Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Sama o sobie mówi, że jest przede wszystkim mamą, aktywistką, pedagożką i „robiącą w słowie”. Wirtualnie poznałyśmy się ponad dwa lata temu, kiedy to trafiłam na jej bloga o etycznym życiu w zgodzie z naturą. Od tamtego czasu regularnie czytuję pojawiające się tam mądre i pełne empatii teksty. Od kwietnia „spotykamy się” dość często w mojej kuchni, a to za sprawą wyjątkowej książki kucharskiej jej autorstwa, przeznaczonej przede wszystkim dla kobiet w ciąży i mam karmiących piersią, będących na wegediecie. Asja Michnicka znana bliżej jako „Mama na roślinach”.

Zacznę od pytania o Twoje rodzinne strony: pochodzisz z Kielc, prawda?

Tak, to moje rodzinne miasto. Wyjechałam po studiach. Trochę by dalej studiować, trochę za ówczesną miłością, ale też chęcią zmiany otoczenia i spróbowania swoich sił. Pojechałam do Warszawy, pokochałam ją i zostałam. Tu urodził się mój syn i czuję, że to też jest moje miejsce. Choć przyznaję, że coraz częściej ciągnie mnie w rodzinne rejony, tęsknię za tym świętokrzyskim krajobrazem i klimatem. Lubię zabierać moją rodzinę do Kielc i pokazywać im, mieszkańcom stolicy, jak u nas pięknie. Inaczej, spokojniej.

Z czym przede wszystkim kojarzą Ci się Góry Świętokrzyskie?

Wychowałam się w samym centrum Kielc, tuż przy rynku, dlatego rzadko zapuszczałam się na dalsze osiedla, z których ładniej było widać góry. Ale studiowałam w Instytucie Sztuk Pięknych, na Podkarczówce, którą uwielbiałam za pagórkowaty klimat właśnie. Stamtąd było widać Góry Świętokrzyskie! Jednak, przyznaję, nigdy po żadnych górach nie chodziłam. Jestem raczej z tych, co wolą lasy i pola.

Dietą wege zainteresowałaś się, będąc jeszcze w Kielcach?

Wegetarianizmem zainteresowałam się, będąc w liceum, ale nie zrezygnowałam wtedy całkowicie z mięsa. Nie umiałam dobrze zbilansować takiej diety, nie miałam pojęcia, co jeść. Ale czytałam, drążyłam, pytałam.

Co Cię do tego skłoniło?

Po prostu zobaczyłam, jak wygląda życie zwierząt hodowlanych i nie chciałam brać w tym udziału. Dla mnie przejście na dietę roślinną było decyzją etyczną, a jej zdrowotne korzyści – miłym dodatkiem. Czuję się dobrze, lekko, nasza kuchnia jest różnorodna i kolorowa.

A skąd pomysł na założenie bloga?

Ponad trzy lata temu byłam na długim zwolnieniu lekarskim. Nudziłam się. Postanowiłam założyć swoje miejsce w internecie, aby wrzucać tam przepisy dla znajomych – często pytali mnie, jak zrobić wegańskie smakołyki. Szybko jednak okazało się, że nie zaglądają do mnie tylko znajomi, a ja zaczęłam więcej pisać o prawach zwierząt, o tym, jak przejść na weganizm albo jak ograniczyć w diecie mięso. O tym, że każdy mały gest ma znaczenie, i o bardziej etycznym oraz ekologicznym stylu życia. Potem zaszłam w ciążę i zorientowałam się, że o wegeciąży trudno znaleźć informacje. Miejsc, w których znajdziemy proste i pyszne roślinne przepisy, jest mnóstwo, ale artykułów skierowanych do przyszłych mam nie ma zbyt wiele. Oczywiście Iwona Kibil, dietetyczka, która pomagała mi przy części merytorycznej książki i pisała o diecie roślinnej w ciąży, jest specjalistką w tym temacie, ale brakowało mi przestrzeni, w której można przeczytać o doświadczeniach mamy, która nie je mięsa ani nabiału.

Opowiedz, jak to jest być mamą na roślinach? Jak na Twoje wybory żywieniowe reagują najbliżsi?

