Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Skomponowała mnóstwo przebojów. Jej „Małgośkę” od lat z powodzeniem śpiewa Maryla Rodowicz, a „Tańczące Eurydyki” rozsławiły Annę German. Katarzyna Gaertner – kompozytorka, pianistka, aranżerka w rozmowie z „Made in Świętokrzyskie” wraca do przeszłości i zdradza szczegóły nowych projektów muzycznych.


Michał Sierlecki: Dobre i sensacyjne informacje dla fanów formacji Breakout są takie, że grupa reaktywowała się po latach i powstaje materiał na nową płytę. Muzycy zaprosili do współpracy także Ciebie…

Katarzyna Gaertner: Piosenka, którą obecnie komponuję dla Breakout jest poświęcona pamięci Tadeusza Nalepy, wspaniałego muzyka, ojca polskiego bluesa. Trudno dziś znaleźć w świecie muzyki podobne postaci. Od niego zaczęło się prawdziwe bluesowe granie. W latach sześćdziesiątych pracowałam w Rzeszowie. Widziałam, jak Mira Kubasińska z Nalepą tworzyli grupę Blackout (bo wtedy tak się jeszcze nazywali) i zaczynali grać muzykę w pewnym sensie hipisowską. To nie było jeszcze modne i popularne w Polsce, ale oni uparcie przedzierali się ze swoim stylem. Przez wszystkie późniejsze lata Nalepa był wierny bluesowi. Taki charakter ma też piosenka, którą dla niego piszę. Zbliża się dziesiąta rocznica jego śmierci.

Jesteś córką multinstrumentalisty Kazimierza Gaertnera. Muzyka towarzyszyła Ci od dziecka. Kiedy podjęłaś decyzję, że chcesz być pianistką i kompozytorką?

Ze szkoły wyrzucili mnie za miłość do bluesa i jazzu. Za niepokorność. Rodzice oczywiście zapewnili mi muzyczne wyżyny. Grałam Bacha i Chopina, ale szybko się zbuntowałam. Byłam w liceum muzycznym w Krakowie i tam o klasę wyżej jazz tworzył Wojciech Karolak. Podobnie Andrzej Dąbrowski. A Marek Tomaszewski i Wacław Kisielewski to najlepsze ówczesne fortepianowe duety. Na lekcjach był ragtime, a na przerwach boogie-woogie. Przebijaliśmy się z własnym stylem i tworzyliśmy podwaliny
polskiego jazzu. To był rok 1955. Potem mieliśmy już Jazz Jamboree, na którym zagrałam w 1959. Bardzo szybko zostałam zatem przekwalifikowana, ku rozpaczy moich nauczycieli. Nawet profesor Krystyna Nazar nie była w stanie mnie obronić. A już wtedy pisałam kompozycje pod jej wpływem. Bo ona była kompozytorem. I to kobietą. Oprócz Grażyny Bacewicz w zasadzie pierwszą, jaką znałam. Ona nauczyła mnie miłości do pisania, harmonii i pięknej muzyki. Nie była to muzyka nowoczesna. Nie tym zachwycał się świat w latach pięćdziesiątych. Ale nabyłam od niej to coś. I postanowiłam, że też chcę być kompozytorem… W muzyce chodzi o prawdę. A prawda wówczas kojarzyła się z klezmerstwem. Mój tata był klezmerem z zamiłowania. Matka oczywiście nie mogła być głucha i ślepa na muzykę, ponieważ on by tego nie ścierpiał. Komponowała i śpiewała ballady. Miała talent. Pisała wiersze i grała na mandolinie. To od niej uczyłam się piosenek. Przesiąkłam całą wczesną europejską literaturą dziecięcą, czyli tym, co Polska w tamtym okresie mogła dać najlepszego. Od ojca nauczyłam się piosenek. Wtedy grało się na imprezach domowych. Tata przeważnie siedział przy fortepianie, mama towarzyszyła mu na mandolinie, a zgromadzone towarzystwo śpiewało przeboje (kiedyś mówiło się szlagiery…).

