Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Wąskie, kręte, zamknięte murami drogi, wrzosy, farmy i pastwiska, niesamowite klify i woda w kolorze turkusu. Domki ze strzechami, cream tea i palmy w przydomowych ogródkach. Kornwalia to nieodkryty raj dla turystów.

Aby dostać się do Kornwalii potrzeba naprawdę niewiele – wystarczy tani lot na londyńskie lotnisko, samochód z wypożyczalni i 5,5 godziny jazdy na południowy zachód, by znaleźć się w krainie geograficznej odbiegającej od standardowych wyobrażeń brytyjskiego klimatu.

Kornwalijskie wybrzeże, z racji specyficznego, unikatowego mikroklimatu, spowodowanego spotkaniem się dwóch prądów: morskiego i oceanicznego, obfituje w roślinność kojarzoną raczej z południem Europy. W przydomowych ogródkach i na miejskich skwerach rosną palmy, a kwiaty kwitną obficie nie tylko latem czy wiosną, lecz również w styczniu – najzimniejszym miesiącu tamtego regionu. Najzimniejszy nie oznacza minusowy. Temperatury w Kornwalii nie spadają poniżej zera, mimo mocnego wiatru i deszczu, oscylują w granicach minimum 10 stopni.

Mieszkałam w Kornwalii prawie trzy lata i mam wrażenie, że nie udało mi się w pełni poznać jej uroków i tajemnic. Nie podjęłam nawet próby nauczenia się tamtejszego języka, wywodzącego się z grupy języków celtyckich, którego używano do końca XVIII wieku w całej Kornwalii. Do dziś wielu mieszkańców regionu potrafi się nim płynnie posługiwać, a na napisy po kornwalijsku natkniemy się na znakach drogowych, szyldach sklepów, w menu restauracji czy nazwach sklepów. Analogia z gwarą kaszubską nasuwa się sama.

 

Z klifu zobaczysz więcej

Kornwalia to dość duży region w południowo-wschodniej Anglii. Od wschodu graniczy z Devonem, granicę zachodnią tworzy cypelek wysunięty w głąb morza – przylądek Land’s End. Dotrzeć tam najwygodniej samochodem. Co prawda istnieje siatka połączeń autobusowych z miasteczek Truro, Penzance, Newquay czy St. Austell, ale częstotliwość ich kursowania wymaga sporej elastyczności w planowaniu dnia.

Land’s End (korn. Penn an Wlas) to linia wybrzeża zamykająca od zachodu zatokę Mount’s Bay. Jest 60-metrowym klifem zbudowanym w całości z litego granitu. Stojąc na jego brzegu, patrząc w spienioną w dole turkusową wodę, z wrzosowiskami za plecami i z nieograniczonym niczym widnokręgiem przed sobą, możemy poczuć niewyobrażalną potęgę i bogactwo natury. Przy sprzyjającej pogodzie nietrudno jest zauważyć skaczące w wodzie delfiny czy foki,wylegujące się na rozgrzanych granitowych półkach skalnych – oba gatunki szczególnie upodobały sobie tę właśnie część Anglii. Przez przylądek przebiega pieszy szlak turystyczny South West Coast Path o długości 1000 km, pieszy odpowiednik Green Velo.

Kornwalia, zamknięta od południa Kanałem La Manche, a od zachodu i północy Morzem Celtyckim (część Oceanu Atlantyckiego), zachwyca urozmaiconą linia brzegową. Nie brakuje tu i piaszczystych plaż, i kamiennych, skalnych urwisk i spektakularnych klifów, poprzecinanych licznymi ścieżkami i pieszymi szlakami. Na brzegach licznych zatok i zatoczek ulokowane są zarówno malutkie, zabytkowe wioski, jak i całkiem duże, aspirujące do miana kurortów wczasowych, miejscowości. Skupię się na opowiedzeniu Wam o dwóch z nich – kompletnie różnych, moich ulubionych.

Portloe – podróż w czasie

Zlokalizowana pośrodku południowego wybrzeża Kornwalii na Półwyspie Roseland, stara osada rybacka Portloe, to jedna z najbardziej urokliwych miejscowości tej części regionu, w przewodnikach turystycznych nazywana „perłą w koronie kornwalijskich półwyspów”. Nazwa miejscowości pochodzi od kornwalijskiej nazwy określającej zatoczkę (porth lohg). Z racji trudnego położenia i niełatwego dojazdu, przez wiele dziesiątek lat Portloe opierało się wpływom cywilizacyjnym, więc wizyta w tej wiosce daje nam gwarancję podróży w czasie. Miejscowość nie posiada ulicznego oświetlenia elektrycznego, na niektórych z domów wieczorami zapalane są prawdziwe pochodnie. W XVII i XVII wieku wieś była popularnym i prężnym portem rybackim oraz miejscem szczególnie umiłowanym przez piratów, bo liczne jaskinie skalne i okoliczne zatoczki pozwalały im ukryć się przed okiem ciekawskich. Dzisiaj rybacy wyławiają tam głównie kraby i znane w całej Anglii homary. Co ciekawe, poważany w społeczności rybak, Krzysztof Mlynski, ma polskie korzenie. Jego rodzice zamieszkali w Kornwalii 50 lat temu. Wieś jest niewielka. Kilkadziesiąt domów, jeden hotel – znakomity, choć nietani, The Lugger Hotel (w języku kornwalijskim lugger oznacza łódź rybacką) z restauracją oferującą dania ze złowionych po sąsiedzku krabów czy homarów. Obok kościółek, poczta i angielski pub The Ship Inn, serce miejscowości, które bije zwłaszcza wieczorami. I to właściwie wszystko. Ale nudy obawiać się nie trzeba. Szlaki spacerowe biegnące od Portloe wzdłuż klifowych urwisk są gwarantem niesamowitych wrażeń. Uwaga: atrakcyjność miejscowości zwiększa kompletny brak zasięgu dla telefonów komórkowych!

