Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Nie mieliśmy u siebie gangsterów tej miary, co osławieni Tata Tasiemka czy Doktor Łokietek, którzy przed wojną trzęśli warszawskim półświatkiem. Na szczęście nie zadomowili się tu także bandyci pokroju Chany Bobkesa, będącego, wraz ze swym gangiem Bruderferajn, postrachem ówczesnego Wilna. Nie oznacza to oczywiście, że międzywojenna Kielecczyzna była wolną od przestępców oazą spokoju.

Opinię publiczną bulwersowały co pewien czas doniesienia o okrutnych zabójstwach i napadach, jak choćby sprawa zamordowania w 1930 r. posterunkowego policji z Niewachlowa Juliana Chojnackiego. Ludzie odetchnęli też zapewne z ulgą na wieść o likwidacji w 1934 r. szajki Krwawego Szwarca, która przez kilka miesięcy terroryzowała mieszkańców powiatu kieleckiego.

Spoglądając na statystyki z początku lat 30. można zauważyć, że pod względem liczby zabójstw czy rozbojów nasze województwo plasowało się raczej pośrodku krajowej stawki. Dominowaliśmy za to w kwestii – jak to określano – uszkodzeń cielesnych, przestępstw przeciwko moralności i zakłóceń spokoju publicznego. W tzw. potajemnym gorzelnictwie też zresztą nie byliśmy zbyt mocni. Ale nie były to raczej tematy, którymi najchętniej zajmowali się redaktorzy popularnego tygodnika kryminalno-sądowego „Tajny Detektyw”.

Lektura przedwojennej „Gazety Kieleckiej” przynosi interesujący obraz lokalnej przestępczości. Dziennikarze opisywali wszelakie występki nie szczędząc czytelnikom ciekawych smaczków. Nie pomijali przy tym informacji o personaliach i adresach zarówno ofiar, jak i sprawców. Kiedy nie było typowo krwawych spraw, redaktorzy najczęściej donosili o kradzieżach, małżeńskich niesnaskach, ulicznych napadach i awanturach, dokonywanych zazwyczaj po spożyciu odpowiedniej dawki „monopolki”. Fantazja ludzka była niekiedy zaiste imponująca.

Sposób na małżonka

Chętnie pisano o domowych nieporozumieniach. Zameldował w Komisariacie P.P. m. Kielc Stanisław B., zamieszkały przy ul. św. Aleksandra, że żona jego Józefa, z którą jest w separacji i razem nie mieszka, wraz ze swoim ojcem i bratową wybili okno i wtargnęli do mieszkania, gdzie potłukli mu naczynia, zdemolowali częściowo mieszkanie, zabrali garnitur wartości 80 zł, sakiewkę z 60 zł oraz różne dokumenty osobiste. Bardziej „konkretny” sposób na małżonka znalazła inna pani: Marianna G., zamieszkała przy ul. Starowarszawskiej, podejrzewając swego męża Jana o wiarołomstwo, zadała mu nożem 11 ran. Jana G. w stanie b. ciężkim odwieziono do szpitala św. Aleksandra. Teściowa, jak się okazuje, też mogła być powodem niejednego zdarzenia: Przy ulicy Starozagnańskiej rozegrała się niesamowita tragedia małżeńska, wynikła wskutek obrony teściowej. Pan Sz., lakiernik z suchedniowskiej fabryki odlewów, otrzymawszy wypłatę, poszedł jak to zwykle bywa na „jednego”. Małżonka p. Sz., Stefania, oczekiwała z godziny na godzinę na powrót swego męża. O północy do mieszkania przypuszczono atak, a gdy p. Stefania otworzyła drzwi, na progu stał jej małżonek i chwiejnym krokiem rozpoczął marsz po pokoju. Stefania pod adresem swego małżonka posłała szereg obelg, które w zasadzie przyczyniły się do wywołania niesamowitej awantury. W obronie męża p. Stefanii stanęła teściowa, która swą buziuchną stworzyła istne piekło w raju małżeńskim. Pani Sz. obelgami teściowej doprowadzona do rozpaczy zażyła esencji octowej. Powstał krzyk i lament, a panią Sz. odwieziono do szpitala celem przepłukania żołądka.

