Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


O rosyjskich romansach śpiewanych przez Sławomira Mrożka, przyjaźni z Haliną Kozioł i życiu bez ustawek rozmawiamy z Violą Arlak.

Przez dziewięć lat była Pani gwiazdą kieleckiego Teatru im. Stefana Żeromskiego. Trzydzieści głównych ról, uwielbienie publiczności… Jak ten kielecki etap zapisał się w Pani pamięci?

To był czas szukania teatru i urzeczywistnienie moich marzeń o pracy na profesjonalnej scenie. Trzy razy zdawałam do szkoły teatralnej, związałam się z Teatrem 38 w Krakowie prowadzonym przez Piotra Szczerskiego. Gdy pojawiła się propozycja pracy w Kielcach, nie zastanawiałam się ani chwili. Studia aktorskie zastąpiła mi inna szkoła – szkoła prawdziwego teatru, autentycznej publiczności.

Które z kieleckich ról zapamiętała Pani w szczególny sposób?

Najmocniej pannę Julię ze sztuki Augusta Strindberga. To była ciekawa praca z młodą reżyserką nad bardzo wymagającym tekstem. Nie graliśmy niestety tego spektaklu często, ale samo jego przygotowywanie było czymś naprawdę wspaniałym. Tym bardziej, że moje dotychczasowe doświadczenie zawodowe obejmowało głównie role komediowe, a tu nieoczekiwanie dostałam szansę na dramatyczną. Podobnie było w przypadku „Balladyny” – fantastyczna praca i niesamowity spektakl. Tak naprawdę każda rola jest niepowtarzalną przygodą. Zawsze gdy wcielam się w nową postać, zastanawiam się, czy dam radę, za każdym razem zaczynam od zera. Wystrzegam się szukania podobieństw z poprzednimi rolami i bardzo denerwuje mnie to, gdy ktoś powiela pomysł na mnie. Niestety czasami brakuje otwartych umysłów i ochoty na to, by z aktora wyciągać coś nowego. To pewnie wynika z lenistwa…

Powielanie tego, co znamy, jest mniej ryzykowne. Zapamiętałam spektakl „Miłość na Krymie” Sławomira Mrożka. Była to bodajże druga w Polsce inscenizacja tego dramatu z mocnymi kreacjami – Pani i Edwarda Kusztala.

Och tak, aż mi ciarki przeszły, gdy mi pani o tym przypomniała. Pamiętam wspólną kolację z Mrożkiem tuż po premierze, podczas której pisarz śpiewał mi rosyjskie romanse. Takie chwile zostają na zawsze.

Z drugiej strony były frywolne recitale kabaretowe…

To, że przez te dziewięć lat byłam cały czas na scenie i to w tak różnorodnym repertuarze, sprawiło, że w momencie, gdy przeszłam do Warszawy i początkowo niewiele się działo w moim życiu zawodowym, to jednak nie miałam poczucia, że jestem aktorką „niewygraną”, niespełnioną. Ludzie pytają mnie, jak znosiłam niewielkie role. A ja odpowiadam, że normalnie. Nie mam przerośniętych ambicji, nie muszę grać tylko głównych ról, mogę i epizody. W nich także zawsze można coś dla siebie znaleźć.

Nie startowała Pani w Warszawie z pozycji zerowej. Z drugiej strony kilku aktorów związanych z naszą sceną też rzuciło teatr i, niestety, nie udało się im. Czy zostawiając Kielce, myślała Pani, raz kozie śmierć, podejmuję ryzyko?

Strach był ogromny, rzuciłam się na głęboką wodę, ale też ludzie, których spotkałam po drodze i którzy zapewniali mnie, że dokonałam dobrego wyboru, działali na mnie uspokajająco. Utwierdzali mnie w przekonaniu, że przyjdzie mój moment, dawali mi siłę. Mam też świadomość, że dojrzalej wyglądałam mając dwadzieścia lat, choć tamta fizyczność nie bardzo współgrała z moją ówczesną psychiką.

Nie chciała Pani bezpiecznego, ciepłego etatu w teatrze?

Ze mną tak już jest, że jak coś mi dopiecze, to odchodzę, nawet gdy nie do końca wiadomo dokąd. Po prostu muszę dokonać zmiany. I właśnie w przypadku odejścia z kieleckiego teatru nadszedł taki moment, że trochę się przydusiłam. Bardzo dużo grałam i miałam taką potrzebę, żeby iść dalej. Już, teraz, gdzieś… Moja decyzja zbiegła się z propozycją filmową, więc uznałam, że to dobry znak. Ostatecznie realizacja tego projektu przesunęła się o rok, co znaczyło, że moja przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Zostałam bez pieniędzy, bez perspektyw, ale nie zraziło mnie to – dzień po dniu budowałam swoje życie zawodowe w Warszawie. I to, że dziś praca przychodzi do mnie, to jest mój wewnętrzny, osobisty sukces.

