Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


„Wiernych fanów przybywa po dobrze zagranym koncercie. Osiem sekund w serwisie informacyjnym to sława na dwa tygodnie” – akompaniuje Piotr „Jackson” Wolski, zaglądając do salki prób Wolnych Ludzi. W środku ziąb, przykurzone statywy i sterta ulotek. Gdzie podziały się wiosła, gary, trąby i klawisze? „Zimą jest tu zbyt chłodno, teraz pracujemy w domu” objaśnia szczelnie opatulony Kamil „MarleyJah” Sewerzyński. Reggae’owa kapela z Kielc właśnie wydaje drugą płytę.

Chwila spokoju*

Pokoik przytulony do pleców Bazy Zbożowej nie zdradza, że bywa świadkiem zmagań nagradzanej formacji ze Świętokrzyskiego. Białe palto śniegu za oknem kontrastuje z letnią scenerią teledysku „Siły serc”. Zdrapana tablica do koszykówki z klipu przypomina jednak, że ważne rzeczy rodzą się w miejscach niepozornych. – Salka jest nasza. Wylądowaliśmy w niej z Kiniorem, któremu zdarzało się tu kimać – opowiada Marek „Diabeł” Gawęcki, basista i współzałożyciel zespołu. – Musieliśmy zrobić małe przemeblowanie, bo osiem osób nie mogłoby się pomieścić. Czasem też sprzątamy, ale do końca posprzątać się nie da. To wszystko narzędzia pracy, które wciąż wnosimy i wynosimy – dodaje.

Tu wzmacniacz, tam kartony. Przy ścianie zastygają trójkolorowe koszulki, flagi i banery, które zespół zabiera ze sobą na koncerty. Zielony, żółty i czerwony to barwy panafrykańskie, często spotykane na flagach państw Czarnego Kontynentu. Muzycy reggae używają ich, by nawiązać do korzeni i przypomnieć o losach niewolników, którymi handlowano na Jamajce. Cesarz Hajle Syllasje uważany był przez Rastafari za kolejne wcielenie Chrystusa. – Gdzieś na Podkarpaciu, pan po paru piwach krzyczał do nas, żebyśmy pochowali te niemieckie flagi – śmieje się Gawęcki.

W rastasalce powstała większość utworów Wolnych Ludzi. Dopiero srogie warunki pogodowe są w stanie zagonić ich w cieplejsze rejony.

Cofnąć czas

Zorganizowana przy Klubie Kotłownia miejscówka nie jest pierwszym przystankiem na muzycznej drodze kapeli. To wyjadacze, co z niejednego pieca lampowego akordy wyławiali. Były Trudy, Arger, Jedyna Maść, Kiniorski, Brylewski, ale także bardziej komercyjne projekty takie, jak Mafia i K.A.S.A.

– Na Bazie gramy już 10 lat. Nie ma tu salki muzycznej, w której bym nie ćwiczył – mówi Piotr „Funek” Fuczyk, perkusista oraz współtwórca kolektywu.

Każdy pochodzi z innej kanciapy. To czwarty albo piąty zespół Marka, kolejny projekt wioślarza Oskara Wilmana, który do tej pory obracał się w klimatach The Clash i najnowsza pocztówka z dźwiękowej odysei Piotra „Jacksona” Wolskiego, pochodzącego z Częstochowy instrumentalisty perkusyjnego. Część zespołu współpracuje też m.in. z Teatrem Witkacego w Zakopanem.

– Początkowe próby z aktorami były koszmarem. Nie frazowali odpowiednio, śpiewali na dwa albo trzy i nie potrafili wejść w odpowiednim momencie – wspomina Marek, chwaląc przy okazji Kamila „MarleyJah” Sewerzyńskiego, wokalistę i tekściarza Wolnych Ludzi.

