Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Choć w Kielcach już nie mieszka, to tu spędziła sześć ostatnich lat życia. Rozpoznawana głównie przez małych widzów teatru Kubuś, przez kilka sezonów była… etatową królewną. Po godzinach rozwijała się muzycznie, ucząc się i szlifując talent. Magdalena Daniel wydała niedawno swoją pierwszą płytę „Poetic Syntetic”, finansując ją m.in. z publicznej zbiórki.

Pochodzi z Katowic, a do Kubusia trafiła, jeszcze studiując na białostockim wydziale lalkarskim Akademii Teatralnej w Warszawie. O byciu artystką marzyła od zawsze: – Gdy byłam dziewczynką chciałam grać i śpiewać, chciałam pracować inaczej niż moi rodzice, nie przez 8 godzin, nie przy biurku – opowiada.

Zdała do szkoły teatralnej w Białymstoku. Jej wykładowczyni prof. Bożena Bojaryn-Przybyła namawiała ją także na zdawanie do akademii muzycznej. Magda w swoje siły nie wierzyła: – Trochę się zdziwiłam, bo wcześniej nie uczyłam się ani śpiewania, ani grania. Ona jednak się upierała, mówiła: „Spróbuj, bo wykształcenia muzycznego mieć nie trzeba”. Spróbowałam. Byłam na liście przyjętych, pierwsza pod kreską. Choć się nie dostałam, pomyślałam, że może warto iść w tym kierunku – przyznaje.

Jeszcze jako studentka IV roku zaczęła pracę w kieleckim teatrze Kubuś. Została Pingwinem w „Na Arce o ósmej” Ulricha Huba w reżyserii Petra Nosalka i zdała do prywatnej szkoły muzycznej „Muzyk” w Kielcach na wydział jazzu i muzyki rozrywkowej. Do kolejnego kroku, czyli nagrania płyty, zmotywowała ją nauczycielka śpiewu mgr Marta Wilk. – Powiedziała do mnie: „Co z tego, że dobrze śpiewasz, jak nikt o tym nie wie”. Skończyłam szkołę i uznałam, że czas coś z tym zrobić – wyjaśnia. – Zainspirowała mnie też moja koleżanka z roku Karolina Czarnecka (aktorka, znana z przeboju „Hera, koka, hasz, LSD” – red.), z którą spotkałyśmy się na takiej babskiej wigilii. Przyszła i wszystkim w prezencie gwiazdkowym podarowała swoją pierwszą płytę. Pomyślałam, że skoro śpiewam, to też bym mogła, bez sensu marnować czas. I to był taki zapłon – dodaje.

Piosenki dla serducha

Powoli wszystko zaczęło się układać. – Poznałam ludzi, którzy mają studio muzyczne, autorów tekstów, kompozytorów. Zbierałam się do tego kilka lat. Zaczęłam od tego, że znalazłam tekst Haliny Poświatowskiej i poprosiłam Filipa Sternala (autor muzyki do spektakli „Misiaczek” i „Kapitan Porządek” w Kubusiu – red.), żeby stworzył mi do niego muzykę. On był początkującym kompozytorem, właśnie zaczął studiować w Hadze i powiedział, że się zgadza, ale będę musiała poczekać. Trwało to pół roku, w końcu napisał. Weszłam do studia, nagrałam i uznałam, że o następną piosenkę znowu muszę kogoś poprosić.

I pisali. Głównie Ci poznani przez Magdę w Kubusiu. Michał Dąbrowski, który właśnie zrobił reżyserski dyplom „Małym tygrysem Pietrkiem”; Michał Górczyński, współpracujący przy projekcie „Ojczyzny”; Paweł Sowa, twórca muzyki m.in. do „Dziadów po Białoszewskim” czy Sebastian Kaliński, który stworzył muzykę m.in. do „Super Piotrusia Pana”.

Płyta jest mieszanką elektroniki, hip-hopu, muzyki dance. Jest też nastrojowy utwór, na którym głosowi Magdy Daniel towarzyszy tylko fortepian. – Za każdym razem najpierw był tekst, a potem muzyka. Wybierałam wiersze, które sprawiały, że robiło mi się ciepło na serduchu, z którymi mogłam się utożsamić. Nie narzucałam kompozytorom, jak mają pracować. Chciałam, by im też w duszy grało, by stworzona muzyka była ich twórczą wypowiedzią na temat. Wychodzę z założenia, że jak się kogoś dobrze zainspiruje, to on będzie w stanie stworzyć coś ciekawego – wyjaśnia.

