Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Nie ma starówki. Nie ma zamku. Ani średniowiecznej katedry. Nie ma klimatycznych zaułków. A mimo to Mińsk jest, według mnie, jedną z najciekawszych stolic Europy Środkowo-Wschodniej.

Kiedy przez obecną Białoruś przetaczała się II wojna światowa, centrum Mińska zostało niemal doszczętnie zbombardowane. Armia Czerwona w dodatku urządzić miała sobie bombardowanie dla samego bombardowania… Cudem ocalało kilka gmachów, których budowę zaczęto jeszcze w latach 30. Takich, jak tzw. Dom Rządowy, gmach Narodowego Akademickiego Teatru Wielkiego Opery i Baletu czy Akademia Nauk. Wszystkie zaprojektowane przez niejakiego Josifa Langbarda. Mówi się, że nie był to przypadek. Właśnie te gmachy miały dać już przed wojną zalążek miasta idealnego. Po zakończeniu działań wojennych pomysł ten realizowano. Już bez przeszkód w postaci starej zabudowy. Luki w projektach Langbarda można było wypełnić nową miejską tkanką. Utrzymaną w duchu jedynej, słusznej wówczas idei.

Socrealizm na każdym kroku

Dość powiedzieć, że zbudowane po wojnie śródmieście Mińska, jako znakomity przykład zabudowy z lat 50., dziś aspiruje do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Nic dziwnego. Właśnie tu udało się najpełniej zrealizować ideę miasta pałaców dla władzy i pałaców dla ludu. Socrealizm zaczyna się na dobre na placu Niezależności. Kończy… gdzieś za placem Zwycięstwa. Gdzieś – to dobre stwierdzenie. Płynnie przechodzi bowiem w architekturę kolejnych dekad, by zakończyć się budowlami zupełnie współczesnymi. Wszystko ze sobą współgra. No, prawie współgra. Ale nie czepiajmy się. Socrealizm był wytworem lat 50. Ówcześni architekci wybrali z klasycyzmu kolumienki, pilastry, gzymsy i tympanony. Doprawiwszy je ideologią – gwiazdkami, sierpami i młotami oraz robotnikami i rolnikami, którzy zastąpili antycznych bogów – stworzyli Mińsk. Miasto, które zadziwia do dziś. Na placu i prospekcie Niezależności obok siebie stoją: siedziba KGB (na Białorusi wciąż działa), monumentalna poczta, gmach Narodowego Banku Białorusi, Dom Rządowy, Centralny Dom Oficerów, Dom Kultury Profsojuzu, kinoteatry, socrealistyczne bloki oraz pomniki: Włodzimierza Iljicza Lenina, Feliksa Dzierżyńskiego czy Zwycięstwa. Ten ostatni przypomina egipskie obeliski. Oczywiście odpowiednio przetworzone. Wieńczy go pięcioramienna gwiazda, zaś cokół zdobią odpowiednie płaskorzeźby. W podobnych duchu utrzymane są stacje metra łączącego Mińsk pod ziemią. I gdyby z prospektu usunąć reklamy sieci telefonii komórkowych oraz fast foodów, a także zabrać współczesne samochody, ielibyśmy niezłą podróż do przeszłości! W dodatku nawet nie trzeba by było zmieniać tabliczek z nazwami ulic. W centrum Mińska patronami wciąż są Lenin, Kirow, Engels czy Marks, którzy za „sąsiadów” mają ulice Pierwszomajską, Komsomolską, Rewolucyjną czy Internacjonalną. Ot, taki skansen komunizmu.

