany. Autor wywraca też do góry nogami stereotypowe myślenie o komiksie. To wcale nie muszą być kadry, pełne szczegółów, barw, teł itd. Wystarczą narysowani bohaterowie, którzy… mają dużo do powiedzenia. Sam tytuł „Wielki zły lis” może skojarzyć się niektórym czytelnikom „Made in Świętokrzyskie”. Przed kilkoma miesiącami w Polsce prezentowano doskonały, nagrodzony Cezarem, film animowany inspirowany książką Rennera. Komiks, na bazie którego powstał, zasługuje na równie wysokie oceny.

***

„Ralph Azham: Cios za ciosem” Lewis Trondheim, wyd. Timof Comics

W świecie zwierzaków rozgrywa się także seria „Ralph Azham”. Główny bohater to… fantastyczny stwór, miks człowieka i kaczki, który pomieszkuje wśród innych ptako-, pso-, koto- i myszopodobnych. Jest wybrańcem, wyrwał się z zapadłej dziury i trafił na stanowisko naczelnika Astolii, ale nowa funkcja nie do końca mu pasuje. W albumie „Cios za ciosem” oddaje władzę, by spróbować dojść do porozumienia z niejaką Tildą Ponns.

Lewis Trondheim znany jest z niezwykłych komiksów, w których daje upust swojej wyobraźni. Nie ogranicza się, wymyśla coraz to nowszych bohaterów i coraz to dziwniejsze sytuacje, w jakich muszą się odnaleźć. Tak było w przypadku wydanych w Polsce komiksów „Lapinot i marchewki z Patagonii” czy „Mucha”. Tak też jest w serii „Ralph Asham”. „Cios za ciosem” jest już jedenastą odsłoną serii. Ostatnia ma ukazać się jesienią 2019 roku. Później trzeba mieć nadzieję, że Timof Comics wypełni lukę kolejnym cyklem Trondheima. Tego autora nigdy dość.

***

„Świat Edeny” Jean „Moebius” Giraud, wyd. Scream Comics

Nigdy zbyt wiele też pana Moebiusa, czyli Jeana Girauda. Tym razem proponujemy historię, która w sześć albumów rozrosła się z… reklamy samochodów. To już drugie, polskie wydanie „Świata Edeny”. Dobrze jednak, że się pojawiło. Album bowiem od dawna był niedostępny, a poszukiwania w obiegu antykwarycznym na niewiele się zdawały.

Z reklamą nie żartowałem. Początkowo naprawdę Moebius miał stworzyć tylko reklamę dla Citroena. To z jego powodu w pierwszej z historii bohaterowie – mechanik i pilot Stel oraz były student biologii ziemskiej Atan – po planecie zwanej przez nich „kulą bilardową” podróżują samochodem tej marki. To „kula” przyciąga do siebie istoty myślące z całej galaktyki, by później zapewnić im życie na Edenie. I właśnie ta Edena stała się pretekstem nowych opowieści Moebiusa, w których pojawia się anarchia i miłość, przemiana duchowa, wątki ekologiczne i krytyka totalnego podporządkowania technologii. Całość opowiedziana jest w znanym z innych prac Moebiusa – że przypomnę omawiany już przez nas zestaw „Ślepa cytadela/Przystanek na Faragonescji/The Long Tomorrow” – klimacie science fiction.

W stylu Moebiusa utrzymana jest też warstwa plastyczna. Już okładka zdradza co dzieje się w środku. To klasyczna ligne claire (czysta linia; specjalizował się w niej w swym „Tintinie” Herge), połączona ze zgeometryzowanymi formami i wypełniona landrynkowatymi barwami z zielenią, czerwienią, fioletami. Niezmiennie Moebiusa polecam. Choć – o czym też już pisałem – jego odjechane prace nie każdemu przypadną do gustu.

***

„Gwiezdny Zamek: Rycerze Marsa” Alex Alice, wyd. Egmont Polska

Zatytułowany „Rycerze Marsa” album jest trzecim odcinkiem serii, w której zmagają się ze sobą mocarstwa, spełniają się marzenia, a całość jest podana w atrakcyjnej formie. Seria „Gwiezdny Zamek” Alexa Alice’a nie daje się łatwo zaszufladkować.

