Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


– Gdyby nie regularnie wykonywana cytologia nie byłoby mnie dzisiaj – mówi Ida Karpińska, prezes Kwiatu Kobiecości, organizacji realizującej ze Stowarzyszeniem PROREW projekt „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”. I pyta: A Ty kiedy ostatni raz się badałaś?

Czy możemy cofnąć się do dnia, gdy usłyszała Pani diagnozę? Gdy lekarz powiedział, że ma Pani raka szyjki macicy?

Ida Karpińska, założycielka i prezes Ogólnopolskiej Organizacji Kwiat Kobiecości: To był czas, gdy z mężem przeprowadziliśmy się z Trójmiasta do Warszawy. Tworzyliśmy wspólny dom, chcieliśmy mieć dzieci. Cytologię robiłam regularnie, co roku. Pamiętam, że to był bardzo intensywny okres w pracy, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Moja mama ma ustawione przypominajki w telefonie z terminami badań poszczególnych członków rodziny. Dentysta, ginekolog, USG… To ona pamięta o wszystkim i to ona zadzwoniła do mnie, że powinnam zrobić cytologię. Próbowałam się wymigać, przełożyć badanie na późniejszy czas. Zadziałał szósty zmysł matki i tak długo mnie o to nagabywała, aż wreszcie uległam. Poszłam na badanie i od razu o tym zapomniałam. Świąteczne przygotowania pochłonęły mnie całkowicie. I wtedy dostałam telefon z przychodni, bym jak najszybciej się zgłosiła. W gabinecie na wizycie usłyszałam: – Pani Ido mamy problem. Podejrzewam u pani raka szyjki macicy.

Miała Pani wtedy zaledwie 34 lata…

To jeden z największych mitów: jestem młoda, więc nic mi nie może dolegać. Do Kwiatu Kobiecości trafiła 16-latka z zaawansowanym nowotworem, z przerzutami.

Rak szyjki macicy brzmi jak wyrok. Jak Pani zareagowała na te słowa?

Nie chciałam w nie uwierzyć. Jak mantrę powtarzałam „to niemożliwe”. Biopsja potwierdziła podejrzenia, a ja wciąż zaprzeczałam. Kolejne biopsje i konsultacje z ginekologiem-onkologiem, próbkę wysłałam nawet do Szwecji, gdzie na jednym ze szpitalnych oddziałów pracowała moja siostra. Specjaliści nie mieli wątpliwości… Wtedy to do mnie dotarło i zabrzmiało jak wyrok śmierci. Zamknęłam się w domu, położyłam w łóżku i wyłam. To trwało kilka dni. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać. W pewnym momencie pojawiła się we mnie ogromna złość na to wszystko, na moją bezradność. To wtedy postanowiłam, że się nie poddam. Choroba nie będzie mi dyktowała warunków. Co ważne, przez cały czas byli przy mnie moi bliscy: mąż i mama, która zwolniła się z pracy i przeprowadziła do nas. Bez nich wszystko byłoby jeszcze trudniejsze.

Jak przebiegało leczenie?

Najpierw przeszłam długą i ciężką operację. Później była chemia, naświetlania, które miały dać pewność, że nigdzie w moim organizmie nie ma już żadnych złośliwych komórek. Codziennie spędzałam na oddziale 3-4 godziny. Byłam wykończona, ale się udało.

Po terapii zdecydowała się Pani na samotny wyjazd do Indii. Czemu to miało służyć?

Potrzebowałam zdefiniować siebie na nowo, przemyśleć wszystko, pobyć sama ze sobą. Moje życie się zmieniło, pewne marzenia i plany były już niemożliwe do urzeczywistnienia. Potrzebowałam nowych wyzwań, nowych priorytetów. Podróż do Indii była moim marzeniem. Spędziłam tam miesiąc. Z plecakiem przemierzyłam ten kraj wzdłuż i wszerz. Nie bałam się. Widziałam wspaniałe miejsca i poznałam cudownych ludzi. Wiele się wówczas wydarzyło. Nie chcę dziś jednak zdradzać szczegółów, bo na temat tej wyprawy powstaje książka. To wtedy doszłam do wniosku, że chcę działać na rzecz innych kobiet. Często powtarzam, że powstanie „Kwiatka” jest pozytywnym skutkiem ubocznym mojej choroby.

Jakie były początki organizacji?

Jeszcze podczas terapii zaczęłam szukać informacji na temat raka szyjki macicy, grup wsparcia. Nic takiego nie istniało, a jedyne informacje na temat choroby pochodziły ze stron medycznych. Ponieważ w mojej pracy miałam kontakty z mediami, postanowiłam to wykorzystać. Spotkałam się z zaprzyjaźnionymi dziennikarkami i próbowałam je przekonać do mówienia o raku szyjki macicy. Usłyszałam, że to nie jest nośny temat, że zbyt skomplikowanie brzmi. Wiedziałam, czego trzeba mediom – emocji, więc dałam im moją historię. Poprosiłam też, by pod materiałami pojawił się mój numer i informacja, że zapraszam do kontaktu wszystkie kobiety, które potrzebują wsparcia. Bałam się, że telefon nie zadzwoni, a on nie przestawał dzwonić. Rozmawiałam z wieloma paniami. Tłumaczyłam, dzieliłam się doświadczeniem. To były wielogodzinne rozmowy, które dawały tym kobietom szansę i nadzieję. Wtedy już wiedziałam, że tym właśnie powinnam się zająć. Tak powstał Kwiat Kobiecości, który ma dziś oddziały w całej Polsce.

