Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Dziś w naszym komiksowym cyklu posłuchamy… hip hopu. Sięgniemy też po komiksy dla młodszych czytelników. Z Ameryki tym razem proponujemy m.in. dwie obyczajówki.

„Hip Hop Genealogia” Ed Piskor, wyd. Timof Comics

Czy w mieście „Scyzoryka” trzeba kogoś przekonywać do hip hopu? Nie sądzę. Dlatego napiszę krótko. Oto historia tego gatunku! W komiksowe kadry ułożył ją Ed Piskor.

Wszystko zaczyna się w latach 70. XX wieku na nowojorskim Bronksie. W tomie pierwszym zatytułowanym „Hip Hop Genealogia” – obejmującym okres od 1970 do 1981 roku – Piskor pokazał początki gatunku. Zaprezentował hiphopowych prekursorów, wyjście muzyki z dzielnicowego getta i wejście na salony, którym było wówczas okienko telewizji MTV. W „gęstym” od wydarzeń tomie drugim autor zamyka lata 1981-83. To czas, kiedy hip hop zatacza coraz szersze kręgi, a scenę zdobywają kolejni wykonawcy. O ile w tomie pierwszym prym wiedli tacy wykonawcy, jak Grandmaster Flash, Spoone Gee, Africa Bambaata czy Zulu Nation, tak w dwójce wybijają się Run DMC, Beastie Boys, a na planszach pojawiają się takie postaci jak Henry Rollins, Malcolm McLaren, Basquiat czy Spike Lee. Hip hop staje się równoprawnym elementem galerii sztuki i klubów na Manhattanie. Zaczyna też wyrastać nie tylko na wschodnim, ale również zachodnim wybrzeżu USA. No i przestaje być wyłącznie muzyką czarnoskórych.

Piskorowi udało się stworzyć wciągający dokument. Powiem, że to gotowy scenariusz na film, łączący nagrania archiwalne z wypowiedziami artystów. I muzyką, którą można zresztą urozmaicić lekturę. Nie, nie ma jej na dodanej do komiksu płycie. Ale od czego np. YouTube? Listę tego, czego szukać znajdziemy na końcu „Hip Hop Genealogii”.

„Kaczogród” Carl Barks, wyd, Egmont Polska

Zostajemy za oceanem. Zamiast jednak sięgać po amerykańskie trykoty – w większości słabej jakości – lepiej sięgnąć po amerykańską klasykę. Zapewnia ją Carl Barks. Kultowy twórca komiksów rodem z Kaczogrodu.

„Kaczogród”w Polsce A.D. 2019 kojarzy się dwuznacznie. Nie będzie jednak o polityce, ale o komiksie. Zapewniam. Proszę mi wierzyć. A jeśli ktoś nie wierzy, niech nie czyta dalej. Jego strata! „Kaczogród” jest bowiem bardzo dobrą pozycją dla tych, którzy uwielbiają komiksy. W tym przypadku zza oceanu. Kojarzą się one przede wszystkim z takimi superbohaterami, jak Superman, Batman, Spiderman czy Iron Man. Ale zza oceanu przecież pochodzi też cały wszechświat spod znaku Walta Disneya! I tak doskonałe komiksy dla młodszego pokolenia, jak przygody Sknerusa McKwacza, Kaczora Donalda oraz Hyzia, Dyzia i Zyzia. Na „Kaczogród” składają się historie wymyślane i rysowane przez Carla Barksa. „Andersena komiksów” – jak nazwał go jeden z mistrzów komiksu Will Eisner, twórca takich dzieł jak „Umowa z Bogiem” czy „Nowy Jork”.

W tej chwili dostępne są już trzy tomy „Kaczogrodu”. To „Powrót do Klondike”, „Moja snów dolina” oraz „Siedem miasto Ciboli”, a w zapowiedziach jest tom czwarty: „Kamień filozoficzny”. Znajdują się w nich komiksy z lat 1952-54. Nie, spokojnie. To żadne ramotki. To perypetie kaczek dobrej jakości. Zabawne, inteligentne, podane w elegancki sposób. Część z nich była już drukowana na łamach pisemka „Kaczor Donald”. Teraz dostajemy je w formie twardo okładkowych, drukowanych na papierze kredowym, zebranych w liczące ponad 200 stron tomy. A ma być ich – jeśli wierzyć w zapowiedzi – aż… trzydzieści! Barks opowiadał o perypetiach bohaterów w „Kaczogrodzie” od 1942 do 1972 roku! Jest więc co zbierać w kolejne tomiki. I co wydawać. Ku uciesze młodszych – ale nie tylko – fanów Kaczora Donalda.

„Ludzie Północy. Saga europejska” Brian Wood, Leonardo Fernández, Riccardo Burchielli, Simon Gane, wyd. Egmont Polska

Ten tytuł gościł już w naszym komiksowym cyklu. Wraca przy okazji publikacji ostatniej z odsłon historii o Wikingach. Wojownikach z mroźnej północy, którzy z lubością wyprawiali się na coraz to nowsze terytoria. Pierwszy tom „Ludzi Północy” nosił podtytuł „Saga anglosaska”. Drugi – „Saga islandzka”. Trzeci to „Saga europejska”.

