Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Mała, choć długa, wieś niedaleko Bodzentyna, z widokiem na ciągnące się pasmo Łysogór. W jej środku, przy drodze prowadzącej do Słupi Nowej, jest dom i podwórko, na którym każda roślina rośnie, jak lubi, odwdzięczając się soczystą i gęstą zielenią. To prawdziwe królestwo państwa Nowakowskich. Ale my przyjechaliśmy do pod-, lub raczej nadkrólestwa. Na strychu domu mieści się potężna biblioteka, czytelnia i profesjonalna manufaktura – wydawnictwo Liberatorium. Tu rządzi Radek Nowakowski – nietuzinkowy autor artystycznych książek i tłumacz.

Gdy kończyłeś 60 lat dość przygnębiająco podsumowałeś swoje życie. Napisałeś, że robisz rzeczy nikomu niepotrzebne.

Trzy lata później wciąż robię rzeczy nikomu niepotrzebne. I z tego nie zrezygnuję. Właściwie niczego poza książkami nie potrafię. Inni robią rzeczy bardziej sensowne. Wyleczą cię na przykład, zęba wyrwą, pralkę zaprojektują. Na kogo więc padło, na tego bęc…

Jesteś jedynym twórcą książek artystycznych w Polsce?

Nie, choć pod pewnymi względami jestem dosyć unikatowy. Na przykład: konsekwentnie zajmuję się tym od lat. Jest mnóstwo ludzi, którzy robią to z doskoku. Malarze, rzeźbiarze, poeci. Różni. Ja od początku robię książki, nie dzieła sztuki. Książki, które choćby nie wiem jak dziwaczne, są przeznaczone do czytania, jak również do tego, by powielić je w jakimś nakładzie. Dlatego mam własne wydawnictwo. Jestem autorem i wydawcą, zdecydowanie wolę więc określenie „książka autorska”. I w tym jestem unikatowy, ot, taki „samotny biały żagiel”.

A na świecie?

Też myślę, że wielu by się nie znalazło. Z reguły ludzie biorą cudze teksty i tylko im gombrowiczowsko dorabiają gębę: ilustrują, dobierają papier, czcionki, pięknie drukują, jeszcze piękniej oprawiają. Mało jest takich, którzy wymyślają książkę od początku do końca. I nie tylko wymyślają, lecz także piszą i drukują.

Dlaczego? Wydawałoby się, że to ciekawa forma.

Ogromnie ciekawa, ale i bardzo trudna. Musisz być pisarzem, rysownikiem, typografem, projektantem, drukarzem, introligatorem, redaktorem, korektorem. Nie potrafiłbym pracować nad książką, jeśli czegoś nie byłbym w stanie zrobić sam, jeśli musiałbym współpracować z kimś i mówić: a tu mi powiększ literkę, a ten akapit zwęzimy, rysunek ciut do góry, poprzedni odcień zieleni lepszy, podobnie jak ta metafora wyrzucona trzy dni temu… Tak bym mendził i mendził, aż by mnie ten drugi zatłukł wałkiem, młotkiem albo obcążkami. Niemiernie trudno byłoby mi przekazać komuś to, co mam w głowie. Tym bardziej że wizja bywa płynna, zmienna. Ja sobie wyobrażam całą książkę, całą jej konstrukcję, tę misterną budowlę. Pomaga mi w tym moje niedokształcenie architektoniczne.

Niedokształcenie, bo studiów nie skończyłeś. Zrezygnowałeś z architektury, by – jak mówisz – ratować świat i ludzi przed swoimi budynkami.

Na pierwszym roku miałem zajęcia z matematyki. Wykładowca wchodził na salę i mówił: No co, przyszli architekci, przyszli i poszli? No i ja sobie tak poszedłem.

Co najbardziej cenisz w swoich książkach i życiu? Niezależność?