I małżonkę…

Niezły skandal miał swego czasu miejsce przy kieleckiej ulicy Hożej: Pech chciał, że Eugeniusz R. zamieszkały przy ul. Hożej z nudów musiał się ożenić. Jak na 26-letniego małżonka przystało, prowadził żywot skromny i bogobojny. Nie wiadomo, jak długo jeszcze trwałoby szczęście małżeńskie, gdyby nie żona, która wiedziona różnemi pokusami zapragnęła swobody. Pewnego pięknego poranka sprzedała meble, samochód i w ogóle całą chudobę znajdującą się w mieszkaniu i znikła jak kamfora. Pan R. postradał z tego tytułu zmysły i rozpoczął hulaszcze życie, pijąc monopolkę jak się patrzy. Onegdaj p. R., pod wpływem silnego rozstroju nerwowego po stracie swej małżonki, zażył esencji octowej, aby wreszcie skończyć z tym marnym żywotem. Zamach samobójczy w porę jednak spostrzeżono i pana R. przewieziono na kurację do szpitala św. Aleksandra. Esencja octowa (czyli stężony roztwór kwasu octowego) była w naszym kraju – jak dowiadujemy się z przedwojennego warszawskiego dziennika „ABC” – drugim co do pospolitości stosowania środkiem zażywanym przez potencjalnych samobójców. Najpospolitszym specyfikiem łykanym na skrócenie sobie dolegliwości życiowych była bowiem… jodyna (cytowany przy tym lekarz pogotowia twierdził: Szkoda tylko przyjazdu, bo może w tej chwili ktoś naprawdę potrzebuje pomocy).

Wróżka zamiast policji

Na porządku dziennym były oczywiście zwyczajne kradzieże. Szczególne pole do popisu mieli złodzieje na tłumnie odwiedzanych targowiskach. Ale byli także bardziej wybredni przestępcy, jak choćby ci, którzy szczególnie upodobali sobie garnitury, numizmaty i błyskotki: Kielce nawiedzone zostały falą bandy włamywaczy, którzy dokonali kilku śmiałych włamań. Do mieszkania Franciszka S., zam. przy ul. Kościuszki, włamywacze dostali się za pomocą wytrycha, skąd skradli 2 garnitury męskie, 4 weksle na 500 zł, 20 zł w gotówce, 7 biletów loterii państwowej, 150 rubli w złocie, 2 kg srebrnych monet różnych państw oraz różną biżuterię. Wartość skradzionych przedmiotów p. S. określa na 4.600 zł. W tymże dniu najprawdopodobniej ci sami sprawcy dokonali również włamania do mieszkania urzędnika Urzędu Skarbowego Władysława B., zam. przy ul. Szerokiej, skąd skradli 1 garnitur czarny, 3 dolarówki, 300 zł w gotówce oraz różną biżuterię na ogólną sumę zł 2000.

Smakowity był przypadek kradzieży, co prawda wyjątkowo pospolitej, ale za to o „cudownym” finale: Gospodarzowi O. ze wsi Dobromyśl pod Kielcami ukradziono pierzynę i poduszki. Jest to dla naszego kmiotka poważna strata materialna i niewygoda. Ale trzeba sobie umieć radzić. Kto inny udał by się do policji i ta albo by znalazła, albo nie znalazła skradzionych rzeczy. Nasz O., zaraz po zauważeniu braku poduszek i pierzyny, siadł na konia i popędził do Korczyna pod Łopusznem do sławnej wróżki. Natchniona ta niewiasta odpowiedziała mu jak nieboszczka Pytia: pierzyna i pościel jeszcze nie wywiezione ze wsi, znajdziesz je na polu między małym i dużym lasem. No i rzeczywiście, po powrocie do domu O., przeszukawszy pole według wskazówki wróżki, znalazł w życie skradzioną pościel.

Kradzież to czy zguba?

Niektóre kradzieże budziły wątpliwość wśród stróżów prawa: Pani Ł. (ul. Wesoła) zameldowała w komisariacie policji, że nieznani sprawcy skradli z jej sklepu 40 zł z szuflady. Pamięć p. Ł. jest na tyle bystra, że przy pomocy przenikliwego swego umysłu zdołała, jak Sherlock Holmes, z niewiadomych podstaw wysnuć wniosek, że sprawcy dostali się do sklepu 12 stycznia o godz. 2 po południu przez drzwi otwarte wytrychem. Porównawszy daty, ze swej strony wysnuto wniosek, że jeżeli poszkodowana po kilku dniach wiedziała, ile było pieniędzy w szufladzie oraz że rzecz miała się dokładnie o godzinie 2-ej słusznem przeto by było, żeby dokładnie wiedziała imiona i nazwiska sprawców, ich rok urodzenia, wzrost, kolor włosów i imiona ich rodziców.