Kiedy dziś słucha się nagrań z tamtych lat, ujmujące są przede wszystkim aranżacje, specyficzna umiejętność doboru instrumentów i ich barw, by to dobrze zabrzmiało w utworze. To też jest sztuka…

To podstawa. Ale ja bym powiedziała jeszcze coś innego. Mnie zachwyciła „Oh, Donna Clara”, czyli „Tango Milonga”. Cały świat nucił tego hiciora Jerzego Petersburskiego. Życzyłabym sobie, żeby któryś mój przebój znali ludzie na obu kontynentach. Mieliśmy też inne wielkie przedwojenne hity. Na nich trzeba się było uczyć. I ja taką szkołę zdobyłam. Mój tata to wszystko znał i grał. Powiedziałam mu kiedyś, że nie pójdę już na lekcje fortepianu, bo mnie to nudzi. Nie muszę być pianistką, która spędza osiem godzin dziennie przy instrumencie. Tata zapytał, czego tak właściwie chcę. Powiedziałam mu, że będę kompozytorem. Miałam wtedy trzynaście lat. A on na to: „To mi to udowodnij”. Napisałam więc utwór i wygrałam konkurs w Warszawie na piosenkę o Wyścigu Pokoju. Pomyślałam, że teraz będę sobie pisać, leżeć pod gruszą, a pieniądze zaczną mi same kapać. Niestety to się skończyło. Nastała era Internetu. I teraz my, artyści, oddajemy wszystko co mamy i modlimy się, żeby ktoś chciał tego słuchać…

Słuchacze kojarzą Twoją twórczość głównie z piosenkami Maryli Rodowicz. A przecież poznałyście się w dość nietypowy sposób…

Spotkałyśmy się na AWF-ie w Warszawie. Powiedziano mi, że jeśli chcę znaleźć dla siebie piosenkarkę na festiwal do Opola, muszę poznać dziewczynę z AWF-u, która śpiewa. Poszłam. Zobaczyłam ją bosą z gitarą, jak siedziała na schodach i sobie brzdąkała. Grała wtedy chyba trzy akordy na krzyż. Ale ona nie musi grać więcej. Jej to jest niepotrzebne. Maryla powiedziała, bym dała jej jakąś piosenkę. Bardzo podobał jej się utwór „Hej, dzień się budzi”. Powiedziałam jej, że obiecałam go już Jolancie Borusiewicz. Potem zaczęłam jej grać i wymyślać bardzo trudne podziały rytmiczne. A ona trzymała się tego rytmu, jak pijany płotu i wytrwała do końca, nie dając się zwieźć. Zaimponowało mi, że czuła wpływy R’n’B. To była końcówka lat sześćdziesiątych. Borusiewicz zaśpiewała piosenkę i zdobyła nagrodę, ale Maryla mi tego nie podarowała. Dwa lata później sama ją wykonała, a potem także Basia Trzetrzelewska, której polski koncert z ciemnoskórymi wokalistkami będę długo pamiętać.

Kiedy powstawał chyba największy przebój Maryli Rodowicz – „Małgośka”, chciałaś, by ona zaśpiewała pewne frazy tak, jak robią to ciemnoskórzy.

Miała śpiewać, jak czarnoskóry wokalista, który przeżył życie. Na chrypie i w górze… Wysoko… Ona na to, że tak przecież nie śpiewa…. A jej mówię: „To spróbuj i ryknij”. Fraza „szalonym, zielonym bzem” została tak zaśpiewana. Kiedy to usłyszałam, powiedziałam jej, że to może być przebój. Maryla obliczyła ostatnio, że do dziś nagrała już prawie pięćdziesiąt moich utworów. To ogromna ilość.

To także wielka zasługa Agnieszki Osieckiej. Miałaś szczęście do autorów tekstów. A ona napisała „Wielką wodę”. I po wielu latach, gdy śledzi się tekst refrenu „I tylko taką mnie ścieżką poprowadź, gdzie śmieją się śmiechy w ciemności i gdzie muzyka gra… nie daj mi Boże, broń Boże skosztować, tak zwanej życiowej mądrości…” wydaje się, że w zasadzie całej waszej trójce, czyli Tobie, Maryli i Agnieszce udało się osiągnąć coś, czego doświadczają nieliczni. Nie miałyście nudnego życia i robiłyście to, co kochacie.