Dobrze trafiłaś. Swoboda i wolność są najważniejsze. Mimo ceny, jaką za nie płacę. Mógłbym próbować się dogadywać z wydawnictwami, ale z pewnością musiałbym pójść na pewne ustępstwa. Pamiętam taką rozmowę sprzed lat w wydawnictwie słowo/obraz terytoria. Chciałem ich namówić na wydanie przetłumaczonej przeze mnie książki. Przy okazji podsunąłem swoją. Naczelny ją przeglądnął i westchnął: „Ale tu wszystko jest już gotowe. Pan nam odbiera całą przyjemność robienia książki”. Miał rację. Ja chciałem, by oni ją tylko rozmnożyli. Nie chciałem, by przy niej grzebali. Mam świadomość, że nie wszystko w moich dziełach jest idealne, ale tworzy spójną całość i musi być właśnie takie. Tu nie ma miejsca na żadne ustępstwa. Wolność jest odpowiedzialnością. W Liberatorium biorę za moje książki pełną odpowiedzialność, nie mogę zwalić winy na nikogo, a to że w drukarni coś popsuli, albo redaktor coś poplątał. To chyba jest najistotniejsze.

Mówisz, że Twoje książki są do czytania. Gdybyś jednak dogadał się z wydawnictwem, miałbyś szansę na większą rozpoznawalność. Nie szkoda Ci, że tak niewiele ludzi Cię zna i czyta Twoje dzieła?

Szkoda mi, ale co mam zrobić? Na szczęście kilkanaście czy kilkadziesiąt egzemplarzy to i tak więcej niż jeden.

Może napisać drugą „Ulicę Sienkiewicza”, Twoje najbardziej rozpoznawane i chyba najdłuższe (po rozłożeniu ponad 10 metrów) dzieło? Obiecywałeś, że zrobisz kolejną część, opowiesz o tym, co dzieje się po drugiej stronie okien. Jestem tym zainteresowana, bo sama przy tej ulicy mieszkam.

(Śmiech). Nie obiecywałem, ale rzeczywiście zastanawiałem się… Myślę, że to w dużej mierze kwestia promocji, wręcz zwykłej informacji, dotarcia do ludzi. Mogę utyskiwać, że nie kupują moich książek, że brak zainteresowania, ale faktem jest, że wiele czasu na promocję nie poświęcam. Właściwie wcale. Nawet na Facebooku mnie nie ma.

Nieprawda, miałeś profil Liberatorium.

Córka mi założyła, ale ona też nie wiedziała, co z tym dalej zrobić. Niestety, jestem w pełni świadom tego, że czasu mam coraz mniej. Bliżej mi niż dalej. Co z tego, że będę obecny na Facebooku? Jeśli wyślę informację o tym, co robię do 5 tysięcy osób, to te 5 tysięcy osób także wyśle do mnie informacje o tym, co robią. Zwykła uprzejmość wymaga, żeby chociaż rzucić na nie okiem. Zejdzie cały dzień. I tak tracić czas na wzajemne informowanie, kiedy tyle rzeczy do zrobienia? Jak Krysia (Krystyna Nowakowska, żona Radka – dop. red.) pójdzie wreszcie na emeryturę, to może się promocją zajmie. Chociaż źle jej nie życzę – są ciekawsze rzeczy.

I to mówi autor pierwszej polskiej powieści hipertekstowej „Koniec świata według Emeryka”?

Czuję już pewne ograniczenia, technologie mnie wyprzedziły. „Emeryka” wydał Ha!art i się na tym przejechał, bo nie przewidział, że za chwilę uruchomią neostradę i nikt nie będzie kupował powieści hipertekstowej na płycie. Po co, jak czytelnik może ją sobie ściągnąć? Zwłaszcza, że cały „Emeryk” waży 10 czy 15 MB. Dziś zajmuje to moment. Gdy robiliśmy to w 2005 roku, to jeszcze się pracowało na modemie: albo się rozmawiało przez telefon, albo się ściągało pliki. Wtedy płyta miała sens. Poza tym Ha!art chciał nawiązać do pierwszych amerykańskich książek hipertekstowych. Gdy w 1986 roku Michael Joyce wydawał „Popołudnie. Pewną opowieść”, to na dyskietkach znajdował się również program umożliwiający czytanie. Wtedy nie było jeszcze Internetu, a to raptem nieco ponad 30 lat temu.

Skoro z „Emerykiem” dałeś radę, to może warto i teraz?

