Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Lubomir Tomaszewski (1923-2018) pozostanie jednym z tych artystów, których prace zapamiętuje się od razu i na długo. Choć jak wszystko – mogą się one podobać lub nie – są jedyne w swoim rodzaju zarówno jeśli chodzi o zastosowaną technikę, jak i użyte materiały oraz tematykę czy kontekst. A te to przede wszystkim odniesienia do natury oraz żywiołów, zwłaszcza ziemi i ognia.

Urodził się w 1923 roku w Warszawie, gdzie ukończył Wydział Rzeźby warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W latach 60. wyjechał do Nowego Jorku – miasta będącego symbolem wolności, twórczości i niewyczerpanym źródłem inspiracji nie tylko dla artystów. Tomaszewski do śmierci mieszkał i tworzył w USA. Miał na swoim koncie kilkaset wystaw indywidualnych i zbiorowych na całym świecie, a jego prace wystawiane były w licznych prestiżowych galeriach i muzeach. Trafiły także do kolekcji prywatnych, m.in. rodziny Lawrence’a Rockefellera, Jimmy’ego Cartera czy Margot Rosenmund Calles. „The New York Times” określił Tomaszewskiego mianem „rzeźbiarza ruchu”, a wielu krytyków dostrzega oryginalną technikę „ognia i dymu”. Odbiorcy doceniają także jego znakomitą umiejętność wyrażania emocji.

Dziewczyna w spodniach

Co łączy Lubomira Tomaszewskiego z regionem świętokrzyskim? Otóż w czasach socjalizmu jeśli ktoś był rzeźbiarzem, ale niekoniecznie chciał poprzez swoje prace służyć ideom ustroju, musiał szukać drogi alternatywnej. Tomaszewski odnalazł się w rzeźbie kameralnej, a dokładniej… w projektach niewielkich figurek z porcelany z ćmielowskiej manufaktury. W latach 50. na stałe związał się artystycznie z Instytutem Wzornictwa Przemysłowego, gdzie mógł współpracować z takimi artystami, jak Henryk Jędrasiak, Mieczysław Naruszewicz czy Hanna Orthwein. To właśnie wtedy zaczęła się jego kariera kreatora figurek.

W międzyczasie udało mu się także zaprojektować dwa serwisy do kawy „Dorota” i „Ina”, które w krótkich seriach i sześciu wariantach wytwarzano właśnie w Ćmielowie. Artysta zrezygnował z okrągłego kształtu naczyń i doklejanych uszek i dziubków, które najprościej było obtłuc. Oba zestawy zostały pokazane na I Międzynarodowej Wystawie Form Przestrzennych w 1963 roku. Podobno zainteresował się nimi sam Philip Rosenthal, ale władze polskie skutecznie utrudniły kontakt giganta porcelany z polskim projektantem.

Wracając do figurek, jednym z bardziej popularnych projektów Tomaszewskiego jest „Dziewczyna w spodniach” z 1961 roku. Z pozoru dość jednoznaczną figurkę można zinterpretować jako emblemat nowoczesnej, miejskiej, zdecydowanej kobiecości. Dama jest szczupła, zgrabna, ubrana w szerokie spodnie. Długie włosy są gładko zaczesane, a z tyłu głowy opadają w zadziorny, charakterny koński ogon. Stoi pewnie z jedną nogą wysuniętą do przodu i głową uniesioną wysoko. Bije z niej energia i odwaga. To już nie tylko piękna figurka o geometrycznych, niebywale estetycznych liniach, ale trójwymiarowa esencja kobiecości lat 60. Jednak nie o samą dynamikę Tomaszewskiemu chodziło. W swoich pracach zwracał uwagę także na emocje. Stały się dla niego tak istotne, że w 1994 roku założył międzynarodową grupę artystyczną emocjonalistów, którą razem z nim tworzyli malarze, rzeźbiarze, graficy, fotografowie i muzycy.

Powrót do porcelanowych figurek

Trochę na przekór wszechobecnemu minimalizmowi i skandynawskiemu designowi, który już dawno przestał być ekskluzywną stylistyką, a dziś stał się niemal synonimem pragmatyzmu rodem z Ikei, porcelanowe figurki i kameralne rzeźby zdają się wracać do łask. Zresztą dla wielu nigdy nie wyszły z mody. Wynika to zapewne z ich ponadczasowego charakteru i, w przypadku figurek ćmielowskich, z prostoty form i dość uniwersalnej estetyki, która dobrze „czuje się” we wnętrzach o bardzo zróżnicowanym charakterze. Miniaturowe rzeźby nie przytłaczają detalami, są dość lekkie i przyjemne w odbiorze, a jednocześnie niebanalne. Zdaniem Tomaszewskiego przedmioty z pogranicza sztuki i wzornictwa przemysłowego, szczególnie z serii limitowanych, zawsze były pożądane przez miłośników sztuki i kolekcjonerów, ale także przez ludzi nie zajmujących się na co dzień sztuką. Podziwiać może je każdy, a ich ozdobny wymiar może być ciekawym uzupełnieniem prawie każdego wnętrza. Tym bardziej, że nie każdy może sobie pozwolić na zakup „prawdziwej” rzeźby.

Po kilkudziesięciu latach przerwy Lubomir Tomaszewski powrócił do projektowania form porcelanowych i od 2005 roku na stałe współpracował z innymi artystami tworzącymi figurki dla fabryki AS w Ćmielowie. W tym samym miejscu, w postindustrialnej przestrzeni starej fabryki w galerii Van Rij, prowadzonej przez Katarzynę Rij, można oglądać wystawę stałą złożoną z ponad 200 obiektów: obrazów tworzonych ogniem i dymem oraz rzeźb Lubomira Tomaszewskiego. Od 2015 roku galeria posiada też swoją filię w Krakowie w Starym Browarze Lubicz. Wystawa prac artysty, której kuratorem jest Katarzyna Rij gościła także w czerwcu tego roku w Parlamencie Europejskim w Brukseli, a na rynek trafił właśnie album „Lubomir Tomaszewski – ogień, dym i skała”.