Czasem działali także i nieznani sprawcy (nie mylić z tymi, którzy w Kabarecie Starszych Panów porywali hrabinę Tyłbaczewską): Sędziwi etymolodzy dowodzą, że imię Wicuś pochodzi od wie-coś – coś wie… Stwierdzenie to okazuje się o tyle niedającem się zastosować w życiu praktycznem, że często Wicuś nic nie wie. Dzieje się to zazwyczaj wtedy, gdy Wicuś miesza Etyl z Baczewskim. Jawnym tego dowodem jest oryginalna przygoda, jaka spotkała Wicusia G. (ul. Starowarszawska), szczęśliwego posiadacza 1.400 zł, które po pijanemu ukrył tak przemyślnie, że po trzeźwemu nie mógł ich znaleźć. Wobec czego wszczął alarm, że te 1.400 zł zostały mu skradzione. W czasie dochodzenia wstępnego ustalono pewne nietrzeźwe momenty Wicusia, a naprowadziwszy go na myśl sprytnego ukrycia złotówek, dodano mu bodźca do staranniejszego poszukania zguby, co dało pomyślne rezultaty, gotóweczka bowiem odnalazła się w całości. Wicuś teraz „wi” tylko to, że nie należy wyszukiwać tak łamigłówkowych schowków. Zdarzały się przypadki zagubienia poważnej kasiory w przypadku, gdy do głowy uderzała „finansowa woda sodowa”: Lejbuś Ż. (ul. Sienkiewicza) okazał się na tyle niezdarnym, że zgubił 250 zł – i to bynajmniej nie w wekslach, ale w gotówce. Znajomi Lejbusia mówią, że zupełnie stracił głowę od czasu, jak stał się posiadaczem tak poważnej sumy. Nic też dziwnego, że zgubił ją….

Nieczysta Czysta

Spacerujący przed wojną po Kielcach tzw. porządni obywatele unikali pewnego miejsca, gdzie – jak pisano w gazecie z 1928 r. – zbierają się rogówki, złodzieje, alfonsy, prostytutki i inne szumowiny. Jest to róg Czystej i Sienkiewicza, który całkowicie znajduje się bez opieki policji. Panienki zapalczywie atakują przechodniów, alfonsi pilnują zdobyczy, a wszystko na wypadek alarmu znika gdzieś w głębiach mrocznych ulicy, zwanej jakby na urągowisko Czysta. Prasa zresztą dość często donosiła o różnych awanturach tam się odbywających.

Nie było jeszcze o klasycznych napadach z bronią w ręku. Pistolet czy nóż to mała atrakcja, w myśl powiedzonka „karate karatem, a siekierka najlepsza…”: W lesie Adamówka w powiecie stopnickim jakiś rabuś terroryzuje przechodniów nie, jak zazwyczaj, rewolwerem lub nożem, lecz kosą. Napadł na przejeżdżającego z drzewem Antoniego K., gospodarza wsi Wabówka, i odebrał mu portfel. Zawiódł się jednak bardzo, bo w portfelu nie było pieniędzy.

Gazety, Głupcze!

Na koniec małe co nieco o potrzebie czytania gazet: Jan S. (wieś Skałka, pow. włoszczowski) nie śledził żywego tempa, w jakiem życie postępuje naprzód za najnowszymi wynalazkami w różnych dziedzinach i źle na tym wyszedł. Idąc na dworzec w Kielcach spotkał się z nieznanym oszustem, który przyłączył się doń i wszczął przyjacielską gawędę. Po chwili obaj znaleźli kopertę z jakimiś papierami. W tym momencie podszedł do nich drugi oszust i oświadczając, że to on zgubił, zrewidował obydwu. S. był w porządku, więc pokazał swój portfel z pieniędzmi. Rewizja nic nie wykazała. Dopiero w domu S. obejrzał portfel i nie znalazł pieniędzy. Gdyby p. S. czytał w gazetach o tzw. „kopertach”, to by się na pewno nie dał oszukać. A sens moralny gazety trzeba czytać.

***

Jest to tylko krótki przegląd lokalnych kryminałków z międzywojennej „Gazety Kieleckiej”. Jak zacni Czytelnicy oczywiście zauważyli, pominąłem szczegóły dotyczące personaliów bohaterów. Być może przykro byłoby się po latach dowiedzieć, że czyjś np. krewny lub dawny sąsiad dał się kiedyś obrobić jakiemuś podrzędnemu cwaniakowi, o innych nieeleganckich rzeczach już nie wspominając…

Tekst: Jacek Korczyński

Ilustracje pochodzą z tygodnika „Światowid” (1929, nr 8) oraz tygodnika „Tajny Detektyw” (1933, nr 31).

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close