Kolejny mój hipertekst, „Liberlandia”, jest projektem otwartym, ciągle coś dopisuję. Ostatnio przenosiłem ją na inny serwer. Sporo w niej pozmieniałem. Przy okazji sprawdzałem, jak wygląda na smartfonowym ekraniku, bo teraz wszyscy wpatrują się właśnie w niego. Nie wygląda dobrze, albowiem wszystko zaprojektowałem dla dużego ekranu stacjonarnego komputera. Gdybym zaczął „Liberlandię” przerabiać, gdybym wreszcie opanował te nowe technologie, mogłoby się okazać, że one są już całkiem stare i nieaktualne, bo właśnie pojawiły się inne urządzenia. Mój wysiłek poszedłby na marne. Papier to jednak papier, książka to konkret. Gdy światło wyłączą, nie ma „Liberlandii”, znika.

Promocja zawodzi, nie chcesz gonić za nowinkami. Coś jeszcze?

Z pewnością to też jest kwestia cen książek. Może powinny być tańsze, ale dochodzę już do kresu opłacalności. Czy 150-200 złotych za ręcznie zrobioną książkę istniejącą w kilkudziesięciu egzemplarzach to dużo? Chyba nie. A jednak… Jeden egzemplarz to od kilku godzin do kilku dni pracy, w zależności od stopnia skomplikowania. Plus kilka miesięcy lub kilka lat pisania. Może powinienem ustawić ceny na poziomie 1500-2000, albo i dziesięć razy wyższym. Wtedy byłaby to jakaś lokata kapitału. Tak, to jest pomysł, lecz kiepski, jako że nie zależy mi na tym, aby ktoś lokował kapitał w moich książkach. Wolę, aby kupował je ktoś, komu się spodobały, kto chce je przeczytać.

A trzeba przyznać, że jest co czytać. Ile książek masz na koncie?

W tej chwili mam 33 części z cyklu „Nieopisanie świata”. W niektórych przypadkach wersje językowe są oddzielnymi książkami, kilka występuje w dwóch lub trzech wersjach różniących się architekturą. Gdybym chciał zrobić wystawę pokazującą wszystko, w tym także egzemplarze „historyczne”, na przykład te wystukane na zwykłej maszynie do pisania, to liczbę 33 należałoby pomnożyć przynajmniej przez 2, a może nawet przez 3.

W ubiegłym roku wydałeś „Orysowanie świata” o francuskim miasteczku Naucelle. Nic w nim nie napisałeś, tylko narysowałeś. Kto cię zna, ten wie, że przez całą twórczość zmagasz się z zadaniem opisania świata. I na dodatek doskonale wiesz, że nie uda Ci się tego zrobić. Ale żeby tylko rysować? Przestałeś wierzyć w słowo?

Wróciłem do korzeni. Kiedyś dużo rysowałem – z pierwszego wyjazdu do Włoch, ponad czterdzieści lat temu, przywiozłem kilkaset rysunków i żadnego słowa. A do tego miasteczko Naucelle, takie wielkości Bodzentyna, jest urocze i to nie tylko w sensie architektonicznym. Chyba mógłbym się tam odnaleźć. Spędziłem tam 2,5 tygodnia. Sprzedałem 14 książek, mimo bariery językowej. Co prawda, mogę założyć, że część kupili znajomi, którzy organizowali wystawę, bo czuli się w obowiązku, ale większość trafiła w ręce tych, którym się one po prostu spodobały. W Bodzentynie mieszkam już 24 lata i… nie sprzedałem żadnej książki. Mało tego, nikt się nie interesuje tym, co robię. No i nie ma ani galerii, ani księgarni. W Naucelle jest kilka galerii, księgarnia też jest, a w trakcie naszego pobytu odbyły się, w hali sportowej, jednodniowe targi książki dla regionalnych wydawców. Całkiem interesujące. Kupiłem na nich „Księgę katoja” Jeana Boudou. To tamtejszy pisarz oksytański, powiedzmy taki ichniejszy Żeromski, choć dużo bardziej współczesny.

To może pora przeprowadzić się do Francji?

Gdyby tutaj nie było tak pięknie, gdybym nie miał tego domu, ogrodu, to kto wie?

Po „Orysowaniu świata” pojawiła się kolejna, zatytułowana „Książka bez tytułu będąca 33 częścią nieopisania świata”.