Z jednej strony to seria dla młodzieży o marzeniach, by podbić Kosmos, polecieć na Księżyc czy Marsa. Bohaterami są dzieciaki o nieograniczonej wyobraźni. Z drugiej – opowieść osadzona w prawdziwej historii Niemiec. W pierwszym z tomów serii poznajemy przecież Ludwika II Bawarskiego, a dalej też Ottona von Bismarcka czy Elżbietę Bawarską. To, że Ludwik zwany był Szalonym nieco ułatwia sprawę połączenia tych dwóch, wydawałoby się, odległych sfer. W serii nie brakuje nawiązań do realizacji szalonego Ludwika (o jego wizjach pisaliśmy już opisując Bawarię w turystycznym cyklu „Made in Świętokrzyskie”). Zaprezentowane w komiksie projekty „Łabędziej Gwiazdy” (latającego statku umożliwiającego podróże międzygwiezdne) wykonał sam Christian Jank. Ten sam, któremu dziś Bawaria zawdzięcza jedną ze swych największych atrakcji turystycznych, zamek Neuschwanstein. Ale o tym wiedzieć będą miłośnicy historii i podróży. „Gwiezdny zamek” jest więc poniekąd rozwinięciem wizji Ludwika II Bawarskiego.

Po wymieszaniu wspomnianych wątków autorowi udało się stworzyć solidną, steampunkową opowieść, nieco w verne’owskich klimatach. Zaczyna od Bawarii, skacze też do Londynu czy Bretanii. Później zaś zabiera czytelnika w coraz dalsze zakątki Kosmosu. Każde miejsc niezmiennie w przepiękny sposób ilustruje, tworząc oryginalne akwarelki, dbając o szczegóły. I sam nie wiem, co jest większą zaletą serii. Bardzo dobra fabuła, czy może bardzo dobre grafiki?

***

„Przygody profesora Filutka” Zbigniew Lengren, wyd. Ongrys

Kolejny polski klasyk doczekał się eleganckiego wydania albumowego. Klasyk, bo czy ktoś nie zna profesora Filutka? Każdy – choć raz – musiał zetknąć się z komiksowym paskiem Zbigniewa Lengrena, drukowanym przez lata na łamach „Przekroju”.

Lengren wymyślił sobie starszego, eleganckiego pana, którego nieodłącznym (no, prawie nieodłącznym) towarzyszem stał się mały piesek. Pierwszy odcinek z przygodami Filutka ukazał się w 1948 roku. Ostatni datowany jest na rok 2003. Po drodze minęło 55 burzliwych lat. Filutek przez cały ten okres nie zmienił się. Nie zawracał sobie głowy polityką czy PRL-owskimi realiami. Wiódł spokojny żywot, w którym ważne były promienie słoneczne na twarzy czy kilka chwil spędzonych na ławce. Poszczególne paski najczęściej składały się z trzech zaledwie kadrów (ustawione były nie w poziomie, ale w pionie). Zawsze miały zabawną pointę i były elegancko narysowane. Bez szaleństwa, udziwniania. Lengrenowi wystarczało kilka kresek, by opowiedzieć anegdotę.

W zbiorku „Przygody profesora Filutka” znalazło się około 700 wybranych odcinków. Czym kierował się edytor przy selekcji? Założenie było takie, by w albumie umieścić te paski, które wcześniej wydano w „filutkowych” książeczkach. A było ich sporo – by wspomnieć tak niewyszukane tytuły, jak „Profesor Filutek”, „Profesor Filutek i jego pies” czy „Profesor Filutek i jego piesek”. Co z resztą pasków? Spokojnie. One też są dostępne. Ci, którzy wkręcą się w sentymentalną, „przekrojową” podróż z pewnością poszukają przygotowanego przez Ongrys pełnego, trzytomowego wydania „Profesora Filutka”. W nim zebrano już wszystkie (!) paski z jego przygodami.

***

„Wojny Sambre’ów: Maksym i Konstancja” Bernard Yslaire i Marc-Antoine Boidin,
wyd. Egmont Polska

To dziwna seria. Na początku dostaliśmy tom zatytułowany po prostu „Sambre”. Później zaś zaczęliśmy cofać się w czasie. „Sambre” to na pierwszy rzut oka zwykłe romansidło, dziejące się gdzieś w połowie XIX wieku, w czasie Wiosny Ludów. To na jego kartach poznaliśmy tytułową rodzinę ziemiańską Sambre’ów.

Serii nie byłoby bez Bernarda Yslaire – belgijskiego komiksiarza, znanego w Polsce też z antywojennego „Nieba nad Brukselą”. To on wymyślił sobie ród, w którym od wieków obecny był konflikt. Później zaś stwierdził, że dopisze do opowieści swoisty prequel. By pomysł zrealizować, zaprosił do współpracy rysowników Jeana Bastide oraz Marca-Antoine Boidina. Tak powstała „Wojna Sambre’ów”. I można by było uznać ten zabieg za odcinanie kuponów, gdyby nie fakt, że seria nie straciła niczego ze swej pierwotnej energii. Kolejne odcinki stały się swoistym dopełnieniem historii z komiksu, od którego wszystko się zaczęło. Tak powstały dzieje Hugona i Iris oraz Wernera i Szarlotty. To z nimi wędrowaliśmy przez burzliwe XIX i XVIII stulecie. Tam tez odkrywaliśmy kolejne tajemnice związane z intrygującymi czerwonymi oczami.