Kamil zaczynał od rapu. W mieście Wojtasa, Liroya i Borixona trudno było nie otrzeć się o tę poetykę. Dzięki niej frontman udoskonalił dykcję i sylabizację – sól ziemi jamajskiej. O założeniu zespołu marzył od 2008 roku. Dba też o karierę solową. – Nadal nagrywam rapy, ale reggae to coś, w czym spełniam się najbardziej – opowiada z błyskiem w oku.

Do współpracy zaprosili go Piotr i Marek. Nie mieli przed sobą łatwego zadania. Kielce nie są wystarczająco dużym miastem, by w przeciągu taktu znaleźć 5-6 muzyków umiejących grać w ich stylu. – Musieliśmy się posiłkować kolegami z zewnątrz, np. Lublina i Częstochowy. Dla przykładu – nasz przyjaciel, świetny zresztą jazzman, nie jest w stanie zagrać reggae – tłumaczy „Diabeł”.

– Pokutuje przeświadczenie, że to łatwizna – wtrąca „Funek”. – Ale kiedy przychodzi do wykonania, robi się trudno. Do skomponowania – jeszcze trudniej. A do tworzenia muzyki rasowej, do której wciąż nam daleko, zdecydowanie najtrudniej. Większość pewnych siebie muzyków opuszczała przesłuchanie zdziwiona. Reggae to konkret – mówi.

Wolni Ludzie swój pierwszy koncert zagrali 6 lutego 2014 roku w Kinie Fenomen z okazji 69. rocznicy urodzin Boba Marley’a. Miał to być projekt jednorazowy.

Nic nie zatrzyma mnie

„Gdy nam się uda, będziemy śpiewać te słowa do innych” – akcentuje Kamil w pieśni „Nie poddawaj się”. Udaje się. Od pamiętnego wieczoru w WDK zagrali ponad 100 koncertów, w ubiegłym roku wystąpili na kilku ważnych imprezach, m.in. Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie, Ostróda Reggae Festival, czy płockim Reggaelandzie, na którym wygrali konkurs debiutów. – Droga do szerszej publiczności wiedzie przez podobne imprezy. Angaż niestety nie jest prostą sprawą. Stworzyliśmy repertuar i próbowaliśmy przez 2 lata. Świeżaki na dodatek grają o 15, a nie 23. Wtedy jeszcze niektórzy śpią  – opisuje Piotr.

W 2015 roku, za pieniądze zarobione ze sztuk, wydali pierwszą EP-kę z udziałem saksofonu Włodzimierza Kiniorskiego i klawiszy Radosława Kupisa. Drugą, w ramach nagrody, sfinansował im Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki. Na plenerach miejskich zaczynają występować w roli gwiazdy. Na horyzoncie wyrośli fani i ich oczekiwania.

– Nie jesteśmy egoistami. Każdy z nas myśli o tym, żeby jego kompozycja trafiła do słuchaczy. Chcieliśmy wyjść z garażu – Kamil odkurza wzrokiem salkę.

Nie zakładali, że będą grać reggae, roots czy rocka. Twórczość zespołu jest wypadkową wrażliwości spotykających się na próbie instrumentalistów. Utwory będą się zmieniać, bo zmieniają się wykonawcy. Riff otwierający „Chwilę spokoju” atakowany jest brzmieniem Deep Purple, by momentalnie zanurzyć się w basowej żegludze reggae.

– Część repertuaru została wykreślona – przyznaje Marek. – Nie wszystkie piosenki wybrzmiewały na koncertach. Zależy nam, żeby set był różnorodny, a odbiorca nie usnął. W ciągu półtorej godziny musi się dziać.

Kiedy Kamil zasiada do pisania, próbuje układać pod reggae, z całym bagażem doświadczeń tego nurtu. Słońce ogrzewa usta i razi w oczy, a życie bywa pięknym zmaganiem zasłyszanym w „Waiting In Vain” Boba Marleya. – Utożsamiam się z tą muzyką. Pomogła mi zaakceptować siebie, wyjść do ludzi, nie siedzieć w domu – zdradza. Czasem pisze tu, na kolanie, wsłuchując się w granie kumpli z zespołu.