To prawda. Myślę, że to był związek trzech podobnych dusz, które miały zbliżoną percepcję i wrażliwość. W każdym razie Agnieszka dawała materiał tekstowy i ja do niego pisałam muzykę. Dostarczała tworzywo, które już miało emocje. Tam była ekspresja dająca powód do powstania muzyki. Ale pod skórą czułam, że z tych wszystkich tekstów Agnieszki wyłania się osoba całe życie szukająca miłości. Poza Marylą współpracowałam z wieloma wokalistami. Znalazłam Dwa Plus Jeden, Trubadurów, Andrzeja Rybińskiego – oni wszyscy potem szli swoją drogą. Moim odkryciem był Jerzy Grunwald, czy Rysiek Riedel, którego pierwsze trzy utwory także były moje.

img_0587-kopia_madein

Artystka na scenie KCK w spektaklu „Trzeba mi wielkiej wody”.

Osiecka miała nie tylko zdolność do pisania tekstów pod Marylę Rodowicz, ale również adresowanych do niej, z wątkami ironicznymi. Do takich właśnie zaliczyć można choćby „Diabła i raj” i słowa „Przyjdzie dzień, gdy dorośnie Maryla, jeszcze rok, jeszcze dzień, jeszcze chwila…” – utwór w iście rockandrollowym stylu.

To jest tekst napisany specjalnie dla Maryli. Ja gram teraz „Diabła” w wersji oryginalnej ze słowami: „Jeszcze będzie weselej i mądrzej, złoty księżyc usiądzie na kołdrze…” Tak to brzmiało pierwotnie. Ale Maryla to jest Maryla. Powiedziała, że będzie śpiewała w Sopocie i Agnieszka musi jej zmienić tekst. I ma być o Marylce. Zrobiła to świetnie. I to poszło w Polskę.

„Spotkałam cię kiedyś przy Źródle Jan
Wiedziałam – ten pan, to ten pan (…)
(…) Pojedźmy, kochanie, do Lądku
Zacznijmy od początku…

– to tekst piosenki Agnieszki Osieckiej „Źródło Jan” z płyty „Buty 2” Maryli Rodowicz. Pojawia się tam świetna aranżacja – słychać fortepian, echa bluesa i gospel…

Maryla miała ochotę nagrać coś z chórem gospelowym. I pomógł jej nasz kolega, który jest w Harlemie w Nowym Jorku, a w Los Angeles prowadzi taki chór. Utwór powstał w Stanach Zjednoczonych i potem został przesłany do wytwórni płytowej w Polsce.

„Tonę” z tej płyty jest późnym tekstem Agnieszki Osieckiej z domieszką bluesa i rocka oraz charakterystycznym pulsem.

To słychać. Tekst pochodzi z lat dziewięćdziesiątych. Był napisany na serwetce z baru „Cafe Sax”. Zresztą w tym utworze charakterystyczna jest gitara Bartka Gaertnera, z którym gram już dwadzieścia lat. Razem mieszkamy w Komaszycach i muzykujemy. Dużo rzeczy opieram na jego gitarze. Czasem, kiedy sama nie wiem czego chcę, mówię mu: „Bartek, wymyśl coś”. Potem tworzę aranżację…

Maryla Rodowicz nagrywa nową płytę, na którą też piszesz muzykę.

To piosenka „Jestem buba”. Pracowałam nad nią z Marylą dwadzieścia lat temu. Wtedy została odrzucona. Maryla ją odkryła na nowo i chcemy to wydać.

Tekst jest wciąż na czasie…

„Jestem buba, demoniczna cud paskuda. Chcę być gwiazdą na wideo, śpiewam mono i stereo…” Chyba tylko Maryla potrafi śpiewać stereo. I dalej jest tak: „Mnie reklama nie kosztuje, buba sama się lansuje… ludzie mówią, że mam styl i piekielny sex appeal.”