Bogacze wybierają St. Mawes

16 mil w kierunku zachodnim od Portloe znajdziemy miejscowość, która z powodzeniem staje w szranki z nadmorskimi kurortami Lazurowego Wybrzeża. Ta podróż może jednak trwać długo, spowolni nas ruch lewostronny, niesamowite widoki i wąskie kornwalijskie drogi, gdzie samochody mijają się jedynie na wąskich specjalnie przygotowanych zatoczkach. Po obu stronach większości dróg w Kornwalii stoją porośnięte bluszczem i trawą dość wysokie mury – pełniące swego czasu rolę granic pomiędzy pastwiskami. Miały zapobiegać przemieszczaniu się krów i owiec, których po dziś dzień w Kornwalii hoduje się tysiące. Jazda taką drogą do złudzenia przypomina podróż zielonym tunelem – warto pamiętać, aby przed zakrętami trąbić, ostrzegając w ten sposób nadjeżdżającego z naprzeciwka kierowcę!

St. Mawes (korn. Lannvowsed), po sennym Portloe wyda nam się ruchliwe. Ma przystań jachtową, (miejscowość leży na wschodnim brzegu zatoki Carrick Roads), małą żeglugę śródlądową oferującą usługi „taksówek” na przeciwległy brzeg, kilka hoteli, wiele restauracji i pubów. Znajdziemy tam też sklepy, oferujące towary po wysokich, londyńskich cenach. Pewnie dlatego, że St. Mawles jest modne wśród bogatych mieszkańców Wielkiej Brytanii, ale nie tylko. W hotelu Tresanton można spotkać zarówno gwiazdy Hollywood – chętnie odwiedza go Sandra Bullock, Rowan Atkinson czy Orlando Bloom – jak i członków brytyjskiej rodziny królewskiej – gościem hotelu bywa książę Karol.Pierwsze wzmianki o St. Mawes pojawiają się w źródłach historycznych w XVI wieku. To z tamtych czasów pochodzi symbol miasta, zamek, określany przez historyków „prawdopodobnie najdoskonalszym ocalałym ze wszystkich fortów Henryka”. St. Mawes Castle ma idealnie zachowane wnętrze, pełne rzeźbionych dekoracji z XVI wieku, m.in. w kształcie morskich potworów i gargulców. Zbudowany w latach 1540-42 pod kierunkiem Thomasa Treffry’ego na wzór liścia koniczyny, z czterokondygnacyjną centralną wieżą i trzema wystającymi, okrągłymi bastionami, które tworzyły platformy broni. Od XVI wieku aż po II wojnę światową, z krótką przerwą na lata 20. XX wieku, kiedy to po raz pierwszy został udostępniony turystom, zamek pełnił rolę obronną w konfliktach zbrojnych Zjednoczonego Królestwa. Z końcem wojny, ponownie stał się atrakcją turystyczną, ba! nawet jednym z najważniejszych  zabytków Kornwalii.

Smaki Kornwalii

Spacerując z okolic zamku do St. Mawes, po drodze mijamy wspomniany hotel Tresanton. Na jego tarasie możemy napić się kawy lub – jeśli trafimy tam po południu – uraczyć się wspaniałą cream tea, czyli uwielbianymi przez Kornwalijczyków bułeczkami scones serwowanymi z maślanym kremem, świeżymi truskawkami i konfiturą, obowiązkowo w towarzystwie angielskiej herbaty. Cream tea znajdziemy także w menu pozostałych restauracji i kawiarni nie tylko w St. Mawes, lecz i w całej Kornwalii. W centrum miasteczka możemy skorzystać z lunchowej lub obiadowej oferty zarówno eleganckich restauracji, jak i udać się na fish&chips (tradycyjny brytyjski lunch) do pubu The Victory Inn, tawerny The Rising Sun, oferujących także dania na wynos. Można przysiąść z nimi na ławeczce na wybrzeżu i napawać się nie tylko angielskimi smakami, lecz także widokiem pięknej zatoki.Skoro mowa o jedzeniu, nie sposób nie wspomnieć dumy i chluby Kornwalijczyków – cornish pasty. Sprzedawane w piekarniach, ulicznych food truckach, restauracjach i gospodach są prawdziwym kulinarnym symbolem tej części Anglii. To duże pierogi, przypominające wyglądem dobrze znane nam drożdżówki, jednak pieczone z kruchego ciasta, z nadzieniem składającym się z warzyw i mięsa. Tradycyjne cornish pasty wypełnione są wołowiną, marchwią, ziemniakami, rzepą oraz cebulą. Co prawda dziś bez trudu znajdziemy także te nadziewane serem, szpinakiem, wieprzowiną lub – ku zgrozie i oburzeniu Kornwalijczyków starszego pokolenia – owocami lub konfiturą. Osobiście jestem wielką orędowniczką tradycyjnego pasty – smakuje świetnie, zwłaszcza spożywane na klifach po długim spacerze. Jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się na podróż do Kornwalii, bez trudu znajdziecie tam całkiem niedrogie noclegi – na licznych farmach wynajmowane są pokoje dla turystów (a czy można sobie wyobrazić bardziej kornwalijski sposób nocowania, niż stary dom na farmie?). W każdej miejscowości znajdziecie także noclegi w stylu bed&breakfast. Ceny w sklepach są znacznie niższe od tych, które królują w Londynie, a głównym wydatkiem na podróż powinny być wygodne buty do spacerów – gdyż naprawdę nie sposób oprzeć się z klifowym ścieżkom!

Tekst i zdjęcia Daria Malicka

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close