Napisałem kryminał somnambuliczny. Wydrukowałem go, daję bratu, a ten mówi: no wreszcie normalna książka do normalnego czytania. Ale bratowa zajrzała trochę głębiej i jednak okazało się, że to nie jest normalna książka. Mógłbym zdradzić tajemnicę…

Kto zabił? W końcu to kryminał…

Nie, to nie tak. To książka w całości wyśniona. Kiedyś czytałem sporo Carlosa Castanedy. Podobno antropologiczny szarlatan, ale książki ciekawe. Indianie Yaqui wśród których przebywał, traktują sen jako inny aspekt rzeczywistości. Wychodzą z założenia, że tak jak się uczymy poruszać na jawie, tak możemy nauczyć się poruszać we śnie. Stosowanie określone technik pozwala śnić na konkretne tematy, kontynuować sen, wracać do miejsc i wydarzeń, śnić ten sam sen we dwie osoby. Dawno temu przyśniła mi się książka, która miała absolutnie fenomenalną konstrukcję. Była bryłą nieprawdopodobnie rozszerzającą możliwości narracyjne. Obudziłem się i chciałem to zanotować, ale okazało się, że nie potrafię jej ani opisać ani narysować. Sporo lat później przyśniła mi się następna książka. Skończona, gotowa. Dokładnie ją widziałem, wiedziałem, jak była zrobiona, jak napisana. Weszła mi głęboko w głowę. Byłem przekonany, że istnieje. Przychodziła jakaś wystawa i chciałem ją drukować. Ale gdzie ona jest? Gdzieś się zapodziała? Dopiero po chwili przypominałem sobie, że to był sen. Pewności jednak nie miałem. Rok temu, przyśniło mi się, że komuś opowiadam o tej wyśnionej książce. Obudziłem się i uznałem, że skoro we śnie opowiadam sen, to muszę coś z tym wreszcie zrobić. Ale co? Muszę znaleźć tę książkę. Gdzie jej szukać? Oczywiście we śnie, bo była chyba tam – na jawie jej nie było, szukałem przecież. I zacząłem spisywać sny. W tej książce są tylko rzeczy wyśnione. Nie ma tytułu, bo tytuł mi się nie przyśnił – to znaczy pojawił się, ale litery uciekły z okładki zanim zdążyłem złożyć je w słowa. Ta zaginiona we śnie jest wewnątrz tej ujawnionej.

A jak się do tej zaginionej książki dostać?

Trzeba wejść do wnętrza tej nowej. Ale wtedy ją zniszczymy. Podpowiem, że chyba nie warto, ale czytelnik musi zdecydować sam. Co ciekawe, gdy już ten „kryminał” skończyłem, przestały mi się śnić książki.

Gdy spotkaliśmy się poprzednio, miałeś gotowe tomy o dwóch żywiołach: „Wodę” i „Drewno”. Teraz jest jeszcze „Ogień” i „Powietrze”. Zapowiadałeś także część o plastiku, uznając że to kolejny współczesny żywioł. Pracujesz nad nią?

Zdarzają się książki, które, ot tak, bum trach i są, nie muszę się nad niczym zastanawiać. Po prostu zabieram się do roboty i od razu wszystko wychodzi, wszystko pasuje. Tak było z „kryminałem”. A są takie, że niby wszystko wiem, a za cholerę to się nie może urodzić. I taki jest ten nieszczęsny „Plastik”. Męczę się już nad tym drugi rok. Dopisuję, poprawiam, przerabiam i nie chce mi się to złożyć. Nawet papier plastikowy już na nią znalazłem.

Poza książkami o żywiołach, opisujesz także kształty świata.

„Mapa” to świat płaski lub okrągły, jak się ją zgniecie w kulę. „Szopa” to świat kanciasty, można ją przekształcać w koślawy prostopadłościan, a dodatkowo tekst złożony jest nieokrągłymi, graniastymi czcionkami. Jest odwrotnością książki, która powstała w fabryce Norblina w Warszawie. Tamtą najpierw napisałem na murach, wewnątrz, a dopiero potem przeniosłem na papier. Ta miała się pojawić na szopie, która stoi na moim podwórku, lecz najpierw powstała wersja papierowa i na niej poprzestałem, nie przeniosłem jej na szopę. Mam też świat tulejowy. „Tuleja” ma sześć warstw i tę właściwość, że można ją czytać z dołu do góry i z góry na dół, obracając, jak to tuleję. Będą kolejne książki eksplorujące różne struktury świata i wszechświata. Ale najpierw chcę skończyć tę o plastiku.