Katarzyna Gaertner obecnie pracuje m.in. nad muzyką do piosenki „Jestem buba” Maryli Rodowicz.

Katarzyna Gaertner obecnie pracuje m.in. nad muzyką do piosenki „Jestem buba” Maryli Rodowicz.

Rok 1964 to czas utworu „Tańczące Eurydyki”, trudnej kompozycji ze zmianami tempa. Jak nikt inny po Helenie Majdaniec zaśpiewała ten temat Anna German.

Na festiwalu młodych talentów w Szczecinie Helena dostała nagrodę za tę piosenkę. Ale ja nie byłam zadowolona. Nie chciałam, żeby ta kompozycja przepadła, a tak mogło się stać. Niesamowity głos German wydobył z niej moc, power. Anna miała ogromne możliwości wokalne.

Słychać to szczególnie w intro do kompozycji „A kiedy wszystko zgaśnie” do słów Joanny Kulmowej.

Ona nagrywała przecież Scarlattiego. Mogła z powodzeniem śpiewać w operze. Anna German miała wielki talent.

Wyczuwam także w Twojej twórczości fascynacje muzyką filmową. Na przykład w „Zakwitnę różą” słychać elementy szpiegowskie, coś na kształt ścieżki dźwiękowej z Jamesa Bonda.

Miałam wówczas taki nastrój i ten utwór się w niego wpasował. Napisałam muzykę do dwóch filmów. Na przykład do fabularnego „Południka zero”. I to był kryminalny obraz. Ale czy my pamiętamy dzisiaj, kto napisał na przykład piosenkę „Hi-Lili, Hi-Lo”? Był nim polski kompozytor Bronisław Kaper, który otrzymał Oscara za ścieżkę dźwiękową do filmu „Lili” w 1953 roku. Piosenka stała się światowym przebojem, drugim tak wielkim po „Tangu Milonga”. Zatem są utwory, które może nucić cały świat. I to wcale nie musi być anglosaska, czy amerykańska muzyka. W Polsce na zabawach ludzie wciąż nie zaśpiewają piosenki Queen, tylko „Sokoły” albo „Katiuszę”. Niestety wciąż brakuje w nas Polakach umuzykalnienia. Ludzie są nadal słabo wyedukowani muzycznie.

Masz na swoim koncie mnóstwo znakomitych songów, jak „Bądź gotowy dziś do drogi” Haliny Frąckowiak czy „Hej, Hanno” Tadeusza Woźniaka z kapitalną gitarą. Czy jest jakiś utwór z Twojego repertuaru, który cenisz najbardziej?

Myślę, że spośród wszystkich wybrałabym piosenkę „Kozi blues”. Potrafiłam siedzieć sama przy fortepianie i dla własnej przyjemności grać właśnie to.

W latach sześćdziesiątych akompaniowałaś Mieczysławowi Foggowi w zespole Klipsy.

To był bardzo krótki okres. Zbierano wówczas dziewczyny do zespołu akompaniującego. A miała to być grupa damska. Ale moja kariera tam szybko się skończyła. Nie miałam natury akompaniatora, który musi się podporządkować i być grzeczny. A ja, gdy coś mi się nie podobało, to mówiłam wprost, że to jest niedobre. Że to nie w takim rytmie, a tu to bym zmieniła akordy. I grałam coś innego. Wyrzucili mnie po dwóch miesiącach. Ale notatka, że byłam w Klipsach, została.

Końcówka lat sześćdziesiątych to Twoja msza beatowa „Pan przyjacielem moim” i muzyczna rewolucja tamtych czasów. Tłumy w kościołach i nagranie materiału na płytę przez zespół Czerwono-Czarni.