Czym się państwo zajmujecie, jak pomagacie?

Organizujemy dwie duże kampanie społeczne poświęcone profilaktyce raka szyjki macicy i raka jajnika; realizujemy programy edukacyjne dla uczniów i studentów, a na mikołajki nasze wolontariuszki odwiedzają kobiety na oddziałach ginekologii onkologicznej w całym kraju. Mamy „Gabinety pod Kwiatkiem”, czyli certyfikowane i rekomendowane przez naszą organizację, spełniające pewne, określone przez nas kryteria. Teraz zbieramy pieniądze na cytobus, który kosztuje milion złotych, a którym chciałybyśmy docierać do kobiet z małych miejscowości, gdzie na miejscu nie ma lekarza. Wkrótce uruchomimy akcję zbierania ubrań. Wystarczy się zadeklarować, a kurier przyjedzie i zabierze wszystko. Pieniądze, które z niej uzyskamy także przekażemy na cytobus.

Jak dziś wygląda nasza świadomość? Czy kobiety chętniej niż w przeszłości decydują się na badania?

Na pewno. O profilaktyce raka szyjki macicy dużo zaczęło się mówić. Swoje zrobił też rządowy populacyjny program wczesnego wykrywania nowotworu. W lutowy weekend w ustawionym przed Pałacem Kultury i Nauki cytobusie przebadałyśmy 600 kobiet. To bardzo dużo. W kilkunastu przypadkach panie zostały skierowane do szpitala, w kolejnych kilkudziesięciu cytologie wykazały nieprawidłowości. Statystyki, jeśli chodzi o liczbę badań, są coraz bardziej optymistyczne.

Jednak spora część kobiet wciąż nie chce się badać. Dlaczego tak się dzieje?

Najczęściej tłumaczą się brakiem czasu, ważniejszymi sprawami, mówią, że ich to nie dotyczy, bo są za młode. Ja też byłam młoda. Wiele kobiet boi się usłyszeć diagnozę „ma pani raka”, bo rak od razu kojarzy się z wyrokiem śmierci. A ja wiem, że rak to nie wyrok. Część wstydzi się wizyty u ginekologa. Profilaktyka jest niezwykle ważna, regularna cytologia to konieczność.

Pani badała się regularnie, a jednak zachorowała.

Ale gdybym nie robiła cytologii co roku, gdybym poszła do lekarza za trzy, cztery, pięć lat, nie rozmawiałybyśmy teraz. Właśnie dzięki temu, że regularnie się badałam, żyję.

Rak rozwinął się w rok?

Trudno dziś wyrokować. Cytologia, na co wszystkie panie powinny zwracać uwagę, musi być pobierana specjalną szczoteczką. Tylko ona daje pewność, że badanie zostało wykonane prawidłowo. W moim przypadku szczoteczka po raz pierwszy została użyta właśnie przy tym badaniu.

Jak przekonać panie do regularnych wizyt u lekarza?

Mam tylko jeden argument. Dzięki regularnie wykonywanej cytologii dziś mogę cieszyć się życiem. Mogę robić wiele ważnych rzeczy, być szczęśliwa.

Czy wyobraża Pani dziś siebie w innym miejscu?

Absolutnie nie. Moja choroba nadała zupełnie nowy sens mojemu życiu. Codziennie z uśmiechem przychodzę do Kwiatka i wiem, że mogę pomóc innej kobiecie. Codziennie 10 Polek słyszy diagnozę „rak szyjki macicy”. Pięć z nich umiera. Gdyby choć jedną udało się uratować… Nie ma dla mnie lepszej motywacji.

I chyba się udało. Niejedną…

Tak. Uratowanych na koncie Kwiatka jest już naprawdę wiele. Jestem zdania, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Przyszła do nas dziewczyna, którą zatrudniłam do jednego projektu na dwa miesiące. Akurat natrafiła na czas inauguracji kampanii „Piękna, bo Zdrowa” i całkiem przypadkowo przebadała się w „naszym” cytobusie. Okazało się, że to był ostatni dzwonek… Została z nami na dłużej i dziś pomaga ratować inne kobiety.

Dziękujemy za rozmowę.

***

Rak szyjki macicy nie jest dziedziczny, ani uwarunkowany genetycznie. To konsekwencja przewlekłego zakażenia niektórymi typami powszechnie występującego wirusa HPV (brodawczaka ludzkiego). Szacuje się, że to zakażenie dotyka przynajmniej raz w życiu nawet 80 proc. kobiet. Dochodzi do niego najczęściej podczas stosunku seksualnego. Choroba nie daje na początku żadnych objawów. Co ważne jednak we wczesnym stadium nowotwór jest uleczalny.

Realizowany przez Stowarzyszenie PROREW wspólnie z partnerami m.in. Kwiatem Kobiecości, projekt „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia” skierowany jest do pań w wieku 25-59 lat, mieszkanek Kielc i Kieleckiego Obszaru Funkcjonalnego, czyli gmin: Sitkówka-Nowiny, Strawczyn, Zagnańsk, Piekoszów, Morawica, Miedziana Góra, Masłów, Górno, Daleszyce, Chmielnik, Chęciny. Projekt zakłada przebadanie blisko 12,5 tys. kobiet, a także organizację spotkań edukacyjno-profilaktycznych w każdym sołectwie KOF. Szczegóły na stronie www.jestemkobietacytologia.org. Stowarzyszenie uruchomiło także, obsługiwaną przez Kwiat Kobiecości infolinię. Wszystkie panie, które potrzebują wsparcia mogą zadzwonić pod numer: 691 439 297.

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close