Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Żadnych samochodów, buczących autobusów i motocykli. Ani jednego roweru. W Wenecji trzeba mieć mocne nogi, bowiem obowiązuje tu tylko ruch pieszy, a przecież czeka nas błądzenie po wąskich uliczkach, rozsianych między dziesiątkami kanałów. Jedyny transport, na jaki możemy liczyć w tym mieście, to gondole, wodne tramwaje i taksówki.

Każdego ranka, na prośbę właściciela mieszkania, które wynajmowaliśmy w centrum Wenecji, wędrowaliśmy z workiem śmieci w okolice pobliskiego kanału. O godzinie ósmej rano podpływała tu barka zbierająca odpady. Przy okazji obserwowaliśmy poranny ruch – dzieciaki z tornistrami na plecach odprowadzane przez rodziców na tramwaj wodny zwany vaporetto, którym płynęły do szkoły. W zdumienie wprawił nas widok młodego, ubranego w garnitur wenecjanina, który wyłonił się z wnętrza zatopionej w wodzie kamienicy, wprawną nogą wsiadł do przycumowanej obok niewielkiej łodzi i ruszył nią wzdłuż kanału. Pewnie spieszył się do pracy w banku lub urzędzie. Na porządku dziennym jest widok listonoszy ciągnących wózki wyłożone ciężkimi paczkami. Podobnie transportuje się towar do sklepów czy restauracji, ruch samochodowy jest zakazany. Nie można się tu poruszać nawet na motocyklach czy rowerach. Nic więc dziwnego, że rdzenni wenecjanie wyprowadzili się ze ścisłego, historycznego centrum miasta, przenosząc się na stały ląd. Życie na 124 wyspach, oddzielonych od siebie 176 kanałami wydaje się bardzo uciążliwe, tym bardziej, że każdego dnia przez wąskie uliczki i placyki przewijają się tysiące turystów, a ceny w sklepach, restauracjach czy kawiarniach przyprawiają o zawrót głowy.

Westchnąć na moście

Wenecja ma swoich wielkich admiratorów, ale też i przeciwników, uważających, że to miasto przereklamowane, duszne i brudne. Ci ostatni wpadli tu pewnie tylko na chwilę, rzucili okiem na Plac św. Marka i Pałac Dożów, przeciskali się przez wiecznie zatłoczony most Rialto, pospacerowali wzdłuż Canal Grande, zapłacili niebotyczną cenę za pizzę. I mieli już serdecznie dość. Rzeczywiście Wenecja jest miastem zatłoczonym, szacuje się, że rocznie odwiedza je ok. 30 mln turystów. Jest również jednym z najdroższych miejsc w Europie, więc z góry trzeba nastawić się na spory wydatek, choć przy odrobinie dociekliwości i szczęścia można trafić na tanie kafejki i bistra, w których podaje się smaczne jedzenie. Najczęściej jednak oddalone są one od ścisłego centrum.

Naszym zdaniem ten, kto raz odwiedzi to miasto, zakocha się w nim miłością bezwarunkową. Nie ma bowiem na całym świecie drugiego tak niezwykłego miejsca, zbudowanego ma milionach drewnianych pali wbitych w muł. Miasta, gdzie w woda podpływa pod mury urokliwych kamienic, a historia i zabytki świadczą o geniuszu i przemyślności ludzkiego umysłu.