Wspominała Pani kiedyś, że na początku swojej warszawskiej kariery, gdy przychodziła Pani na plan filmowy, to siadała w kącie i nieufnie spoglądała na ludzi. Czy już Pani okrzepła?

Tak, nie mam już w sobie tego skrępowania, które towarzyszyło mi na początku. I dobrze, bo ono niczemu nie służy, odbiera całą siłę, a przecież przychodzimy do pracy po to, żeby coś stworzyć, a nie przesnuć się przez plan. Cały czas poszukuję w sobie pewności i siły. Aktorstwo to dziwny zawód, bo raz jesteś w pracy na pełnych obrotach przez 12 godzin, a raz siedzisz bezczynnie. Bywa tak, że obudzę się i gubię, bo mam tyle spraw do załatwienia, a dzień wcześniej byłam już tak zmęczona, że nie zrobiłam sobie planu. Ważne jest, aby w tym wszystkim łapać jakiś balans, żeby się nie dać wkręcać w różne sytuacje i przejmować się na przykład tym, że w Internecie coś piszą albo praca nie idzie. Wszystko ma swój czas! Mam przyjaciółkę, która mówi: mam pracę wtedy, gdy chcę żeby do mnie przyszła, a kiedy nie chcę, to klienci sami odwołują spotkania. Doceniam mądrość tych słów, bo one pozwalają uzyskać właściwy dystans i równowagę.

Jak Pani osiąga ten balans?

Mam wokół siebie dużo mądrych ludzi, którzy mówią mi, że widocznie tak ma być, jeśli praca odchodzi, robi się dzień wolny, nie należy się tym zbytnio przejmować. Najwyraźniej ten dzień – z jakiegoś powodu – miał być wolny. Ten rodzaj pogodzenia się z drogą, którą się idzie, sprawia, że człowiek nie wpada w panikę i nie wali mu się świat, tylko dlatego, że praca nie przychodzi. Wówczas może warto się zastanowić, z jakiego powodu propozycje zawodowe się nie pojawiają i co możemy zrobić, żeby to zmienić? Może warto wtedy pomedytować, złapać oddech, a może – zupełnie prozaicznie – posprzątać mieszkanie, popłacić zaległe rachunki.

To zadziwiające – pamiętam naszą rozmowę sprzed wielu lat po kolejnym plebiscycie „O Dziką Różę”, kiedy mówiła mi Pani właśnie o tym, że tak to już jest w Pani życiu, że tej pracy nie ma albo garnie się do Pani w dużych ilościach.

Może czasami za często powtarzamy, że praca do nas nie przychodzi i sobie to afirmujemy. A przecież – myśli i słowa to czyny, które mogą zmienić nasze życie. Jeśli nie zdamy sobie z tego sprawy, to będziemy się wiecznie miotać w różnych sytuacjach i wciąż zadawać sobie pytania: po co, dlaczego? W moim życiu zawodowym jest teraz tak, że pracy jest bardzo dużo – gram w kilku tytułach teatralnych, weszłam w kolejny serial. To miłe, lata mijają, a ja nie narzekam na brak propozycji zawodowych. I można mi tylko życzyć, by się to nie zmieniło.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą zapamiętałam z tej rozmowy na schodach przy teatralnym foyer. Spytałam Panią o podobieństwo do Kaliny Jędrusik i powiedziała Pani, że to się wlecze za Panią przez całe życie. Ma Pani już dość tych porównań?

Rzeczywiście, to się za mną wlecze od lat i w końcu trzeba będzie to sfinalizować, może ubrać w jakiś spektakl. Kto nie doświadczył takich porównań, nie jest w stanie zrozumieć, jakie to odciska piętno. Jeśli codziennie słyszę, że jestem podobna do kogoś, to tak jakby ludzie odbierali mi moją tożsamość, ubrali w jakiś kostium, wtłoczyli w ramkę. Od lat słyszę: o, druga Kalina Jędrusik! Chwileczkę – może tak, może nie…

Czyli ta ramka uwiera?

Teraz, gdy mam sporo ról za sobą, to już tak bardzo mi to nie przeszkadza, a może po prostu trochę się do tego przyzwyczaiłam. Irytowały mnie oczekiwania, że mam grać seksbomby, uwodzicielki, a ja chciałam dla siebie różnych ról.

