Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


No to jedziemy z tym koksem. To znaczy z ko-mi-ksem. Po raz siódmy na łamach „Made in Świętokrzyskie”. Co dziś proponujemy? Coś o alkoholikach, faszystach, rewolwerowcach, naukowcach i… milicjantach. Zapowiada się dobrze? No to zapraszam do lektury.

„Pijak” Jakob Hinrichs, wyd. Non Stop Comics

Jakob Hinrichs próbuje pokazać, co dzieje się z człowiekiem uzależnionym. Nieważne czy od alkoholu, czy narkotyków. „Pijak” jest najbardziej autobiograficzną z powieści niemieckiego literata Hansa Fallady, a ilustrujący ją komiks to mocne, brutalne studium upadku.

Hinrichs mógł po prostu skupić się na tym, by na język komiksu przełożyć powieść Fallady. Już sama historia jej bohatera – handlowca Erwina Sommera – byłaby wystarczającym materiałem. Jednak zamiast prostego przeniesienia jeden do jednego treści na kadry, Hinrichs wzbogacił go o jeszcze więcej wątków z życia Fallady. Nie byłoby bowiem pijaństwa Sommera bez pijaństwa Fallady. Książka powstała przecież w trakcie jego pobytu w więzieniu w Neustrelitz, gdzie trafił za próbę zabójstwa żony. Jest formą rozrachunku z własną chorobą. Nie dziwi więc połączenie, na jakie zdecydował się Hinrichs. Stworzył komiks szufladkowy. Opowieść o Falladzie przeplata się z losami książkowego Sommera.

Studium upadku jest komiksem świetnie zilustrowanym (wiem, że może trudno w to uwierzyć, ale ta znakomita okładka nie oddaje w pełni kunsztu graficznego autora; w środku jest o niebo ciekawiej). Hinrichs stawia na ekspresję, którą łączy z kubizmem oraz surrealizmem, doprawiając wszystko psychodelicznymi kolorami. Jak z alkoholowej wizji. Podsumowując – komiks nie tylko dla fanów komiksu.

***

„Berlin. Miasto światła” Jason Lutes, wyd. Kultura Gniewu

Zostańmy jeszcze przez chwilę w Niemczech, by przyjrzeć się zamknięciu trylogii „Berlin” Jasona Lutesa. Swą opowieść, poświęconą temu miastu i jego mieszkańcom, autor snuł blisko 20 lat. W Polsce fani tych opowieści czekali o połowę krócej, bo tylko… dekadę. Tom pierwszy – „Berlin. Miasto kamieni” – miał bowiem premierę w 2008 roku. Drugi – „Berlin. Miasto dymu” – w roku 2011. A teraz dostajemy ostatni z epizodów – „Berlin. Miasto światła”.

Całość stylizowana jest na stary zeszyt, pamiętnik z wyglądającym na płócienny grzbietem i zaokrąglonymi narożnikami. Ta stylizacyjna staranność sugeruje, że mamy do czynienia z pozycją wyjątkową. I tak jest. Trylogia dla miłośników historii XX wieku i wielbicieli niemieckiej stolicy jest lekturą bardziej niż obowiązkową. W warstwie fabularnej i rysunkowej komiks wiernie odtwarza fakty, ale i miejsca, przedmioty. Fabuła „Berlina” zaczyna się we wrześniu 1928 roku w pociągu z Kolonii. To w nim spotykamy dziennikarza Kurta Severinga i dziewczynę ze szkicownikiem – Marthę Mueller. Z nimi po Berlinie chodzimy, obserwujemy, jesteśmy świadkami wydarzeń z życia nie tylko Berlina, ale także całych Niemiec. To w stolicy tego kraju spotykają się „komuniści, socjaliści, nacjonaliści, demokraci, republikanie, kryminaliści, żebracy, złodzieje…”. Z każdą kolejną planszą swoją obecność coraz bardziej zaznaczają także naziści. Tom trzeci znów otwiera scena z pociągu, tym razem z dojeżdżającym do Berlina Hitlerem, a kończy obrazek z czasów współczesnych. A pomiędzy: fascynujący, a jednocześnie przerażający obraz wzlotów i upadków jednego z najbardziej niezwykłych miast Europy.

***

„100 Naboi#4” Brian Azzarello i Eduardo Risso, wyd. Egmont Polska

Czas na Amerykę. Kolejna pozycja z serii Vertigo, której lekturę proponujemy, to „100 Naboi” – mroczny, sensacyjny cykl, osadzony w ciemnych zakamarkach Stanów Zjednoczonych. W półświatku, spelunach i tanich hotelach. Choć dziś podsuwamy do czytania tom czwarty cyklu, to tak naprawdę powinniśmy wcześniej przeczytać poprzednie.

