Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Jest młoda i utalentowana. Może się już pochwalić tytułem doktora obronionym na krakowskiej ASP. Ma na swoim koncie kilka wystaw indywidualnych, w tym aż dwie w tym roku. Doceniło ją także jury Przedwiośnia, nagradzając Grand Prix konkursu. Pochodzi z Kielc, ale mieszka w Krakowie. Poznajcie malarkę, artystkę sztuk wizualnych Martynę Borowiecką-Mikuszewską.

Jak się czuje młoda artystka, którą uznano za najlepszą w konkursie plastycznym dla twórców naszego regionu?

Jest do moja druga główna nagroda w konkursie Przedwiośnie. Pięć lat temu również dostałam Grand Prix. Wtedy nagrodzono prace z mojego dyplomu magisterskiego. Teraz – część pracy doktorskiej. Miło jest przypomnieć o sobie w swoim rodzinnym mieście.

Warto być w XXI wieku malarką? To nie jest staroświeckie?

Absolutnie nie. To bardzo wyświechtane powiedzenie, że malarstwo umiera, bo przyszły nowe media, że technologie i inne formy wizualne zawłaszczyły sztukę. Dla mnie to, co nowe tylko ugruntowuje pozycję malarstwa. Ta klasyka jest nieśmiertelna i przetrwa wszystko. Dowodem na to jest chociażby wystawa „Farba znaczy krew”, otwarta w czerwcu w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Wystawa prezentuje prace 50 współczesnych malarek. Dla mnie to duże wyróżnienie i sukces, że mogę pokazać się w tak doborowym towarzystwie. Kuratorka wystawy Natalia Sielewicz zdecydowała się pokazać obrazy klasycznie, tak salonowo. I to w XXI wieku, gdzie wystawy robi się nowocześnie, tworząc instalacje, konfrontacje, specjalne obiekty.

Od zawsze wiedziała Pani, że chce być malarką?

Zaczęłam od kieleckiego Plastyka na kierunku technik malarskich i pozłotniczych, co mnie nauczyło i uwrażliwiło na metodę malarską. Strasznie chciałam to zgłębić, choć miałam zupełnie inne plany w stosunku do swojej przyszłości.

To znaczy?

Chciałam studiować  projektowanie mody w Łodzi, ale zdawałam też na ASP w Krakowie. Po egzaminach miałam wybór: najwyższa lokata w Łodzi i prawie ostatnie miejsce na malarstwie. Wybrałam Kraków. Postanowiłam być najgorszą z najlepszych. Na uczelni krakowskiej pojawiła się wkrótce międzywydziałowa pracownia mody i mogłam połączyć obie pasje. Dzięki temu utwierdziłam się, że malarstwo było dobrym wyborem.

Nagrodzone na Przedwiośniu obrazy przedstawiają… czarną folię przyklejoną do płótna. Namalowała je Pani tak realistycznie, że można się nabrać. Ale przecież nie chodzi tylko o iluzję. Co chciała Pani przekazać odbiorcom?

Wiem, że moje malarstwo odbiera się realistycznie, nawet hiperrealistycznie, bo przecież widać na co się patrzy. Ta percepcyjna zabawa z widzem jest ważna. Pięć lat temu na Przedwiośniu pokazałam tak namalowane futro. Wspólnym mianownikiem moich prac jest materia, tekstura, struktura. To mnie inspiruje. Układam martwe natury, ale nie te rozumiane akademicko: kompozycje stołów, krzeseł, garnków czy wazonów. Układam materie tak, że powstają z nich obiekty abstrakcyjne, uciekam od realizmu, czerpię z barokowego malarstwa trompe l’oeil (sposób malowania wywołujący złudzenie, iż ukazane na dwuwymiarowej powierzchni przedstawienie jest trójwymiarowe – red.). Zapraszam widzów do gry między tym, co jest wyobrażone na obrazie, a tym, co potrafi dostrzec w nim odbiorca. Żyję w XXI wieku, więc pewnie dlatego wybrałam plastik, czarną folię stretch. Można to zinterpretować jako martwą naturę, ale wzbogaconą o element śmiertelności dzisiejszych czasów. Przecież ten czarny worek może kojarzyć się ze zwłokami. To jest niesamowite. Wychodząc od materii, obserwacji struktur, tekstur, można podążać wieloma ścieżkami interpretacyjnymi.