Mam wrażenie, że jednak udało się Pani uwolnić od Kaliny, bo dziś dla większości widzów jest Pani Haliną Kozioł. Wójtowa z „Rancza” to już wzorzec przebojowej, zaradnej kobiety. W końcu to dziesięć serialowych lat. Czy przypuszczała Pani, że stworzy taką kultową postać?

A skąd! Na etapie tworzenia bohatera aktor tak nie myśli, jest zamknięty w swoim zadaniu budowania postaci, nie zastanawia się, jaki to będzie miało wydźwięk, lecz skupia się na tym, by być wiarygodnym. Cieszę się, że wzięłam udział w tym przedsięwzięciu, ten serial dał mi ogromną satysfakcję zawodową, jestem szczęśliwa, że moja postać nie przeszła gdzieś niepostrzeżenie. Mam mnóstwo ról na swoim koncie, ale wiem, że ludzie będą mnie kojarzyli z Halinką. I niech tak będzie, bo wójtowa to fajna babka.

Jak Pani budowała tę postać. Ile jest w niej z Violi Arlak?

Halinę stworzyli scenarzyści, a ja budowałam ją na bazie ich wyobrażeń. W „Ranczu” dzięki partnerom i reżyserowi udało się stworzyć wyraziste, pełnokrwiste postaci, z czego się bardzo cieszę. Nie mamy tu do czynienia z bohaterami, którzy snują się latami po ekranie. Każda z postaci ma swoją filozofię, do czegoś dąży i to jest urok „Rancza”.

Halina Kozioł to kobieta, która z żony wójta, zajmującej się głównie paznokciami i lokami na głowie, staje się wójtem. Uparta i odważna z niej osóbka. Taka jak Viola Arlak?

Myślę, że tak. Zarówno ja, jak i Halina mamy w sobie siłę, której czasami nie umiemy nazwać. Halina pozwoliła mi tę moc z siebie wydobyć. Wójtowa jest ostra i konkretna. Ja nie zawsze taka bywam, ale faktem jest, że postaci, które człowiek buduje, mają wpływ na nas, pomagają wydobyć coś, co gdzieś głęboko w nas drzemie. Może jest w niej coś ze mnie, choć nie utożsamiam się z nią, zresztą jak z większością ról, ale też nie odcinam się od niej. Halina dała mi dużo, a ja – Halinie.

To taki typ, z którym mogłaby Pani pójść na kawę i zaprzyjaźnić się?

Z każdym człowiekiem mogę iść na kawę. Nie widzę problemu, zawsze można usiąść i pogadać.

O sile kobiet?

Tak. W „Ranczu” bardzo fajnie to wybrzmiało. I coś jest na rzeczy, a już w tej chwili ta siła wydobywa się z dużą prędkością.

Pojawiła się Pani w nowym serialu – „Korona królów”…

„Korona królów” przyszła do mnie w takim momencie, że sobie pomyślałam: zupełnie inny klimat, coś nowego, kostium, trzeba uruchomić w sobie jakieś inne pokłady aktorskiej wrażliwości. Jestem ciekawa, jak to zostanie odebrane, bo pomysł jest fantastyczny – na Wawelu pojawia się wdówka ze swoją córką i obie polują na zamożnych jegomościów.

Pracuje Pani również nad innymi projektami?

Tak, w planach jest film pełnometrażowy, ale w tym momencie za wcześnie o tym mówić. I wciąż jest scena – gram w kilku tytułach, m.in. „Kiedy kota nie ma”, „Przyszedł mężczyzna do kobiety”, „Zemsta” czy „Dziwna para”. Myślę sobie, że to cudowne, że mam zarówno film, jak i teatr i że to się tak ze sobą miesza. Wkrótce wezmę się za piosenkę, to może jeszcze trochę pośpiewam…

Powiedziała Pani, że przestała już być tą nieśmiałą aktorką, siedzącą w kącie. Warszawa zmieniła Panią, nauczyła się Pani walczyć o role, rozpychać się łokciami?

W Warszawie żyję trochę w osobnym świecie. Z jednej strony wiem, że jestem w tyglu, ale z drugiej w ogóle nie czuję żadnej walki – z nikim o nic nie walczę, nie mam żadnych realnych czy nierealnych przeciwników. Mało mnie interesuje, kto ponosi porażki, bo nie żyję życiem innych. Więc trudno mi odpowiedzieć na pytanie, czy nauczyłam się walczyć, bo tego nie robię. Życie się toczy i trochę sobie zapracowujemy na kolejne sytuacje, trochę jest to niezależne od nas. Cały czas mam wrażenie, że wiodę normalne, zwyczajne życie, od czasu do czasu wpadam w świat, który mogę sobie stworzyć, czyli świat pracy, ale będąc pomiędzy, nie walczę. Raczej odpoczywam, na przykład dziś robiłam racuchy. Po kilku dniach pracy w serialu najprostsze czynności sprawiają mi przyjemność. Prywatnie w domu jestem zupełnie nudna, ale jest mi z tym bardzo dobrze.