Moi bliscy mnie wspierają, bo wiedzą doskonale, że dobrze zbilansowana dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia, także w ciąży, w okresie laktacji, dla niemowląt, dzieci, osób starszych – to stanowisko Amerykańskiej Akademii Dietetyki i Żywienia. Staram się dbać o to, co jem, więc nie mam trudności w odpowiednim ułożeniu swojej diety (a jeśli mam, konsultuję się z dietetykiem). Nikt mnie więc do niczego nie nakłaniał. Również lekarzy czy położne dobierałam sobie pod kątem ich wiedzy o żywieniu – nie chciałam prowadzić ciąży u kogoś, kto będzie mnie straszył bezpodstawnie, tylko zostawi kwestię tego, co jem lub czego nie jem, dietetyczce. Co ciekawe, nawet wtedy, gdy trafiałam do kogoś przypadkiem i pojawiał się temat diety, nigdy nie spotkałam się z nieprzychylnym komentarzem – mam wrażenie, że to już jest całkiem normalne, że można mięsa nie jeść. Nasza pediatra wie, że Kazek, nasz syn, nie je mięsa. Nasza alergolog, do której trafiliśmy na początku rozszerzania diety na konsultację, bardzo chwaliła nas za sposób odżywiania dziecka, okazało się, że sama jest wegetarianką. To już chyba nie jest nic dziwnego, szczególnie teraz, gdy naprawdę dużo osób stara się ograniczać spożycie mięsa i nabiału.

Czyli Wasz syn też jest wege?

Tak, Kazek, zwany Konikiem, jest małym wegetarianinem. Od początku rozszerzaliśmy dietę metodą BLW (Baby Led Weaning, tłumaczone na język polski jako Bobas Lubi Wybór: metoda karmienia dzieci, polegająca przede wszystkim na całkowitym zaufaniu do dziecka – red.), której jednym z założeń jest to, że wszyscy w domu jedzą to samo. I my tak właśnie jemy – wspólnie, przy jednym stole, te same dania. Tata Kazika je nabiał i jaja, więc Kazik też je te produkty, ale podstawą naszej diety są warzywa, owoce, rośliny strączkowe, orzechy, pestki, produkty pełnoziarniste.

Napisanie książki o takim życiu było naturalną koleją rzeczy?

Wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie, ale nie spodziewałam się, że będzie to książka kucharska! Kiedy zgłosiło się do mnie wydawnictwo, byłam w szoku, ale ucieszyłam się, że komuś ten temat wydaje się ciekawy, bo naprawdę niewiele się mówi o wegeciąży czy wegedzieciach. Pomyślałam, że jeśli nie teraz, to kiedy? I choć moje dziecko miało niespełna trzy miesiące i głównie wisiało na mojej piersi albo było noszone w chuście, postanowiłam, przy wsparciu bliskich, spróbować. To był wymagający czas, ale wspominam go dobrze. Jestem z tych osób, którym trudno usiedzieć w miejscu.

Nie chciałam jednak, aby to była tylko książka z przepisami, ale żeby każda kobieta w ciąży odnalazła w niej coś dla siebie. Bardzo zależało mi na rozdziałach o tym, jak świadomie przygotować się do ciąży, jak oswoić poród, jak zdobyć wiedzę o karmieniu piersią czy o połogu. Mam wrażenie, że cały czas mówimy o tym za mało, patrząc na skalę mitów w tych tematach.

Jak udało Ci się połączyć macierzyństwo z pisaniem?

Tylko dzięki wsparciu bliskich, którzy pomagali, gdy była taka potrzeba. Również moje przyjaciółki dopingowały mnie bardzo, a że mamy dzieci w podobnym wieku i spędzamy razem dużo czasu, miałam dobrą odskocznię. Pomogło mi też… karmienie piersią! Gdy Kazik był malutki i urządzał sobie kilkugodzinne posiedzenia przy piersi, a potem spał mi na rękach, robiłam notatki w komórce i wymyślałam przepisy.

Książka jest przede wszystkim dla wegemam, a czy mięsożerna mama, karmiąca dziecko mieszanką zastępującą mleko, znajdzie w niej coś dla siebie? Czy poleciłabyś ją komuś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z kuchnią wegetariańską?

Tak! Pisałam ją w zasadzie z myślą o mamach wegetariankach i wegankach z jednej strony, z drugiej – o wszystkich, które z jakiegoś powodu nie mogą (często w ciąży odrzuca nas smak mięsa) lub nie chcą jeść produktów odzwierzęcych. Ciągle mam też w myślach to, że dobrze zbilansowana dieta tradycyjna, to tak naprawdę… dieta roślinna plus okazjonalnie mięso. Myślę, że przepisy w niej zawarte są dla całej rodziny.