Dopiero z lotu ptaka zobaczymy, że Wenecja to sieć kanałów, z których największy nosi nazwę Canale Grande. Przecinają one niewielkie, bagniste wysepki Adriatyku, które połączone są dziesiątkami mostów. Najsłynniejszy i najstarszy z nich to Ponte Rialto, zawieszony nad Canale Grande. Rozciąga się z niego przepyszny widok na piękne weneckie pałace, ale panuje tu niemiłosierny tłok. Tłumy turystów napierają schodami, ludzie przepychają się, by zająć jak najlepsze miejsce… Rada jest tylko jedna – jeśli chcemy w spokoju posmakować uroku Ponte Rialto wybierzmy się w te okolice skoro świt. Wówczas z pewnością będzie tam pusto. Warto również odwiedzić inne weneckie mosty – Ponte dell’ Accademia czy Ponte dei Sospiri. Ten ostatni, który w Polsce znany jest pod nazwą most Westchnień, łączy pałac Dożów z budynkiem po drugiej stronie kanału. I choć nazwa wydaje się nawiązywać do romantycznych uniesień, to nic bardziej mylnego. Właśnie tym mostem prowadzono skazańców do więzienia, dając im ostatnią szansę spojrzenia na lagunę i żałosnego westchnienia za światem, którego już nie zobaczą. Ta mało romantyczna historia nie przeszkadza jednak zakochanym, którzy płynąc gondolą pod Mostem Westchnień, przysięgają sobie dozgonną miłość.

Św. Marek wraca do Wenecji

Z Mostu Westchnień blisko już na jeden z najsłynniejszych placów świata – św. Marka. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że w Wenecji nie obowiązuje pojęcie „w linii prostej”. Często bowiem do pobliskiego, zdawałoby się, punktu dochodzi się, pokonując przez długie minuty kolejne kręte uliczki i rozłożone nad kanałami kładki. Ale jeśli już dotrzemy do placu św. Marka, to znajdziemy się w samym sercu Wenecji. Charakterystyczna ogromna przestrzeń wypełniona kawiarnianymi stolikami ustawionymi tak, by goście mogli obserwować przechodniów, potwierdza tezę, że dla Włochów życie jest teatrem. Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że na placu św. Marka rozgrywa się fascynujący spektakl z udziałem tysięcy turystów z całego świata i scenografią w postaci najznamienitszych zabytków tego miasta. Obowiązkowym punktem zwiedzania jest bazylika św. Marka, w której znajdują się relikwie tego świętego. Wiąże się z nimi ciekawa historia, dowodząca, że wenecjanie byli (i pewnie wciąż są) sprytni i niezwykle pragmatyczni. Otóż przed wiekami, gdy społeczność miasta okrzepła już na dobre, zaczęto szukać ważnych punktów odniesienia scalających mieszkańców i dających im poczucie tożsamości. Przedsiębiorczy kupcy weneccy udali się w 828 r. do Aleksandrii, skąd podstępnie wykradli szczątki św. Marka i przywieźli na lagunę. Do swojego w gruncie rzeczy niecnego czynu dobudowali legendę, która głosi, że święty apostoł podczas jednej ze swoich podróży zatrzymał się właśnie na lagunie i ujrzał anioła, który wyjawił mu, że właśnie w tym miejscu zostanie kiedyś pochowany. A kiedy już wenecjanie sprowadzili do swojego miasta szczątki świętego, nie pozostawało im nic innego, jak zbudować mu godną świątynię. Rzeczywiście bazylika robi wrażenie – zajmuje wschodnią część placu św. Marka, tuż obok pałacu Dożów, a wzniesiona jest na planie krzyża greckiego. Budowlę wieńczy pięć kopuł. Nie wygląda jak typowy kościół chrześcijański, ma charakter eklektyczny, wiele w niej bizantyjskiego przepychu czy ozdób przywodzących na myśl meczety. Gromadzone przez stulecia dekoracje, mozaiki, liczne złocenia, rzeźby i charakterystyczne łuki sytuują bazylikę św. Marka gdzieś na pograniczu sztuki Zachodu i Wschodu. Wystrój świątyni w sporej części tworzą dary składane przez zamożnych wenecjan i gości odwiedzających miasto, a także łupy przywiezione z krucjat. W bazylice koniecznie trzeba zobaczyć Złoty Ołtarz, zwiedzić muzeum i udać się na taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta. Ozdobą tarasu są repliki figur koni – Rumaków Lizypa, których oryginały znajdują się we wnętrzu świątyni.