Zaczniemy wtedy od spotkania z agentem Gravesem, byłym szefem Minutemanów. Wyposażony w aktówkę z bronią nie do namierzenia, odwiedza postaci z marginesu i proponuje rozwiązanie swych problemów. Jednym strzałem. Później znika. Właśnie tak Brian Azarello, który napisał scenariusz serii, wprowadza w nią czytelnika. Później poznajemy coraz więcej szczegółów na temat Minutemanów, a także organizacji Trust. W tomie czwartym Azarello odkrywa kolejne karty związane z zemstą Gravesa. Znalezienie odpowiedzi na pierwotne pytanie, dlaczego daje ludziom broń, jest bardziej skomplikowane niż by się wydawało. Poszczególne nitki zaczynają się splatać, niepasujące pozornie do siebie wątki sklejać. Nad wszystkim i wszystkimi unosi się dodatkowo tajemnicze słowo „Croatoa”. Co znaczy wyjaśni się w następnym, już zapowiedzianym tomie, który zakończy mroczną serię. Fenomen „100 naboi” nie polega jednak wyłącznie na scenariuszu. Seria nie cieszyłaby się powodzeniem, gdyby nie rysunki Eduardo Risso. Dynamiczne, ekspresyjne, wychodzące poza ramy (i ramki na planszy). To jeden z tych twórców, którzy nie tylko wyznaczyli nowe trendy w komiksie amerykańskim, ale też szerzej, w komiksie światowym. Jeden z najlepszych komiksowych kryminałów. Nie tylko zdaniem krytyków, ale i czytelników.

***

„Royal City: Krewni” Jeff Lemire, wyd, Non Stop Comics

„Łasuch#2” Jeff Lemire, wyd. Egmont Polska

Twórca jednych z najbardziej klimatycznych plansz w komiksowie wraca do naszego kącika, tym razem dzięki dwóm rysunkowym tomom.

Zacznijmy od nowości. Seria „Royal City” określana jest jako najbardziej osobisty projekt Kanadyjczyka. Jej bohaterem jest Patrick Pike, przeżywający kryzys pisarz przyjeżdżający na stare śmieci, do robotniczej mieściny, w której się urodził. W szafie czeka na niego… trochę trupów, a dokładniej duchów. Te pięć postaci z okładki to… duchy jego brata Tommy’ego. A że każdy z bliskich pamięta go inaczej, dlatego też… ma aż pięć spirytualnych wersji. Nie tylko dusza brata wymaga odkupienia. Pomocy potrzebują także żyjący członkowie tej rodziny. Rodziny, która jest w rozsypce: rodzeństwo nie ma ze sobą dobrych kontaktów, nie do końca dobrze odnoszą się do swoich rodziców, w ich związkach też nie dzieje się dobrze. Czy zawał ojca pozwoli to zmienić? Czy Pat odnajdzie w Royal City  natchnienie i napisze kolejną książkę? Okładka komiksu zdradza warstwę graficzną historii. Lemire to geniusz niedbałych – na pozór – rysunków z akwarelową kolorystyką. Właśnie za takie prace został doceniony przez czytelników oraz krytykę. A zaczynał od czerni i bieli. Takie były np. „Opowieści z hrabstwa Essex”.

Wspomina o tym we wstępie do kolejnego komiksu, drugiego tomu „Łasucha”, Jose Villarrubia. To właśnie jemu przyszło nakładać kolor na plansze w tym cyklu (Lemire w nim tylko rysuje; niewielkie fragmenty – kiedy bohaterowie wracają pamięcią do przeszłości – też pokolorował). Siłą rzeczy to seria w nieco innej stylistyce. Bez akwarelowego zacięcia, a utrzymana w przykurzonych barwach. Korespondują one z fabułą. „Łasuch” to fantastyka postapokaliptyczna. Historia po końcu. Po „Przypadłości”, która zabiła miliony ludzi na Ziemi. Bohaterem serii jest Gus, genetyczna anomalia, połączenie uwielbiającego słodycze chłopca z… jelonkiem. Wraz z jemu podobnymi przyjaciółmi, wspierany przez kilkoro ocalałych, próbuje znaleźć bezpieczne miejsce na świecie. Czy będzie nim tajemniczy dom w starej zaporze wodnej? Czy może jednak dopiero wizyta na Alasce sprawi, że zrozumie i przeszłość, i przyszłość? I „Royal City”, i „Łasuch” będą miały swój ciąg dalszy. Do twórczości Jeffa Lemire’a pewnie więc jeszcze kiedyś wrócimy.

***

„Trzy duchy Tesli: Spisek prawdziwych ludzi” Richard Marazano, Guilheim, wyd. Egmont Polska

W poprzednim odcinku naszego komiksowego cyklu polecałem Państwu steampunk osadzony w czasach Ludwika II Bawarskiego. W tym odcinku znów proponuję wariację. Nowojorską, związaną z wielkimi wynalazcami i naukowcami.