Popełniłeś też książkę dla dzieci, „Kukuryki”, wierszyki o niedużym świecie kurzym, pisane kurysywą.

„Kukuryki” się rozrosły, zyskały międzynarodowy wymiar. To pokłosie wystawy w Naucelle. Bardzo się ta moja książka podobała, ale miejscowi nic z tych wierszyków nie rozumieli, a przetłumaczyć się ich przecież nie da. Trzeba było zatem dopisać nowe i pobawić się kurę w innych językach. Dlatego francuska kura, czyli poule stała się żarówką, czyli ampoule. Angielska, hen, przyczyniła się do powstania wierszyków o rock’hen’rollu, o kompozytorach Hendlu i Hencocku i krainie zwanej Hengland. Zaś wierszyk esperancki opowiada o filmie, bowiem kura w tym języku to kokino.

Swoje książki piszesz nie tylko po polsku, ale też po angielsku i w esperanto. Zajmujesz się tłumaczeniami. Iloma językami władasz? Kiedyś opowiadałeś mi, że uczyłeś się na przykład suahili.

Suahili próbowałem poznać z ciekawości, żeby rozszerzyć lingwistyczne horyzonty. Tkwimy zamknięci w swoich językach niczym w klatkach. Nawiązuję tu do hipotezy Sapira-Whorfa, głoszącej że język definiuje nam świat. Suahili dzieli rzeczy na dziesięć klas, a logika tego podziału jest dla nas w wielu momentach zupełnie niezrozumiała; raczej nie połączylibyśmy ze sobą rzeki, ręki, drogi i drzewa przyjmując za kryterium to, że są one długie. Suahili kategoryzuje świat zupełnie inaczej niż polski, angielski czy francuski. Podobnie jest ze słownictwem, które nie jest oparte na łacinie i grece, więc nie budzi żadnych skojarzeń, nie pozwala się niczego domyślić.

No to które języki znasz?

Używam, nieomal na co dzień, angielskiego, piszę, tłumaczę. Znam esperanto, prawie znam francuski, rosyjski w zasadzie już zapomniałem, ale jak wezmę książkę, to jeszcze bez większych problemów sobie poradzę. Ze trzy lata temu czytałem siedemnastowieczną prozę chińską właśnie w rosyjskim przekładzie, żeby potem sięgnąć po współczesnego Mo Yana, już po polsku. Kiedyś uczyłem się włoskiego, jeszcze będąc studentem, na kursie w Perugii. Tylko co potem zrobić z włoskim? Gdzie go używać poza Włochami? Dante w oryginale mnie nie pociągał. Bardziej Moravia albo Italo Calvino. Ale to byłoby za trudne. I tak mój włoski zmarniał, uwiądł i popadł w zapomnienie.

A po co uczyłeś się esperanto? Przecież to sztuczny język.

Interesująca jest idea tego języka. Wizja świata, w którym możemy się dogadać bez żadnych problemów fascynuje. Poza tym to język prościutki, którego można się nauczyć szybko, więc oszczędzasz czas, pieniądze, energię. Tu nie chodziło o to, by zastąpić języki narodowe, bo to po prostu niemożliwe, lecz by pomóc w komunikowaniu się. W ONZ czy UE dokonuje się codziennie gigantycznej ilości tłumaczeń pism urzędowych. Można by to znacznie uprościć i zaoszczędzić masę pieniędzy wprowadzając jedną wersję esperancką. Ludzie jednak wolą życie komplikować. Daje to większe możliwości kombinowania, co przekłada się na większe korzyści, przynajmniej dla części populacji, więc jest uzasadnione ewolucyjnie: moje nadmiernie skomplikowane książki zdają się być sławetnym wyjątkiem potwierdzającym regułę – to tak na marginesie… Dziś angielski jest swojego rodzaju esperanto, jest, jak to mawiają, językiem wehikularnym.

Swoje książki tłumaczysz jednak i na angielski i na esperanto.