Jak powstawały te obrazy?

Każdy z nich miał swój pierwowzór w skali 1:1. Tworzę obiekty, stoję naprzeciwko nich, przyglądam się i przenoszę na płótno. Folia jest delikatnym i niestabilnym materiałem, wystarczył mały przeciąg, by się przesuwała. Na początku wpadałam w czarną rozpacz, bo cała kompozycja przestawała być idealna. W pewnym momencie przestałam z tym walczyć. Folia opadała, pokrywała się kurzem, w zależności od pory dnia zmieniało się oświetlenie. Uznałam, że jest w tym prawdziwe piękno i to było naprawdę wielkie odkrycie. Mogłabym, zamiast walczyć z folią, malować na podstawie fotografii mojego obiektu. Ale wydaje mi się, że to nie byłoby fair w stosunku do widza, bo zbyt powierzchownie potraktowałabym temat. Dzięki tym zmianom, mogłam wyciągnąć nadrealność, esencję mojej kompozycji. A pracy było sporo, bo cykl liczy aż 19 płócien.

Czy widzowie są na odbiór Pani prac przygotowani?

Ostatnio czytałam ciekawy artykuł o oglądaniu dzieł sztuki w galeriach czy muzeach. Są badania, które mówią, że każdy obiekt oglądamy tylko 28 sekund. To mało. Dlatego tak kibicuję Slow Art Day (Dzień Wolnej Sztuki – red.), akcji organizowanej w kwietniu już od 10 lat. To nie chodzi o to, by każdy obraz męczyć na wystawie i oglądać go nie wiadomo jak długo. Warto przyjrzeć się czemuś, co nam odpowiada. Te 5-10 minut obcowania z ulubionym obrazem, rzeźbą, może nas zaprowadzić w niespodziewane rejony. W sztuce chodzi o zadawanie pytań, a nie udzielanie odpowiedzi. Ale to nie wydarzy się w kilkanaście sekund. Trzeba dać temu szansę.

Czy to możliwe w dzisiejszych czasach, gdy ciągle się spieszymy?

Zdecydowanie tak. Trzeba mieć w sobie trochę wrażliwości i chęci otwarcia na to, co się może wydarzyć. Obraz jest fizyczny, ale to, jak my go widzimy, jest naszą projekcją, image’em. Wszystko zależy od nas. Za każdym razem może być coś kompletnie innego. Na ścianie swojego małego mieszkania zawiesiliśmy z mężem mój obraz. Przedstawiał przezroczystą folię na białym tle, więc biały na białym. Po pierwsze: z czasów malowania pamiętałam go inaczej, a po drugie: gdy już ozdobił ścianę, codziennie widziałam go inaczej. Przecież to fizycznie niemożliwe, bo obraz skończyłam kilka lat wcześniej. Ale dla mnie on nadal żył i się zmieniał. Każdy powinien tego doświadczyć. Trzeba pozwolić sobie na wartościową nudę, poprzyglądać się obiektowi. To nie musi być obraz, ale np. fotografia, widok z okna. Oczywiście jako malarka, zachęcam do kupowania obrazów (śmiech).

No właśnie, a propos kupowania. Czy da się utrzymać z malowania obrazów?

Wierzę, że jest to możliwe. Nie trzeba zarabiać milionów, by czuć się osobą spełnioną. Staram się czerpać ze sztuki czy malarstwa jak najwięcej. Wystawy, plenery, rezydencje, może stypendium, granty, nagrody. Zarabianie w sztuce to nie to samo, co stabilna, etatowa praca. Uczy racjonalnego podejścia do życia, bo wiele okazji do zarobku trzeba po prostu znaleźć. To także próba charakteru, czy się wytrzyma tę niepewność. Stale trzeba szukać nowych rozwiązań, być aktywnym. Dla niektórych to może być frustrujące, bo tak naprawdę nigdy się nie odpoczywa. Z moimi obrazami praktycznie się nie rozstaję: jem z nimi, chodzę spać, cały czas pulsują mi w głowie. To może brzmi trochę maniakalnie czy schizofrenicznie, ale by być autentycznym, szczerym, trzeba zapuszczać się w te rejony. Na razie utrzymuję się nie tylko z malowania obrazów, ale wszelkie zlecenia, prace są związane z tym, co umiem najlepiej, czyli z malowaniem.