Poza Poświatowską, Magda wybrała wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Antoniego Słonimskiego i kielczanki Sylwii Gawłowskiej. Prawie wszystkie mówią o miłości. – Trochę się tak złożyło. Przecież miłość dotyczy każdego człowieka, ba każdego stworzenia. To temat nam bliski. A że jestem szczęśliwie zakochana, to mój wybór chyba nie dziwi – tłumaczy.

Długa droga do krążka

Tekst i muzyka to jednak nie wszystko. Utwór trzeba jeszcze nagrać, dodać efekty. I tu zaczęły się schody. – Nie wiedziałam, jak się wydaje płytę. Wszystko powstawało metodą prób i błędów. Nawet jak pierwszy raz weszłam do studia, to nie wiedziałam, jak to wszystko ze sobą połączyć. Nagrywałam wokal i co dalej? A może chórek, a może jakiś efekt? Jest tyle dźwiękowych możliwości… Duży ukłon w stronę realizatorki Ani, która podpowiadała mi, co można by tutaj pokombinować, popróbować. Teraz czuję się już w studiu dużo pewniej – opowiada.

Po nagraniu każdej piosenki potrzebowała jednego-dwóch miesięcy, by się zdystansować i dopiero ją ocenić. – Na kolejne poprawki też potrzebowałam czasu. Ta płyta powstawała naprawdę długo. Gdybym w pewnym momencie nie powiedziała dość, to bym w życiu jej nie wydała – komentuje.

To nie koniec, bo płytę trzeba jeszcze wyprodukować, sprzedać. – Na początku liczyłam trochę na „znajomościowe” stawki. Właścicielka studia Koliber Anna Wiśniewska jest moją koleżanką, niektórzy kompozytorzy wcale nie chcieli pieniędzy, inni mówili, że następnym razem. Gdybym nie ich pomoc, poszłabym z torbami – wyjaśnia Magda.

Produkcja płyty to jednak duże koszty. Pieniądze na mastering i tłoczenie wokalistka zebrała na portalu PolakPotrafi.pl. Nie zna osobiście wszystkich darczyńców: ­– Pomagali oczywiście przyjaciele, rodzina, znajomi. Jak to w Internecie, udostępniane przez nich informacje o zbiórce docierały także do innych. Jakoś ich musiałam przekonać, skoro wpłacili pieniądze. Bardzo im za to dziękuję, inaczej mój projekt nie byłby możliwy. Musiałabym chyba sprzedać nerkę. No nie, trochę przesadzam, ale być może zarabiałabym na wydanie płyty, grając na gitarze i śpiewając na ulicy – opowiada.

Determinacji Magdzie nie brakuje. Sama przebrnęła przez gąszcz przepisów, umożliwiających legalizację jej pracy, zadbała o tantiemy, prawa autorskie. ­ To zajmuje dużo czasu i na dodatek trudno odkryć ścieżki, jakimi trzeba je realizować. To droga przez mękę. W przypadku niektórych wybranych przeze mnie wierszy, musiałam kontaktować się na przykład ze spadkobiercami lub ich prawnikami. Mój brat zajął się udostępnieniem płyty w serwisach muzycznych. To także trzeba prawnie i formalnie zabezpieczyć – wyjaśnia.

Znaleźć odpowiednie lustro

Teraz realizuje minitrasę koncertową. Zaśpiewała już w Kielcach, w warszawskim Spatifie. W planach ma koncerty w Łomży, Chorzowie, terminy innych są dogrywane, bo Magda występuje z didżejem. Już jednak wiadomo, że będzie ich więcej niż osiem, które ostrożnie zapowiadała. Jednocześnie całkowicie zmieniła swoje życie, wyprowadziła się do Warszawy, ale nie ma to związku z wydaniem płyty: – Decyzję o przeprowadzce podjęłam już po premierze „Na Arce o ósmej”. Od razu pobiegłam do dyrektora Roberta Drobniucha i powiedziałam, że rezygnuję. Ale mnie przekonał, żeby się z tą decyzją wstrzymać. Wtedy on – podobnie jak ja – dopiero w Kielcach zaczynał i potrzebował młodych ludzi. Dobrze mi poradził, bo za chwilę uznałam, że tutaj zrobiło się ciekawie. Mogłam obserwować, jak taką instytucję buduje się praktycznie na nowo. Zostałam więc te kilka lat – tłumaczy.