Nie lubi Pani udzielać wywiadów, nie jest Pani zbyt aktywna w mediach społecznościowych. Tymczasem większość gwiazd nie rozstaje się z Facebookiem czy Instagramem. Czy trudno chronić swoją prywatność?

Nie jest trudno. Tak mam i już, a przecież moje życie zawodowe jakoś się toczy. Rozumiem, że widz ma potrzebę dotarcia bliżej do aktora, ale jestem wyznawcą teorii, że im mniej wie on o aktorze, tym lepiej dla wszystkich.

Ale świat show-biznesu wyznacza nowe reguły – trzeba się odsłaniać, informować na bieżąco, co się zjadło, z kim spędziło popołudnie i noc. Można inaczej?

Nie opisuję swojego życia od rana do nocy i jakoś funkcjonuję, czyli można inaczej.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że opowiadanie o sobie jest kłamstwem. Czyli wszystko to blef?

Trochę tak jest, bo tak naprawdę to, co mówimy w wywiadach, to są nasze wyobrażenia o nas samych. Stoimy w różnych sytuacjach, opowiadamy, jacy jesteśmy fantastyczni, stwarzamy iluzję. Chcemy być tacy, a nie inni… Każde opowiadanie o sobie tworzy sztuczną historię. Rozmawiałam z panią pewnie 15 lat temu i dziś pod częścią tego, co wówczas powiedziałam, pewnie bym się podpisała, pod częścią – nie. Życie płynie, my się zmieniamy…

Wyobrażam więc sobie, jak musiało Panią irytować, gdy plotkarskie portale nie pisały o niczym innym tylko o tym, że Viola Arlak schudła 20 kilogramów.

Ponieważ dziennikarze zauważyli to już długo po tym jak schudłam, to mnie już zupełnie nie dotyczyło, to było coś, co już się wydarzyło. Omiotłam ten temat zupełnie bez emocji. Muszę rozczarować tych wszystkich, którzy chcieli mi dopiec i czynili niewybredne uwagi. W tym czasie serial „Ranczo” otrzymał od miesięcznika „Party” nagrodę za serial dekady, miałam zaszczyt ją odbierać. Media zamiast na filmie, skupiły się na moim wyglądzie. Cóż, takie czasy… Nie schudłam po to, żeby media o tym pisały, nie pchałam się do gazet, żeby o tym opowiadać, nie napisałam o tym książki. Schudłam i koniec. Kropka. Fajnie, że to się spodobało, choć są i takie głosy: „Szczerze? Przedtem było lepiej”. Jak widać są gusta i guściki. Także spoko!

A mogła Pani odcinać kupony, na przykład dając się sfotografować (oczywiście z ukrycia) w siłowni podczas katorżniczych ćwiczeń.

Miałam od dziennikarzy propozycje ustawek, ale odrzuciłam wszystkie, po to, żeby mieć cudownie wolną przestrzeń i czas dla siebie, a nie ciągle być w pracy. Nie czuję potrzeby, aby rozśmieszać w sklepie całą kolejkę, tylko dlatego, że jestem aktorką komediową.

Udaje się Pani oddzielać te dwa światy?

Tak i jestem z tego dumna, bo inaczej można się nieźle wkręcić i dzień zaczynać od omawiania z agentem kolejnych fotek wrzucanych do mediów społecznościowych.

Jakie ma pani marzenia?

Moje marzenie to życie bez ustawek.

Tego więc Pani życzę i powiem, że gdy oglądam Panią w jakimś serialu, to jestem z Pani dumna i myślę sobie (tak trochę spoufalając się) – to nasza Viola!

Przypomina mi się takie miłe zdarzenie – któregoś dnia grałam spektakl „Kiedy kota nie ma” w teatrze Capitol i podczas finału z widowni ktoś się odezwał: Kielce pozdrawiają! i wstała grupka dziewczyn, machały do mnie. To było strasznie sympatyczne, też je pozdrowiłam. Czuję tę kielecką moc!

Dziękuję za rozmowę.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Katarzyna Wilk

Viola Arlak – aktorka filmowa i teatralna, przez lata związana z kieleckim Teatrem im. Stefana Żeromskiego, w którym zagrała ponad 30 głównych ról. Znana m.in. z kultowej roli Haliny Kozioł w serialu „Ranczo”, wystąpiła również w wielu innych serialach, można ją oglądać na scenach warszawskich teatrów. Jej najnowsza rola to postać damy dworu w serialu „Korona królów”.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close