Pracę zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Na przykład?

Ostatnio robiłam murale dla stowarzyszenia Siemacha w Krakowie. Zaprojektowałam i namalowałam wszystko sama. Tworzyłam malowidła na ścianach poszczególnych pracowni, obraz na tarasie, pomalowałam także klatkę schodową prowadzącą do Siemachy w galerii Bonarka. Chciałabym kiedyś spróbować namalować prawdziwy mural na ścianie budynku. Kusi mnie rozmiar. Gdy maluję na płótnie, by zobaczyć całość, muszę odejść parę kroków, spojrzeć pod innym kątem. A przecież na rusztowaniu przy dużej ścianie to niemożliwe.

W świecie filmowym ostatnio głośno jest o akcji #meetoo. Aktorki coraz odważniej mówią o tym, że są traktowane gorzej niż mężczyźni. A jak to jest w sztukach plastycznych?

Dla wielu słowo feminizm kojarzy się tylko z krzykaczkami, awanturnicami. Trochę się tego słowa boimy. A przecież kobiety mają gorzej, w sztuce jeszcze bardziej, bo stale porównuje się je do mężczyzn. Przykładów daleko szukać nie trzeba. Na studiach artystycznych jest około 90 proc. studentek. Kadra profesorska to w 90, albo i więcej, procentach – mężczyźni. To jest nie fair w stosunku do dziewczyn. Kończą studia, które wymagają zaangażowania, ciężkiej pracy intelektualnej i fizycznej. Boję się, że w tym męskim świecie wrażliwość, wyczucie, kobiecość zostaną stłumione, wyśmiane, zlekceważone. A przecież chodzi o to, by poznać sztukę wszechstronnie. I zrozumieć, że malarstwo nie jest ani martwe, ani tylko męskie. Kobiety w sztuce były od zawsze , tylko się o nich nie mówi, ciągle za mistrzów podając mężczyzn: Wyspiańskiego czy Matejkę. Mogłabym być wykładowczynią, zresztą po to robiłam doktorat. Zależy mi, by wprowadzić tę świeżość, kobiecy punkt widzenia i odczuwania sztuki. Trzeba wspierać malarki. Chyba czuję trochę tę misję.

Stanie się Pani artystką-feministką?

Nastają czasy respektu do kobiecej twórczości. Ważne, by dać jej szansę, jak na tej wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Dzięki artystkom, które poznałam już po studiach: Katarzynie Kukule i Paulinie Ołowskiej, zrozumiałam, że kobiecości nie można się wstydzić. Stąd przełom w moich pracach. Rok temu brałam udział w międzynarodowej rezydencji w Pieńkowie, niedaleko Chełma. Wtedy kończyłam swój foliowy cykl doktorski i zastanawiałam się, co nowego zrobić. Instynktownie wykorzystałam to, co było we mnie od zawsze, czyli modę. Do tej pory traktowałam ją materialnie: inspirowały mnie materiały, tekstury, upięcia, fałdy. A teraz ze zdjęć z czasopism modowych tworzę kolaże, a potem interpretuję je malarsko. Nie robię ich w komputerze. Działam retro: nożyczkami, skalpelem. Każda gazeta ma inny błysk, inny papier, teksturę, gramaturę, papier rzuca cień i to wszystko można oddać na obrazie. Dla mnie to rewolucja wizualna: pozwalam sobie na szaleństwo kolorów, choć do tej pory korzystałam głównie z przytłumionych barw.

Pracę zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Więc ta moda tak całkiem Pani nie przeszła?

Jako artystka wizualna wiem, że jest ważna. To jak wyglądam i w co się ubieram, to przecież coś co mnie określa. Daje też charakter mojej pracy. Dlatego teraz pochodzę do tematu bardziej teatralnie czy performatywnie. Myślę, że romans modowo-malarski jest całkiem na miejscu.

Jakie ma Pani plany na przyszłość?