„Maksym i Konstancja” dzieje się pod koniec XVIII wieku. Fabuła jest mocno osadzona w historii Francji. Pojawiają się w nim Robespierre czy Maria Antonina. Widzimy chwile, gdy społeczeństwo Paryża dokonuje przewrotu. Na tle tym poznajemy kolejny wycinek dziejów rodu. Obserwujemy kolejne perypetie Maksyma i jego żony Luizy Małgorzaty Collée des Vignes, siostry Józefą von Dantz, a także tytułowej Konstancji Van Loo. Komiks w sam raz dla miłośników klimatów historycznych, a także dobrze napisanych opowieści pełnych intryg, romansów, zdrad oraz odrobiny mistycyzmu.

***

„Namibia” Leo, Rodolphe, Bertrand Marchal, wyd. Egmont

Prace Leo polecaliśmy już w naszym komiksowym kąciku. Okazją była premiera grubego albumu zatytułowanego „Kenia”. Teraz autor zaprasza nas w podróż do „Namibii”.

Główną bohaterką pięcioodcinkowego cyklu znów jest Cathy Austin, agentka MI6, która udaje nauczycielkę historii. Opowieść zaczyna się jak u Alfreda Hitchcocka. Trzy lata po wojnie, w roku 1948  właśnie w Namibii miał być widziany Herman Göring, który podobno 2 lata wcześniej popełnił samobójstwo. Leo zdążył przyzwyczaić czytelników do niezwykłych połączeń faktów i fikcji. W realistycznych dekoracjach i krajobrazach pojawiają się niespodziewane postacie, a także zmutowane, nieprawdopodobne zwierzęta. W „Namibii” to jednak historia jest najważniejsza, wzbogacona o religijnych fanatyków, walki agentów i wątki kryminalne.

W pracach przy „Namibii” duet Leo/Rodolphe wsparł Bertrand Marchal, wiernie odtwarzając stylistykę prac Brazylijczyka Leo. Co ważne, „Namibią” autorzy nie zamykają tematu. Przed nami jeszcze „Amazonia”. Trzytomowa historia, którą – prędzej czy później – też będzie dane nam poznać. No i pamiętajmy, że równolegle wydawany jest przecież kolejny komiks Leo „Centaurus”. Ale o nim przy innej okazji.

***

„Zew padliny” Adam Wajrak, Tomasz Samojlik, wyd. Agora

Na koniec wspólne dzieło dwóch panów z Puszczy Białowieskiej. Obaj badają ją na co dzień, znają jej zakamarki i godzinami mogą opowiadać o florze i faunie okolic Białowieży, wiele z tych historii przelewając na karty książek. Pierwszy je pisze, drugi – rysuje. Ich drogi prędzej czy później musiały się więc zejść. I zeszły. Tak powstała trylogia, pod którą podpisali się wspólnie.

Panowie wymyślili sobie Dziki Wschód, gdzie posadę szeryfa w miasteczku Umarły Las dostaje dzięcioł trójpalczasty Triko. Miasteczko ma saloon, bank, grabarza, podkopy; mieszkańców, którzy kochają się i nienawidzą, są dobrzy lub źli. W Umarłym Lesie mieszkają zwierzęta z Puszczy Białowieskiej, ale dzieje się tam sporo. Przygodówka z ostępów lasu na polsko-białoruskiej granicy ma już 3 części: „Umarły las”, „Nieumarły las”, a szczęśliwy finał czeka nas w „Zewie padliny”.

W komiksie jest wszystko, za co czytelnicy cenią niestrudzonych: obrońcę przyrody Adama Wajraka oraz kreatora puszczańskich komiksów Tomasza Samojlika. Są ciekawostki, gawędy i zdjęcia (poszczególne rozdziały samojlikowego komiksu przeplatają wajrakowe historyjki), wyraziste postacie i cudownie rysowane przez Samojlika puszczańskie plenery. Żałować można tylko, że „Zew padliny” jest ostatnią odsłoną ich wspólnego cyklu. Ale przecież żaden z nich puszczy nie opuszcza. Można więc przypuszczać, że ich drogi kiedyś jeszcze znów się zejdą. W puszczy (dobra, starczy tej puszczy).

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close