Mawiają też, że stara miłość nie rdzewieje. Esperanto jest językiem bez kultury. Z jednej strony może to być poważny zarzut, a z drugiej ogromny plus. Jeśli uczysz się języka obcego, to on zawsze będzie obcy. A to akcent, a to końcówka nie taka, a co to za dziwne słowo? Znam to z autopsji, bo przecież Anglicy czy Amerykanie czytają moje teksty i mówią potem, że wszystko fajnie, super, ale czasami jakoś tak dziwnie brzmi. Nie ma czegoś takiego jak muzyka, kuchnia, moda, czy architektura esperancka. Gdy ktoś nam powie np. muzyka brazylijska od razu słyszymy instrumenty, rytmy, wiemy jak to powinno brzmieć. Wszyscy znający esperanto czują się jak u siebie, nikt nie jest uprzywilejowany. Esperanto jest wszystkich i niczyje. Dodatkowo masz pełną swobodę w kreacji słów. Możesz je tworzyć, zmieniać, transformować, ale są określone zasady, które pozwolą drugiej stronie to odczytać. W językach naturalnych to już nie jest takie proste. Możesz próbować tworzyć nowe słowa, ale istnieje ryzyko, że to co dla ciebie jest fajne, inni uznają za kompletne nieporozumienie.

Na renesans esperanto chyba nie mamy co liczyć. Zostaniemy przy angielskim?

Nie byłbym tego taki pewien. Już za chwilę świat będzie się musiał uczyć chińskiego. Niedługo i tak wszyscy będziemy Chińczykami (śmiech). Rok temu moja córka odbierała licencjat w Royal Albert Hall i czuliśmy się jak w Szanghaju. Chyba ze 60 proc. studentów jej uczelni, Imperial College London, stanowią Chińczycy. Już w tej chwili co czwarty człowiek na świecie to Chińczyk. Co bardzo istotne pismo chińskie jest uniwersalne. Piszesz po chińsku i możesz to przeczytać w dowolnym języku. Jeśli rysujesz piktogram, który oznacza człowieka i bardzo go przypomina swą formą, to możesz go przeczytać w każdym języku. To działa tak jak nasze, czyli arabskie, cyfry. Chińczycy, którzy we własnym państwie mówią tak różnymi dialektami, że nie mogą się dogadać, posługują się tym samym pismem. Nie dogadują się, ale się dopisują.

Co jest najtrudniejsze w pracy tłumacza?

Nieustanne zmaganie się z kontekstem kulturowym. To jest zakała tłumaczeniowa. Bagno, w którym się tonie i nie wyciągniesz się z niego za włosy jak pewien słynny baron. Nie możesz opatrzyć tekstu tysiącem przypisów, bo przestanie nadawać się do czytania. Nie jest trudno przetłumaczyć z polskiego na inny język frazę „najlepsze kasztany są na placu Pigalle”; tłumacz nieco się zdziwi, ale poszuka w Internecie i dowie się co to była „Stawka większa niż życie”, umieści stosowny przypis. I co z tego? Dla czytelnika z innego świata pozostanie to jednak zupełną abstrakcją. Parę lat temu przetłumaczono na francuski „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. W wywiadzie z tłumaczem wyczytałem, iż największy problem miał ze słowem „Żydówa” z pozoru jakże prostym i oczywistym. Po pierwsze: w polskim mamy zgrubienia i zdrobnienia, a nie we wszystkich językach one występują. To jeszcze da się obejść. Po drugie: podteksty znaczeniowe, niuanse, którymi ta „Żydówa” jest podszyta. W tym jednym słowie jest zawarta nieomal cała historia polsko-żydowska. I jak to oddać w innym języku?

Czyli i język i kultura nas ograniczają. Jak więc żyć, panie Radku, jak żyć?

Jakoś. Spróbować wyjść z tej kulturowej klatki. Z tej szopy, gdzie siedzimy ukryci i spozieramy w poczuciu wyższości na otaczający świat przez szparę w deskach. Wyjść z niej i oglądnąć ją z zewnątrz. I pamiętać, że to niewiele da, bo wychodząc z tej pierwszej szopy wejdziemy do drugiej, tyle że większej. Z niej też trzeba się wydostać. I tak dalej. Nie jest to łatwe. Może być niebezpieczne. Znacznie mniej przyjemne niż w „Seksmisji” (ach te konteksty kulturowe).

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close