To nie tak

Romantyczne, jak żartuje Piotr, „dziadostwo” Bazy Zbożowej nuci skojarzenia z musicalem „La La Land”. Młody jazzman grany przez Ryana Goslinga mierzy się z podobnymi dylematami muzycznymi. Brudzić spodnie, czy prasować mankiety, nie martwiąc się o czynsz?

– Gdyby sukces komercyjny był naszym głównym celem, to wymyślilibyśmy popowe granie, idąc za przykładem Kamila Bednarka czy Tabu – ocenia Marek. – Wytwórnie i radia wymagają skracania piosenek do trzech minut. Na siłę tego nie robimy, ale samo nam wyszło w ostatnim okresie. Zobaczymy, czy zadziała.

Mają na koncie bliższe spotkania z programami telewizyjnymi. W 2015 producenci polskiej edycji „Must Be The Music” zaprosili ich do wzięcia udziału w castingu jurorskim. Kapela podchodziła do tego pomysłu niechętnie, dystansując się od produkowanych taśmowo gwiazd. Odpadli, ale nie żałują. Ewentualna wygrana skutkuje kilkuletnim uwiązaniem z wytwórnią. Efekt jednak został osiągnięty – posypały się lajki na Facebooku i zaproszenia na koncerty. Podobna sytuacja miała miejsce po wizycie w Teleexpressie. Bez mediów ani rusz.

– Trudno jest pracować i grać. Koledzy są pedagogami, ja pracuję w agencji reklamowej. Jedynie „Jackson” próbuje utrzymać się z muzyki, ale to niełatwe – przyznaje Gawęcki. – Wyżyć z grania można tylko w topowych składach, z Enej albo Marylą Rodowicz. Przez lata byłem w zespołach, które służyły zarabianiu pieniędzy, a nie realizacji własnych wizji. Dziś wiem, że warto robić swoje.

Odkuć można się latem lub na imprezach okolicznościowych. Muzyka zapłaci za prąd, ale nowe buty kupuje bezpieczny etat. – Każdy musiałby mieć na koncie po pół miliona, żeby nie martwić się, co będzie za 10 lat. Za granie wciąż zarabia się małe kwoty. Jeżeli nie masz wesel albo modnego zespołu coverowego, to dłubiesz. Czasem żałuję, że nie zostałem chirurgiem  – ironizuje „Funek”.

Siła serc

Powrót do muzycznych korzeni stanowi credo zespołu. Na ile jest on jednak możliwy, skoro nawet późny Marley oskarżany był przez purystów o polewanie reggae sosem funk rocka? – Wszyscy muzycy uprawiający ten styl inspirują się wyspą, czerpiąc z jej energii muzycznej i kulturowej – wyjaśnia Piotr. – Gdybyśmy chcieli, to bylibyśmy w stanie zagrać parę koncertów na ulicy w Kingston. Trzeba podróżować do miejsc, gdzie faceci grają na dwóch strunach tak, że większość muzyków w Kielcach nie jest w stanie tego powtórzyć. Oczywiście wszystko rozbija się o pieniądze, czas i możliwości.

Zespół gra głównie po polsku. Jedynymi wyjątkami są kawałek „I know” i niektóre covery (marleyowskie „One Love”, „War” czy „Brotherhood of Man” Izraela). Zależy im na dialogu ze słuchaczem i przekazywaniu emocji w ojczystym języku.

– Kreujemy, a nie kopiujemy. Na scenie jesteśmy wolni – Kamil dopisuje do spotkania codę wschodzącego uśmiechu.

Zasuwa kurtkę, bo pora się zbierać. Zimnica dudni w kościach wzorem dobrego jam session, a południowe słońce zaczyna topić śnieg. „Jackson” Wolski dyscyplinuje kolegów, zapowiadając piątkowe granie.

* Tytuły nagłówków pochodzą z utworów zespołu.

Tekst: Grzegorz Rolecki, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close