Bezcenna kawa

Kolejny obowiązkowy punkt to położony tuż obok pałac Dożów, który był rezydencją władców miasta. Zbudowany w stylu gotyckim zachwyca koronkowymi łukami, a przez to, że wielokrotnie był przebudowywany, odnajdziemy także elementy typowe dla renesansu. Najpiękniejszym przykładem tego właśnie stylu jest dziedziniec, wspaniale prezentują się także arkadowe loggie. Wnętrze pałacu zatyka dech w piersiach swoim przepychem, dając wyobrażenie o tym, w jakim bogactwie pławili się dożowie.

Charakterystycznym punktem placu św. Marka są dwie kolumny przywiezione tu z Konstantynopola w XII w. i ustawione od strony morza. Na szczycie jednej z nich znajduje się figura św. Teodora, na drugiej – św. Marka. Nieopodal znajduje się dzwonnica i strzelista wieża zegarowa, której mechanizm odlicza ponoć tylko dobre godziny. Wizytę na placu św. Marka warto zakończyć w kultowej, najstarszej we Włoszech kawiarni Floriana, w której pierwszych gości obsłużono w 1720 r. Za aromatyczne espresso trzeba tu jednak słono zapłacić – jeśli siądziemy na zewnątrz obsługa doliczy nam kilka euro za możliwość podziwiania placu św. Marka. Dodatkową opłatę uiścimy, gdy wewnątrz gra orkiestra, może się więc zdarzyć, że za małą czarną zapłacimy ponad 20 euro. Czy warto? No cóż, jeśli chcemy opowiadać znajomym, że odpoczywaliśmy w kawiarni, w której dawno, dawno temu brylował Casanova, to może należy odżałować te kilkanaście euro? A może lepiej przeznaczyć je na całodzienny bilet na podróżowanie tramwajami wodnymi. Taka eskapada jest naprawdę fascynująca,  w jej trakcie warto zatrzymać się na wyspie Lido, gdzie od 1932 r. odbywa się Międzynarodowy Festiwal Filmowy. To najbardziej elegancka, ale i nieco snobistyczna dzielnica Wenecji, którą upodobały sobie gwiazdy kina i koronowane głowy. Od reszty miasta różni się m.in. tym, że dozwolony jest tu ruch samochodowy, a piaszczysta plaża należy do najpiękniejszych. Wart także dotrzeć na wyspę Murano, gdzie produkuje się wielobarwne szkło, z którego przygotowuje się biżuterię i oryginalne ozdoby do mieszkania. I na Burano, gdzie każdy dom jest w innym kolorze.

W masce i w gondoli

Jakie słowa najbardziej kojarzą się z Wenecją? Karnawał? A może gondola? Pewne jest, że zarówno bez jednego, jak i drugiego, miasto nie mogłoby istnieć. Na dziesięć dni przed Środą Popielcową ulice Wenecji stają się areną największej i najstarszej zabawy w Europie. Bale, koncerty, barwne korowody, przedstawienia teatralne, śpiew, muzyka i wszechogarniająca radość. Na wąskich uliczkach miasta i placach królują przebierańcy, w czasie karnawału nie wypada nie założyć maski, którą można kupić w każdym niemalże sklepie. W Wenecji wciąż działają niewielkie, rodzinne manufaktury, w których powstają maski – niektóre z bardzo drogich, luksusowych materiałów, inne – skromniejsze, przewidziane na kieszeń przeciętnego turysty.