Współczesny socrealizm

Ze stylistyką socrealistycznego Mińska koresponduje współczesna sytuacja polityczna Białorusi. Już sam fakt, że od 1994 roku prezydentem jest ten sam człowiek, sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, czy wszystko tu jest OK. Niepokoi też to, że po białorusku – czyli w swoim ojczystym języku – rozmawia niewielu. Ba, słysząc „dobry dzień” zamiast rosyjskiego „zdrastwujcie” większość osób na ulicach, czy w sklepach będzie bardziej niż zaskoczona! Do tej sytuacji pasują także najnowsze architektoniczne projekty. Jednym z najciekawszych obiektów jest nowy gmach Biblioteki Narodowej. Powstał przy prospekcie Niezależności, na wschodnich obrzeżach miasta (stacja metra Uschod). Ma formę wielkiego diamentu. W środku skrywa – prócz kilometrów książek na regałach – kilka perełek, zamkniętych w Muzeum Książek. To m.in. starodruki z XV-XVIII wieku, a także kolekcja autografów takich twórców jak Pablo Picasso, Juliusz Verne czy Nikołaj Gogol. Równie intrygujące są znajdujące się po przeciwnej stronie prospektu mozaiki z czasów ZSRR. Nie są to jakieś „miniaturki” o powierzchni kilku metrów kwadratowych, ale gigantyczne kompozycje, zajmujące całe szczyty wieżowców. Nowa rezydencja prezydencka także korzysta z wzorców wyniesionych z lat 50. Wprawdzie Aleksander Łukaszenka wzniósł ją z marmurów i szkła, ale detal pozostaje chłopsko-robotniczy. W tej samej stylistyce utrzymany jest pobliski plac Flagi Narodowej, nad którym łopocze czerwono-zielona, największa flaga w państwie. Tu trzeba wspomnieć, że dziś oficjalne barwy państwa nawiązują do tych z czasów… ZSRR. W 1995 roku Łukaszenka zastąpił bowiem biało- -czerwono-białą flagę, przyjętą raptem w 1991 roku oraz godło Pogoń symbolami wyjętymi z czasów radzieckich, pozbawionymi jedynie sierpów i młotów. Oficjalna polityka historyczna pomija potęgę Wielkiego Księstwa Litewskiego, skupiając się głównie na kulcie czynów dzielnych żołnierzy, którzy pod czerwoną flagą walczyli z hitlerowską zarazą.

Muzea na dokładkę

I dlatego też nie da się zrozumieć Mińska bez wizyty w kilku muzeach. Bilety kosztują grosze. A wizyta w nich sprawi tyle radości! Oczywiście pod warunkiem, że podejdziemy do nich z przymrużeniem oka. Muzeum Pierwszego Zjazdu Rosyjskiej Socjaldemokratycznej Partii Pracy znajduje się w małym, drewnianym domku w pobliżu placu Zwycięstwa. To w nim w 1898 roku mieli obradować ówcześni socjaliści. Pamiątki po nich przechowywane są tu do dziś. Znacznie większe jest Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Na Białorusi bowiem nie funkcjonuje termin II wojny światowej. Dla państw byłego sojuzu wojna zaczęła się w 1941 roku, od ataku Niemiec na ZSRR. To, co działo się od 1939 roku możemy porównać do niedawnej inwazji „zielonych ludzików” na ukraiński Krym. Ot, weszli sobie sowieci do Polski, by zjednoczyć ze sobą podzielone, rozbite od 1918 roku ziemie wschodniej i zachodniej Białorusi oraz Ukrainy. Muzeum jest dziś oczkiem w głowie białoruskiego satrapy. Powiewa nad nim dumnie flaga… Związku Radzieckiego. Ta czerwona, z sierpem i młotem w lewym, górnym rogu. Wewnątrz możemy podziwiać ekspozycję poświęconą dzielnym partyzantom oraz czerwonoarmistom, którzy, nie bacząc na przeszkody, parli na Zachód wznosząc hasła „Za ojczyznę! Za Stalina!”. Pełno jest tu popiersi bohaterów oraz przywódców (włącznie z samym Józefem Stalinem), a także makiet, w których wykorzystano wojskowy sprzęt. Gdzieś ustawiono kawałek obozu partyzantów, dalej „odegrano” scenkę wysadzania transportu kolejowego albo pokazano kucharza warzącego wojskową strawę. Z ideologią głoszoną przez Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej koresponduje Muzeum Historii Współczesnej Białorusi. To też pomysł Aleksandra Łukaszenki. By nikt nie miał wątpliwości postanowił pokazać – choć przecież każdy i tak to wie – kto wydźwignął kraj z zapaści w latach 90. po wielkim nieszczęściu, jakim był rozpad Związku Radzieckiego. Mieści się w dawnym Pałacu Prezydenckim, który przerobiono później na siedzibę Komunistycznej Partii Białorusi.

Socrealistyczna marka

Jak już napisałem, Mińska nie da się porównać do Wilna, Rygi czy Kijowa. Choć pozostał niewielki fragment starego miasta z kościołami i cerkwiami, ale tak naprawdę to tylko… kilka ulic na krzyż. Jest też trochę kamienic z przełomu XIX i XX wieku. Jednak porównywanie ich z tymi z Litwy czy Łotwy nie ma najmniejszego sensu. Mińsk to odmienna stolica. Miasto, do którego przyjeżdża się, by zobaczyć nietknięty socrealizm. Bez współczesnych okładzin ze styropianu i pastelowych, modnych np. w Polsce, barw. Socrealizm na tyle dobry, by budować wokół niego turystyczną markę. I jeśli damy sobie szansę, by Mińsk lepiej poznać, niewykluczone, że się w nim… zakochamy. Dziwne? Jak cała współczesna Białoruś. Dziwna, ale fascynująca. •

 

tekst i zdjęcia Andrzej Kłopotowski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close