Sporo miejsca w książce i na blogu poświęcasz informacjom, że prawidłowo zbilansowana dieta wege jest bezpieczna na każdym etapie rozwoju człowieka. Potwierdzają to liczne badania. Dlaczego w społeczeństwie nadal pokutuje przekonanie, że mięso to podstawa zdrowego odżywiania?

Myślę, że już nie. Dużo mówi się o zdrowym stylu życia, niekoniecznie bezmięsnym, bo to nie jest tak, że jedząc mięso, odżywiamy się źle, a jedząc wegańsko – dobrze. Można być weganką żyjącą na przetworzonych gotowcach i słodyczach. Niewiele ma to wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Myślę, że dużo osób poszło w stronę ograniczania pewnych grup produktów, a nie wykluczania, i to też jest dobre. Mamy coraz więcej specjalistów zajmujących się dietą wegetariańską i wegańską, ten temat poruszany jest na konferencjach medycznych, pojawiają się nowe badania, dotyczące nawet dzieci. Świadomość wzrasta. Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci w internecie komentarz „mam kły, muszę jeść mięso”, ale to już raczej margines.

Częstym zarzutem kierowanym w stronę wegekuchni jest przekonanie, że to drogi interes. Rzeczywiście wydajesz więcej pieniędzy na jedzenie?

Zdrowe produkty, takie jak warzywa, owoce (szczególnie sezonowe), produkty pełnoziarniste, kasze, strączki to nie są drogie rzeczy. A powinniśmy je uwzględniać w każdej diecie. Może się tak wydawać, że wegetarianizm czy weganizm jest drogi, jeśli porównamy go do źle zbilansowanej, przetworzonej diety, w której dominuje białe pieczywo, tani nabiał, jajka trójki, kiepskiej jakości wędlina, a z warzyw pomidor i ziemniaki. Niestety, produkty gorszej jakości są tanie, ale roślinne również! Wystarczy tylko dokonać dobrych wyborów.

Wracając do macierzyństwa: jesteś mamą chustonoszącą, używającą pieluszek wielorazowych, opowiadającą się za rodzicielstwem bliskości. Czy już w czasie ciąży wiedziałaś, że tą drogą pójdziesz?

Rodzicielstwem bliskości zainteresowałam się głównie dlatego, że któraś z wykładowczyń wyrażała się o tym sposobie na życie dość niepochlebnie. Zaczęłam czytać i pomyślałam, że jeśli kiedykolwiek założę rodzinę i będę miała dziecko, to właśnie tak chcę żyć. Zanim zaszłam w ciążę, kilka moich znajomych zostało promotorkami karmienia piersią i bardzo dużo o tym pisały, miałam więc skąd czerpać wiedzę. Chusty to chyba już takie naturalne następstwo chęci bycia blisko. Pieluszki wielorazowe to naturalny wybór dla kogoś, kto troszczy się o przyszłość planety. Przez całe pieluchowanie maluszek zużywa około 5000 pieluszek. To robi wrażenie, nie chciałam produkować aż tyle śmieci.

Dużo piszesz o karmieniu piersią: nie boisz się być nazwana laktoterrorystką? Reklamy mleka modyfikowanego są wszechobecne, a gdy ktoś chce promować karmienie piersią, często spotyka się z negatywnymi reakcjami. Dlaczego to, co naturalne dla naszego gatunku, budzi tyle kontrowersji?

Jedynymi laktoterrorystami, jakich znam, są dzieci moich koleżanek, które karmią piersią i moje dziecko – muszą mieć mleko tu, teraz, natychmiast! A tak serio, to rzeczywiście problem istnieje i mimo że wiele zmienia się w świadomości społeczeństwa na temat karmienia naturalnego, to i tak nie jest najlepiej, co pokazują chociażby reakcje ludzi na to, gdy znana mama nakarmi publicznie dziecko. Z jednej strony chcemy, żeby kobiety karmiły swoje dzieci piersią, z drugiej mają to robić w domu albo pozakrywane. Z jednej chcemy, żeby mamy wychodziły, z drugiej jak już to robią, to z odciągniętym mlekiem w butelce. To jest absurd! Pomijając to, że nie organizuje się komuś życia, w jakiejkolwiek sferze, to niektóre pomysły oburzonych świadczą głównie o braku elementarnej wiedzy na temat laktacji albo rozwoju niemowlaka. Odkryciem, jeśli chodzi o zrozumienie tych mechanizmów, była dla mnie książka „Odstawieni” Jennifer Grayson – właśnie o tym, jak to się stało, że procesowi biologicznemu towarzyszy tyle kontrowersji.