Moje plany są trochę uzależnione od mojej pracowni w centrum Krakowa w budynku przemysłowym. Właścicielem jest od pewnego czasu deweloper, więc niestety w miejscu byłej fabryki powstaną luksusowe apartamenty. Chcę ją wykorzystać, póki jeszcze mogę. Zwłaszcza, że ostatnio głownie prezentowałam swoje prace. Zimą w kieleckim BWA, wiosną w pawilonie Ergo Hestii, teraz wystawa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej i pokonkursowa w BWA.

Czy często bywa Pani w Kielcach?

Nadal mieszkają tutaj moi rodzice, rodzina mojego męża. Więc przynajmniej raz w miesiącu tutaj jestem. Jak już przyjeżdżam, zaglądam do naszych galerii, odwiedzam znajomych. Tutaj zaczęła się moja edukacja artystyczna. Wszystko to, co mnie ukształtowało, działo się na ziemi świętokrzyskiej. Dlatego nie uciekam, ale wracam.

Czy pamięta Pani moment, gdy mała Martynka postanowiła zostać artystką?

Kredki, papier nożyczki towarzyszyły mi od maleńkości. Miałam trójkę starszego rodzeństwa, nasz dom był pełen ludzi, mieszkaliśmy z babcią, mieliśmy dużego psa. Zawsze było gwarno i czułam, że nie mam swojej przestrzeni. Rysowałam i malowałam wszystko to, o czym marzyłam, a co nie zawsze mogłam mieć: zabawki, podróże, własny pokój. Pamiętam też sytuację, gdy jako przedszkolak jechałam z rodzicami samochodem i przejechaliśmy koło budynku szkoły plastycznej. Strasznie mi się spodobało i pomyślałam sobie, że chciałabym się tutaj uczyć. No i po latach się udało.

A jak Pani odpoczywa?

Sam proces stania przy sztaludze, malowanie są męczące. Nogi bolą, folia się odwinęła, muszę rano wstać, by nie zgubić światła, coś nie wychodzi. Ta walka z materią daje się we znaki. Czasami na siłę kurczowo trzymam się sztalugi. To udręka fizyczna i umysłowa. Ale gdy robię sobie wolne, natychmiast zaczynam za tym tęsknić. Jakbym była masochistką. W sumie to nie mogę sobie przypomnieć momentu, gdy zamknęłam pracownię na dwa tygodnie. No chyba, że jechałam na plener, wystawę czy rezydencję, więc także do pracy. To trudne, a wręcz niemożliwe, by tak całkowicie odpocząć. Nie znam dnia ani godziny, gdy coś mnie zainspiruje: film, wystawa, widok, zdjęcie, tekst. Na dodatek dzięki internetowi mogę poznać pokrewne dusze z całego świata, obejrzeć, gdzie i jak inni tworzą sztukę. To także ważne.

Pracę zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

A dorosłe, artystyczne marzenia?

Chcę się utrzymywać z malarstwa. Żeby mój sposób na życie dawał mi stabilność finansową. Żebym nie musiała rezygnować, iść na kompromisy. Mam wrażenie, że jestem w tym dobra i wiem, że mam jeszcze wiele do zaoferowania. Chciałabym, aby mi się udało. Myślę, że bycie wiernym sobie jest w sztuce szczególnie ważne. Staram się pracować w zgodzie ze sobą, nie pod wpływem trendów, mód. To, co czuję, jest autentyczne, więc musi być takie także na płótnie. Wierzę, że dopóki będę sobą, nie zejdę z wybranej ścieżki.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta, portret Jakub Mikuszewski, zdjęcia prac pochodzą z archiwum artystki

Martyna Borowiecka, rodowita kielczanka, malarka. Zajmuje się przede wszystkim malarstwem sztalugowym, rysunkiem, tworzy obiekty, instalacje malarskie. Absolwentka wydziału malarstwa krakowskiej ASP i doktor nauk plastycznych tej uczelni. Mieszka i pracuje w Krakowie. Na swoim koncie ma na swoim koncie 7 wystaw indywidualnych m.in. w kieleckim BWA, pawilonie sztuki Ergo Hestii w Warszawie i kilku krakowskich galerii oraz udział w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych, m.in. tegorocznej wystawy 50 współczesnych malarek „Farba znaczy krew” z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, laureatka Grand Prix dwóch edycji Przedwiośnia, w 2014 i 2019 roku.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close