Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Kielczanin Mateusz Śliwa nakręcił ponad sto dwadzieścia teledysków dla największych gwiazd polskiego hip-hopu. Zajmował się reportażami i fabularyzowanymi dokumentami, kinem artystycznym, współpracował ze stacjami telewizyjnymi. Od trzech lat rozwija całkowicie niezależną filmową grupę producencką, jedyną taką w regionie.

Jak to się stało, że zacząłeś robić filmy i teledyski?  

To przez hip-hop, a konkretnie hip-hopowe wideoklipy – magiczne połączenie obrazu i muzyki. Hip-hop fascynował mnie do tego stopnia, że w 1995 roku założyłem, razem z kolegą Adamem Sitarskim, zespół Schowani Za Murem. A rok później nagraliśmy płytę „Kieleckie Uderzenie”. Jednak cały czas po głowie chodziły mi te klipy i w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że chcę je tworzyć. Już na pierwszym roku w Łodzi, gdzie studiowałem realizację obrazu filmowego, nakręciłem pierwszy. Zrobiłem go na tradycyjnej taśmie 35 mm, dla grupy Tosteer, do piosenki „The Hardest Task”. Teledysk zdobył duże uznanie w środowisku twórców klipów, dostałem za niego kilkanaście nagród. Puszczały go telewizje, m.in. Viva i MTV. Internet nie funkcjonował wtedy tak jak obecnie, więc to było niezwykle ważne. No i pewnego dnia zadzwonił właściciel wytwórni Camey Studio – Maciej Sierakowski z propozycją robienia hip-hopowych klipów. 

To wydawca największych gwiazd tego gatunku… Chyba się długo nie zastanawiałeś?

Byłem jeszcze na studiach, a już trafiała się możliwość zarabiania na tym, co tak bardzo chciałem robić. Pamiętam, że nakręciłem wtedy klip dla zespołu Trzeci Wymiar do niesamowicie popularnej piosenki „Skamieniali”. I się zaczęło, z grubej rury. Pracowałem z artystami z największych wytwórni, jak Universal czy BMG. Robiłem teledyski dla Liroya, Tedego, Borixona, Wzgórza Ya-Pa 3, Onara, Pezeta, czyli praktycznie dla całej hip-hopowej śmietanki z początku lat dwutysięcznych. Mam tych klipów na koncie ponad sto dwadzieścia, ale w końcu przyszedł taki czas…

…że miałeś dosyć? 

Człowiek musi się rozwijać, a robienie teledysków w pewnym momencie przestało być wyzwaniem. W końcu uczyłem się, jak robić filmy.

I odezwały się w Tobie te filmowe tęsknoty?

Tak. Poza tym chciałem podziałać tutaj, na świętokrzyskim podwórku. Trzy lata temu zacząłem tworzyć niezależną, filmową grupę producencką Light Broadcast Media.

Niezależną czyli niekomercyjną? Czysto artystyczną?

Zupełnie nie o to chodzi. Przez niezależność rozumiem posiadanie własnego zaplecza technicznego, czyli kilku kamer filmowych z wysokiej półki, obiektywów, świateł itd. To kosztuje, ale takie zaplecze technologiczne jest konieczne, jeśli chce się być niezależnym i – co chcę podkreślić – w pełni profesjonalnym. To nam daje całkowitą wolność i pozwala realizować rzeczy i komercyjne, i te własne, artystyczne, które sprawiają mnóstwo satysfakcji. Jestem pewny, że drugiej takiej grupy producenckiej nie ma w regionie, a możliwe, że i w całym kraju. Sprzęt to jednak tylko narzędzie, grupa to przede wszystkim fantastyczni ludzie z pasją. W sumie dwadzieścia pięć osób. Na przykład Mikołaj Wróbel. Chłopak ma dopiero osiemnaście lat, a niesamowicie czuje obraz i rytm filmu, pisze świetne scenariusze. Według jednego z nich kręcimy teraz krótkometrażowy kryminał pt. „Credo”. Kończymy też robić film innego kolegi – Krzyśka Poczętego. To już średni metraż, około pół godziny fantastyczno-naukowej, postapokaliptycznej wizji pod nieco enigmatycznym tytułem „R019”. Ten film jest już w fazie montażu. Jak widać, obracamy się w różnych klimatach. Co ciekawe, ani Mikołaj ani Krzysiek nie byli w szkołach filmowych, po prostu mają talent i pasję. Oba filmy chcemy pokazywać na festiwalach, krajowych i międzynarodowych. I planujemy kolejne.

Jaka jest twoja rola w grupie? Jesteś szefem? Mentorem? 

Przez kilkanaście lat nazbierałem doświadczeń, więc się nimi dzielę. I cały czas uczę się od innych. Kręcąc klipy bywałem równocześnie autorem zdjęć, operatorem kamery, scenarzystą i montażystą. Ale film jest skomplikowaną formą i wymaga wyraźnego podziału zadań. Nadzoruję całość, więc w pewnym stopniu jestem producentem, ale przede wszystkim autorem zdjęć.

Czyli trzymasz kamerę?

Nie (śmiech). Wiele osób spoza branży to myli. Zdarza się, że łapię kamerę i kręcę konkretne ujęcia, ale przede wszystkim pilnuję kadru. Tak, jak kompozytor i aranżer „pilnują” muzyków grających utwór, tak ja stoję za operatorem i patrzę mu przez ramię. Można powiedzieć, że jestem kimś w rodzaju kompozytora ujęć.

Co w tym komponowaniu jest dla Ciebie najważniejsze?

Światło. To jak ono pada, jak się rozprasza, jaki ma kolor. Światło wyraża emocje, tworzy klimat ujęcia. Widz zazwyczaj tego świadomie nie dostrzega, bo skupia się na aktorach. Światło może kompletnie zmienić sens sceny, tak jak montaż. Kamera to tylko urządzenie rejestrujące. Cały film, cały obraz opowiada się światłem.

Dziękuję za rozmowę.

Tekst: Kamil Wojtczak, Zdjęcia: Wiktor Szafrański

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close