W sumie struktura komiksu niewiele się zmienia. To dalej mroczna historia o zabijakach, wojownikach, kochankach, ojcach… Ale i matkach oraz dzieciach. Zmienia się za to miejsce. Po wyspiarskich perypetiach pora na fabułę osadzoną na starym kontynencie. Wikingowie są więc na zachodzie, pod Paryżem, ale i na wschodzie, dostępnym dzięki żeglownej Wołdze. Lekko zmienia się także czas. W pierwszym tomie mieliśmy historie osadzone pomiędzy VIII a XI w. W drugim – od wieku IX do XIII. Europejskie dzieje Wikingów to czas od VIII do XII stulecia. W fabułach niewiele się zmienia. To porządne czytadła dla tych, którzy uwielbiają fantasy i historię.

Niewiele zmienia się też w grafice. To porządne, zachodnie rzemiosło spod znaku Vertigo. Tego samego, od znakomitych serii: „Sandman”, „Kaznodzieja”, „Łasuch”, „100 naboi” czy „Y – ostatni z mężczyzn”. „Ludzi Północy” do tej listy śmiało można dołączyć.

„Ghost World” oraz „Wilson” Daniel Clowes, wyd. Kultura Gniewu

Teraz dwa komiksy, które doczekały się wersji kinowych. Autorem obu jest Daniel Clowes. Celny obserwator amerykańskiej rzeczywistości.

Pierwszy z albumów to „Ghost World”. Historia wchodzenia w dorosłość dwóch przyjaciółek – Enid i Rebeki. Dziewczyn, które stoją przed swoimi pierwszymi ważnymi wyborami, pierwszymi doświadczeniami miłosnymi, wzlotami i chwilowymi upadkami. Dziewczyn, których przyjaźń wystawiana jest na próbę. Tłem „Ghost World” jest amerykańska mieścina z marketami i barami. Mieścina z dobrodziejstwem inwentarza: codziennością, ale i chowanymi gdzieś pod dywanem sekretami. Codzienność to przelotne miłości, przesiadywanie w barach, plotkowanie i dysputy na życiowe tematy. Mroczna część miasteczka skrywa m.in. pedofilię księży, kazirodcze związki czy też domniemanych satanistów, a nastrój potęguje monochromatyczna, czarno-biało-niebieska kolorystyka.

„Wilson” może wydawać się komiksem łatwiejszym. Mamy w nim już pełen kolor, momentami wręcz cartoonowe plansze. Ale to tylko pozory. Gruby żart to przykrywka. Swoista maska nałożona na komiksowe plansze. Ale i w tym albumie Clowes nie odchodzi daleko od tematów z „Ghost World”. To wciąż obyczajówka o Ameryce i Amerykanach. Zmienia się tylko bohater. Zamiast nastolatek jest samotnik po czterdziestce. Po rozstaniu z dziewczyną przed szesnastu laty wiedzie żywot zgorzkniałego i zgryźliwego dziwaka, zamartwiającego się swoją śmiertelnością i eskalacją chaosu na świecie. „Wilson” ma formę jednoplanszówek. Tworzą jednak jedną, długą opowieść o człowieku poszukującym sensu, i… byłej żony oraz córki! Opowieść przerysowaną, ocierającą się o absurd, ale pełną przemyśleń na temat przemijania.

Nadmienię, że kogo Clowes swymi komiksami uwiedzie, powinien poszukać dwóch innych albumów tego twórcy. Mowa o „Patience” oraz „Aksamitnej rękawicy odlanej z żelaza”. Warto.

„Borka i Sambor: Smok” Elżbieta Żukowska i Karol Kalinowski, wyd. Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie

Na koniec wracamy do Polski. Nasze rodzime muzea coraz częściej sięgają po komiks jako po nowoczesne narzędzie promocji. Tak stało się np. w gnieźnieńskim Muzeum Początków Państwa Polskiego. Na jego potrzeby wykreowano serię „Borka i Sambor”.

Główni bohaterowie to dzieciaki, które – dzięki odrobinie magii – podróżują w różne miejsca. Byli już na postrzyżynach u Piasta Kołodzieja (odcinek „Postrzyżyny”), zajrzeli do grodu króla Popiela (w odcinku „Myszy”), a teraz zjawiają się w grodzie Kraka (trzeci albumik nosi tytuł „Smok”). A jeśli są u Kraka, można domyślać się, że kanwą tej opowieści jest historia smoka wawelskiego i szewczyka Dratewki, który załatwił gadzinę wypchanym siarką baranem. Historię stworzyła Elżbieta Żukowska (znana m.in. z komiksu „Kapitan Wrona” będącego swego rodzaju wariacją na temat Kapitana Żbika). Narysował zaś Karol Kalinowski znany lepiej jako KaeReL. To twórca wielokrotnie nagradzanych albumów jak „Łauma” i „Kościsko”, nawiązujących do legend i wierzeń. W „Borce i Samborze” nieco uprościł kreskę, za to dodał kolor, dzięki czemu młody czytelnik szybciej wchodzi w piastowski świat.

Albumy z serii „Borka i Sambor” nie są skomplikowanymi fabułami. Nie są jednak zrobionymi „na kolanie” chałturą, jak miewa to miejsce w przypadku komiksów na zlecenie mecenasów. To seria, którą śmiało można podsunąć dziecku, bez obaw, że lektura będzie czasem zmarnowanym. A kto wie, może sprawi, że nasza pociecha chętniej sięgnie do książek historycznych?

Tekst Andrzej Kłopotowski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close