Trochę zdradza już tytuł komiksu. Rzeczywiście. Jednym z bohaterów jest Nikola Tesla. Innym Thomas Alva Edison. Szczegół, że w chwili śmierci pierwszego – w styczniu 1943 roku – drugi nie żył już od ponad dekady! W komiksie spotykają się na jednej stronie – w jednym miejscu i w jednym czasie. Zresztą podobnie jak George Orwell, Maria Skłodowska-Curie czy… Rudolf Hess. „Trzy duchy Tesli” w tym względzie są istną „ligą niezwykłych dżentelmenów” (nawiązując do kultowego komiksu autorstwa Alana Morre’a i Kevina O’Neilla), w którą wplątuje się bogu ducha winien chłopak Travis.

Podobnie jak w przypadku bawarskiego „Gwiezdnego Zamku”, tak i w komiksie o Tesli pochwały należą się za warstwę graficzną. Guilheim znakomicie oddaje realia Nowego Jorku. Kadruje jego mroczne zaułki, kąty podupadłych kamienic, okolice mostu Manhattańskiego. Doskonale też splata je z opisanymi przez Marazano wizjami wyjętymi z książek Herberta George Wellsa. Konstruowanych przez Japończyków urządzeń, jakie miałyby być wykorzystane w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi, nie powstydziłby się sam ojciec „Wojny Światów”.

***

Mamy też i dziś coś z komiksowych „grubasków”. Sześcioodcinkowa historia „Białego Lamy” wymyślona przez jednego z wizjonerów gatunku, a zilustrowana przez jednego z mistrzów rysunku po europejskiej stronie Atlantyku.

Jodorowsky – znany z komiksów osadzonych w klimatach science fiction, by wspomnieć takie produkcje jak „Incal” czy „Kasta Metabaronów” – tym razem zagląda do dalekiego Tybetu. Bohaterem komiksu czyni Gabriela Marpę. Syna chrześcijan, który ma narodzić się w zgodzie z rytuałami Tybetańczyków. Ale i chłopaka wychowywanego w Azji Środkowej, w którego ciele odradza się lama Mipam. To on ma obronić krainę przed barbarzyńcami z czerwonym sztandarem w dłoniach. Scenariusz zaś składa w taki sposób, by złączyć ze sobą trzy wątki. Pierwszym z nich jest historia Gabriela. Drugim sfera religijna świat lamów, który niestety chyli się ku upadkowi. Świątynie są niszczone, a jej wyznawców próbuje się nawracać na nową religię. Wreszcie „Biały Lama” jest też historią Tybetu od początków XX stulecia do czasów, kiedy przybywają tu pierwsi komuniści niosący – w miejsce wiary – portrety towarzysza Mao.

W klimat Tybetu świetnie wprowadzają rysunki Bessa. W komiksie nie brakuje dużych kadrów pokazujących wioski i świątynie. Nie ma na planszach też niepotrzebnych fajerwerków graficznych, a nastrój budowany jest barwą.

***

„Kapitan Gżebyk na tropie: Niedokończony raport” Zygmunt „Zeke” Kowal, Jerzy Ozga, wyd. Kielecki Magazyn Kulturalny „Projektor”

Na koniec dzisiejszego „Kącika z komiksami” smaczek lokalny! Oto bowiem ekipa związana z naszym rodzimym magazynem kulturalnym „Projektor” wypuściła nowy komiks z kapitanem Żbi… Stop! Nie, nie ze Żbikiem. Z Gżebykiem.

Gżebyk był już raz bohaterem komiksu „Niedokończony raport”, czterostronicowego szortu, który otwierał wydaną w 2002 roku antologię „I co dalej, kapitanie?”. Był to prawdziwy tribute to Żbik, złożony przez komiksiarzy. „Niedokończony raport” z końca roku 2018 to rozwinięcie tamtego komiksu w ponadpełnowymiarowy zeszyt. Kowal dopisał ciąg dalszy, zaś Ozga stworzył w sumie 44 plansze.

To jednak plansze dalekie od tego, do czego Ozga przyzwyczaił swych fanów. Przez lata dał się poznać jako twórca, którego akademickie wręcz plansze wypełniają liczne kreski, zagęszczające kadry (tak wyglądał np. czteroodcinkowy – na razie – cykl „Yorgi” stworzony do scenariusza Dariusza Rzontkowskiego). W tym przypadku ograniczył się do graficznego minimum, co jest w jego przypadku nie lada zaskoczeniem. Scenariusz to istne szaleństwo. Gżebyk ma wyjaśnić sprawę zabójstwa… kosmitów. I chyba tyle wystarczy, by zachęcić do lektury.

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close