Między destrukcją a afirmacją życia

Podobnie jak całe pokolenia ludzi urodzonych w latach 20. XX wieku, Tomaszewski był naznaczony doświadczeniem II wojny światowej (brał m.in. czynny udział w Powstaniu Warszawskim w szeregach Armii Krajowej). Sam zresztą często podkreślał, że skrajne emocje są nieocenionym motorem jego prac i to właśnie dzięki nim jest on w stanie tworzyć zarówno rzeźby, jak i niezwykle dynamiczne obrazy. Doświadczenie wojny, choć ważne i w pewien sposób inspirujące, nie przyćmiło i nie zdominowało bogatej tematyki obrazów i rzeźb artysty. W wywiadach i wypowiedziach prasowych towarzyszących wystawie „Lubomir Tomaszewski. Na początku była wojna… po niej afirmacja życia” z 2016 roku (organizowanej przez Fundację Art and Design Lubomir Tomaszewski w Galerii Sztuki Współczesnej Van Rij) Tomaszewski tłumaczył, że cierpienia spowodowane wojenną traumą pozwoliły mu opowiedzieć o jasnej stronie człowieczeństwa. Jego zdaniem doznane cierpienia i krzywdy pozwoliły mu oddzielić to, co mroczne, od tego, co jasne i optymistyczne, a co za tym idzie, pełniej docenić pozytywne strony egzystencji. Zresztą najciekawsze kreacje pochodzą właśnie ze zderzenia dwóch skrajnych emocji i z kompleksowego charakteru ludzkiego oblicza.

Tę wielopłaszczyznowość i złożony charakter człowieczeństwa pragnął Tomaszewski zawrzeć w swoich obrazach, rzeźbach i figurkach po to, aby każda z nich opowiadała samą sobą pewną historię. Nic dziwnego, że wielu współczesnych mu artystów porównuje jego prace do rzeźb Auguste’a Rodina. Zderzenie emocji odbywa się wyraziście, ale zarazem nienachalnie: Nigdy nie chciałem niczego osiągnąć krzykiem – wolę cicho szeptać do ucha widza – opowiadał artysta Kenowi Bensonowi w Nowym Jorku w 2015 roku.

O okresie wojny i traumie z tym związanej opowiadają m.in. obrazy Tomaszewskiego stworzone unikatową techniką ognia i dymu.

Rzeźba (w) ruchu

Rzeźbiarz był także uważnym obserwatorem przyrody. W końcu natura jest z definicji idealna, więc to ona sama z siebie podsuwa najbardziej doskonałe formy i kształty. Tomaszewski rzeźbił niesamowite, wręcz nadrealistyczne, bajkowe formy. To, co urzeka jego w pracach przestrzennych, to niezwykła umiejętność dostrzegania w kawałku drzewa, w gałęzi, w kształcie pnia, niemal gotowych kształtów ­ zwierzęcia, ptaka czy też jakiejś bajkowej kreatury z pogranicza świata rzeczywistego i fantazji.

Tworząc te nietypowe rzeźby Tomaszewski artystycznie dopełniał, wprowadzał nową płaszczyznę semantyczną i nadawał głębię. Nie chodziło mu w żadnym razie o poprawianie natury, ale raczej o jej uszlachetnienie, nadanie drugiego życia. Artysta nie zadowalał się elementami natury jako przedmiotami ready-made, ale, w swoich projektach, za pomocą różnych materiałów, uwiarygadniał przyszłe rzeźby, kształty ludzkie lub zwierzęce. Sprawiał, że także odbiorca jest w stanie ujrzeć to, co on sam dostrzegł oczami wyobraźni. Bo jak inaczej można nazwać zabieg, w wyniku którego pokręcona gałąź o skomplikowanej formie nagle staje się jeźdźcem w złotym rydwanie, a detale postaci (rozwiane włosy, lejce) są ręcznie kształtowane przy pomocy miedzianych pasków? Tomaszewski dostosowywał się do natury, a nie odwrotnie, i może właśnie ta nieczęsto spotykana symbioza dzikiej, nieujarzmionej przyrody z subtelnym, precyzyjnym i nieraz żmudnym rzemiosłem rzeźbiarza stanowi siłę napędową jego prac.

Największe wrażenie robią rzeźby, w których został zatrzymany ruch, dynamika, niemal na przekór prawom fizyki. To na ich przykładzie wyraźnie widać, dlaczego artysta bywa często nazywany „rzeźbiarzem ruchu”.

Współczesny storytelling

Czy istnieje idealny sposób na wyrażenie wszystkich targających nami emocji? Czy sztuka może służyć za pewien katalizator, dzięki któremu będzie można wyrazić w małym kawałku surowca gniew, ból, smutek, radość i energię? Do ideału przybliżają nas w pewnym stopniu prace Lubomira Tomaszewskiego, które – poprzez swój eklektyzm i śmiałą formę ekspresji – wydają się być bezkompromisowe i wielowątkowe. Przestrzenna, artystyczna forma zbudowana z materiałów pochodzących z różnych źródeł – może to jest właśnie współczesny storytelling?

Tekst: Dorota Nowak-Baranowska
Zdjęcia: z archiwum AS Ćmielów oraz Galerii Sztuki Współczesnej Van Rij

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close