Rewolucja to rewolucja. Zawsze ktoś cierpi. Ja ucierpiałam strasznie, bo mi zabrano wkładkę paszportową do Bułgarii. Przecież dzisiaj to jest śmieszne, że pozbawia się czegoś kompozytora, bo był niegrzeczny i napisał mszę beatową. Pozwolono nam ją zagrać, ale nie mogłam zaangażować wokalistów, których chciałam. Miałam wziąć jeszcze nieznany wówczas zespół Czerwono-Czarni. A ja chciałam stworzyć grupę w stylu The Supremes. Miałam do dyspozycji Adę Rusowicz, Helkę Majdaniec i Halinę Frąckowiak. To byłby mocny skład, jak na końcówkę lat sześćdziesiątych. Wokalistą miał być Jacek Lech. Ale niestety, oni nie nagrali tej płyty i nie wystąpili. Kilka utworów odpadło, bo nie miał ich kto zaśpiewać. I dopiero teraz, po pięćdziesięciu latach, może będę miała szansę i uda mi się nagrać części stałe, a także pozostałe utwory z mszy. Niektóre z nich są znane, bo je upubliczniałam dwa, trzy lata po premierze mszy beatowej. Na przykład utwór „Wołaniem, wołam cię” nagrała kiedyś Urszula Sipińska. Musiałam się trzymać tekstów psalmów. Niektóre wybronił wtedy ksiądz Leon Kantorski.

Wspomniałaś księdza proboszcza Leona Kantorskiego. To on zwrócił się
do Ciebie z prośbą napisania takiej mszy.

On był na czasie. Wiedział, po co do mnie przyszedł. Może nie zrobiłabym tego od razu, gdyby nie Agnieszka Osiecka. Przypadek sprawił, że wróciła ze Stanów i była strasznie podekscytowana mszą nowoorleańską u baptystów w wykonaniu czarnych wokalistów. I baptyści podobno tam tak szaleli, cały kościół tańczył na ławkach. Powiedziałam księdzu Kantorskiemu, że też chcę napisać coś takiego. A on na to, że zależy mu na obecności na mszy młodzieży. Żeby przyszli do kościoła. Zebrał za to mnóstwo gromów… Przyjeżdżały samochody z napisem CD, czyli całe to zjawisko obserwował korpus dyplomatyczny. A tam były przeboje sakralne. Wszyscy tańczyli i śpiewali. Do dziś podczas mszy wykonuje się „Baranku Boży…” z mszy beatowej.

Jesteś autorką muzyki jednego z pierwszych polskich musicali „Na szkle malowane” i oratorium „Zagrajcie nam dzisiaj wszystkie srebrne dzwony” do tekstów Ernesta Brylla. To bardzo udany tandem twórczy.

Dużo zrobiliśmy razem. Także „Rumcajsa” dla dzieci. Z kolei „Na szkle malowane” jest najdłużej wystawianym musicalem w Europie. Od 42 lat jest grany w teatrach. Brała w nim udział czołówka polskiego beatu: Rodowicz, Grunwald, Dwa Plus Jeden, Czesław Niemen. Zebrałam ekipę do nagrania płyty. Zespół Dwa Plus Jeden został założony właśnie po to, żeby zagrać na żywo „Na szkle malowane”. Prapremiera odbyła się w operetce wrocławskiej. Miałam najlepszych ludzi, jacy byli w kraju. I dużo debiutantów, bo oni tam wtedy zaczynali.

Kompozytorka w swoim domu w podkoneckich Komaszycach.

Kompozytorka w swoim domu w podkoneckich Komaszycach.

Od wielu lat żyjesz w podkoneckich Komaszycach, gdzie znalazłaś swoje miejsce do pracy i wspaniałą rodzinę.

Powstał zespół El of B, w którym występuje Elwira Sibiga i gra Bartek Gaertner. Jest także mój mąż, Kazimierz Mazur. On ma wielki talent reżyserski do moich musicali na scenie. Od dwunastu lat robimy wszystko razem w teatrze. Z Bartkiem tworzymy studio.

Życzę Ci wielu dalszych, wspaniałych sukcesów i byś wciąż komponowała tak oryginalne i dobre utwory.

Dziękuję.

Rozmawiał: Michał Sierlecki, Fotografie: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close