Na blogu poruszasz również temat wioski wsparcia, którą każda mama powinna sobie stworzyć, najlepiej jeszcze w czasie ciąży.

Uważam, że macierzyństwo z grupą kobiet, które myślą podobnie, jest o wiele łatwiejsze! Jestem wdzięczna, że na nie trafiłam w tym czasie, gdy mój syn był noworodkiem, a ja trochę samotną mamą snującą się po dzielnicy z chustą czy wózkiem. Oczywiście mój partner był ze mną i nadal jest dla mnie wsparciem, ale to nie to samo, co inna mama z dzieckiem w podobnym wieku.

Nasza wioska znalazła się na grupie facebookowej Magdy Komsty z bloga Wymagajace.pl – to takie miejsce dla wszystkich rodziców. Kiedyś powstał tam właśnie taki post o samotności matki, pod którym, obecnie moja przyjaciółka, Ola zaproponowała spotkanie na Ursynowie. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie w kilka mam z malutkimi dziećmi, które czasem nijak nie chciały współpracować. Jednak świadomość, że jesteśmy razem, w podobnej sytuacji, dodawała otuchy.

Stworzyłaś na blogu wątek poświęcony pozytywnym historiom porodowym. Skąd ten pomysł?

Gdy byłam w ciąży czytałam dużo historii porodowych, ale głównie na blogach zagranicznych. Po polsku oczywiście również udawało mi się takie znaleźć, ale większość z nich była z porodów domowych. Jestem całym sercem za tą ideą, ale wiem, że nie każda z nas tego chce, a i nie każda ma na to szansę. Tu przeszkodą mogą być finanse, ale też stan zdrowia lub brak warunków. Historie są różne, chciałam się jednak skupić na tych pozytywnych. Przeżytych nie tylko w domu, ale też szpitalu, i nie tylko w porodach siłami natury, ale też z ingerencją medyczną, a nawet poprzez cesarskie cięcie. Każdy poród może być piękny i chciałabym, aby każda kobieta miała taki, jakiego potrzebuje. Tymczasem bywa różnie, co pokazują badania Fundacji Rodzić Po Ludzku. To szalenie ważne, aby znać swoje prawa w trakcie ciąży, porodu i połogu. I żeby walczyć o to, aby poród był takim przeżyciem, które nas buduje, nie traumatyzuje.

Gdybyś miała wymienić trzy rzeczy, które najbardziej Cię zaskoczyły w czasie ciąży, porodu, połogu i będąc już mamą, co by to było?

Mimo tego, że miałam naprawdę dużą wiedzę na temat tego, co się dzieje ze mną, moim ciałem, dzieckiem, to kilka rzeczy zdołało mnie zaskoczyć. W czasie ciąży na pewno to, że byłam taka spokojna, mimo że to była moja pierwsza ciąża, pierwsze dziecko – wszystko przyjmowałam naturalnie i z uważnością. W czasie porodu zaskoczyło mnie to, że ból jest do zniesienia i nie potrzebuję go wyciszać – przeciwnie, motywował mnie do działania i prowadził. W czasie połogu zaskoczyło mnie moje ciało, które od tego czasu jest dla mnie niesamowite – to, jak potrafi się zregenerować, wrócić do swojego wyglądu, wykarmić dziecko, mieć siłę na codzienne wyzwania. To są takie rzeczy, które po prostu się dzieją, ciężko się na nie przygotować.

Jakie są Twoje najbliższe plany? Czy możemy spodziewać się kolejnej książki ?

Myślę już po cichu o książce z przepisami dla dzieci, ale to jeszcze chwila. Obecnie chciałabym, żeby o „Mamie na roślinach” dowiedziało się jak najwięcej kobiet, które potrzebują takiej formy wsparcia albo po prostu chcą smacznie i roślinnie zjeść.

Czego mogłabym Ci życzyć?

Dobrych wakacji! Mam nadzieję odwiedzić z rodziną kilka muzycznych festiwali i naprawdę odpocząć.

W takim razie życzę udanych wakacji i dziękuję za rozmowę.

Bardzo dziękuję.

Rozmawiała Aneta Zychma, zdjęcia Anksfoto.pl Anna Nowak

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close