Nie ukrywa jednak, że praca nad płytą była jej bliższa od tej codziennej, etatowej w teatrze. Miała tyle czasu, ile chciała, i nikt niczego jej nie narzucał. Mimo że sama sobie była szefem, w decyzjach dotyczących płyty wspierali ją jej chłopak Grzegorz i starszy brat Łukasz. – Byli dla mnie takimi lustrami, bo człowiek mocno zaangażowany w pracę traci do niej dystans. Potrzebne jest świeże spojrzenie. W teatrze tę rolę spełnia reżyser. W muzyce – trzeba takiego kogoś wybrać – tłumaczy wokalistka. – ­Cenię zwłaszcza opinię brata, bezlitosnego „muzykofila”. Jeśli on mówił, że coś jest do bani, to wiedziałam, że trzeba z tego zrezygnować, a gdy pochwalił, wiedziałam że w tę stronę powinnam iść. Radzi mi nie tylko w kwestiach muzyki. Pamiętam, jak kiedyś obrzydził mi wymarzoną sukienkę. Stwierdził, że wyglądam jak w szlafroku. Uwierzyłam mu. Na szczęście mam sporo znajomych, dwie starsze siostry, ktoś się tą sukienką zaopiekował. Co prawda nie wiem, czy mój brat zaakceptował ją na nowej właścicielce, ale to już nie mój problem – podsumowuje ze śmiechem.

Kopciuszek na gigancie

Nadal kocha teatr, choć na razie chce odpocząć od lalek. – Do księżniczek chyba tak szybko jednak nie wrócę. Muszę złapać dystans. Uwielbiam teatr formy, w którym plastyka łączy się z planem aktorskim. Mam jednak jeden warunek. To musi być teatr offowy, nie instytucjonalny, taki jak grupa Coincidentia, Papahema, Malabar Hotel. Taki, w którym jest czas na poszukiwania, próby, na stworzenie swojej własnej estetyki, ciekawej formy, opowieści. Znajomi z takich grup i teatrów pracują nad spektaklem np. cztery miesiące. W instytucji nikogo na to nie stać, robi się coś w rodzaju taśmy produkcyjnej, spektakl za spektaklem – wyjaśnia. – Potrzebuję więcej czasu, miejsca na niczym nieograniczoną kreatywność, tworzenie, przygodę ze sztuką. I właśnie płyta dała mi tę możliwość. Miałam przestrzeń i czas na poszukiwania, a trudno ją znaleźć, gdy rano jest się Kopciuszkiem, a po południu Czerwonym Kapturkiem – dodaje.

Na razie się rozgląda, chodzi na castingi, prowadzi warsztaty. Marzy o tym, by brać udział w przedstawieniach, dających ludziom nie tylko radość, ale także temat do przemyśleń. Nie chce wiązać się z jakimś miejscem na stałe. Nazywa się idealistką i chciałaby, żeby każdy projekt artystyczny był realizowany na najwyższym poziomie. Ubolewa, że nie zawsze tak jest. Krytycznie wypowiada się o teatrze dramatycznym. Wręcz mówi, że wiele spektakli ją nudzi, bo dostrzega, że twórcy robią je głównie dla pieniędzy. Wie, że trudno się przebić i wielu młodych utalentowanych twórców nie ma szans na zaistnienie. Chciałaby zagrać w filmie, ale czuje, że przebić się nie będzie łatwo. Widzi drapieżną rywalizację na castingach, ale sama jej nie ulega. W oczekiwaniu na przesłuchania czyta książki. Mówi o sobie „aktorka do wynajęcia”. Choć sama telewizji nie ogląda, a może właśnie dlatego, twierdzi, że mogłaby zagrać w serialu, bo wie, że żyć też za coś trzeba.

Już zapowiada kolejną płytę: – Za dużo radości mi to sprawiło, żeby teraz odpuścić – deklaruje. Jednym tchem wymienia swoje muzyczne idolki: Ellę Fitzgerald, Natalie Cole, Arethę Franklin i Lady Gagę. – Ale nie tę, która robi komercyjny show, tylko tę, która siada przy instrumencie, gra i śpiewa swoje piosenki w nowych akustycznych aranżacjach – zastrzega. O swojej muzycznej twórczości mówi krótko: – To ma sprawiać ludziom frajdę, miło się słuchać, powodować wzruszenie, przyjemność, dawać relaks. Po prostu lubię śpiewać. Nie rzucam się na nic więcej poza tworzeniem muzyki. Jeśli komuś to odpowiada, jeśli wybierze właśnie mnie, chętnie się moją muzyką podzielę. Jeśli nie – to trudno. Sztuka jest dla wszystkich, ale nie wszyscy muszą lubić to samo. Nie lubię rywalizować, nie będę się narzucać światu – kwituje.

Tekst: Agnieszka Kozłowska-Piasta, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close