Główną areną karnawału jest Plac św. Marka, ale sporo dzieje się także na Canale Grande, bowiem w zabawie biorą również udział gondolierzy, którzy na tę okoliczność przyozdabiają swoje łodzie lampionami i organizują barwne przeprawy. A skoro już jesteśmy przy tym szanowanym i niezwykle elitarnym zawodzie to warto podkreślić, że przez 900 lat profesja ta zarezerwowana była wyłącznie dla mężczyzn. Pierwsza gondolierka ukończyła kurs i zdała egzamin dopiero dziewięć lat temu. Za półgodzinny rejs 6-osobową gondolą trzeba zapłacić ok. 100 euro. Ale już samo obserwowanie poruszających się z gracją łodzi, dostarcza wielu wrażeń. Ich smukły kształt ułatwia nawigowanie po wąskich i stosunkowo płytkich kanałach. Gondolierzy w swoich charakterystycznych pasiastych koszulkach i słomkowych kapeluszach zdają się być mistrzami nawigacji, biorąc pod uwagę, że mają do dyspozycji tylko jedno wiosło bez steru, a na dodatek cały czas muszą stać. Fakt, iż w Wenecji pracuje ponad 400 gondolierów, dowodzi, że życie tego miasta toczy się wokół 176 kanałów. Jeżeli mamy pecha, możemy trafić na taki moment, gdy woda wychodzi z kanałów i zalewa wąskie uliczki i place. A wszystko to wina globalnego ocieplenia i podnoszenia się poziomu wód. Swoje robią także potężne wycieczkowce, które każdego dnia wpływają na lagunę. Wezbrana woda musi gdzie znaleźć ujście, wchodzi więc do wąskich kanałów, niszcząc fundamenty budynków. Obdrapane tynki i wypłukane cegły zabytkowych kamienic to powszechny widok na ulicach Wenecji. By temu zaradzić, osusza się niewielkie odcinki kanałów i wykonuje naprawy elewacji. Woda, którą kiedyś ujarzmili dzielni wenecjanie, dziś obraca się przeciwko nim.

Wszystko płynie

Jak to się stało, że przed setkami lat powstało miasto na tak nieprzyjaznym podmokłym terenie? Przed wiekami przodkowie dzisiejszych wenecjan skryli się na lagunie przed barbarzyńskimi Hunami i w 452 r. założyli miasto budując drewniane chaty na najtwardszym gruncie. Z biegiem lat nowi mieszkańcy zasiedlali kolejne, oddzielone wodą, wyspy, które zaczęli łączyć mostami. Gdy w VII w. zaczęło brakować miejsca, ktoś wpadł na genialny pomysł, by stworzyć sztuczne tereny na wodzie, wbijając w dno laguny tysiące drewnianych pali. Źródła podają, że jest ich 10 mln, z czego pod samym placem św. Marka znajduje się ich 100 tys., a aż milion pod kościołem Santa Maria Della Saluta. Takie niepewne podłoże wymogło na wenecjanach budowę domów o lekkiej, ażurowej konstrukcji, z dużymi oknami. Musieli też korzystać z materiałów odpornych na wodę, a przy okazji na tyle elastycznych, by dostosowywały się do ruchów wody w kanałach. I choć z powodu niszczycielskich działań wody w Wenecji nie zawalił się żaden pałac, to przecież miasto sukcesywnie się zapada. Największy dramat  przeżyło w listopadzie 1966 r., gdy na skutek gwałtownego przypływu poziom wody podniósł się o 2 metry.

Wielu zastanawia się, czy Wenecję czeka zagłada. Czy żywioł, który dał miastu życie, ostatecznie je pochłonie? Od 16 lat w Wenecji realizowany jest projekt MOSE. Specjaliści chcą zbudować ruchome zapory, blokujące napływ mas wody z głębi Adriatyku do laguny. Inny, bardziej futurystyczny pomysł, zakłada rozprężenie podłoża i podniesienie poziomu miasta. Bez wątpienia Wenecja warta jest każdej próby uratowania przed zatonięciem. Cóż to byłby za świat bez szalonego karnawału i rozsianych wzdłuż kanałów kafejek, z których podziwia się wyjątkowe miasto i wdycha niepowtarzalny zapach jodu, morskiej soli i wodorostów. A poza tym, gdzie swoje szaleńcze pościgi uskuteczniałby James Bond z „Casino Royal” i gdzie próbowaliby uciec przed okrutnym przeznaczeniem Johnny Depp i Angelina Jolie w filmie „Turysta”?

Tekst Agata Niebudek-Śmiech, zdjęcia Agata Niebudek-Śmiech, Monika Rosmanowska

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close