Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Kto ma złość do jakiej osoby i chce aby się ona rozpiła, to powinien iść na cmentarz, wziąć z trupiarni kości, wygotować w niepoIewanym garnku, następnie wylać pod próg tego domu, gdzie nienawistna jemu osoba mieszka. Makabryczne gusła. Ale jeżeli już zadziałały, był na nie sposób: Pijakowi, celem obmierznienia mu wódki, należy podać trunek zmieszany z tą wodą, którą się obmywało twarz trupa. Mogło okazać się, że wyrwanym ze szponów nałogu był kawaler zamierzający ożenić się z atrakcyjną wdówką, która pochowała już szczęśliwie dwóch mężów. Dlatego też, dla własnego bezpieczeństwa, powinien on po powrocie z kościoła od ślubu włazić do domu oknem, a nie wchodzić drzwiami, aby go wkrótce taka wdowa nie pochowała.

To przykłady guseł znanych na XIX-wiecznej świętokrzyskiej wsi. Przesądy, zabobony czy wróżby są stare jak świat. Różnorodność ludowych sposobów na zapobieżenie nieszczęściu, urodzaj czy zdrowie była imponująca. Część z nich znano w wielu regionach kraju, ale wiele charakterystycznych było tylko dla niektórych okolic. Wiedzę o dawnych zabiegach magicznych zawdzięczamy pracy i pasji etnografów. Od XIX stulecia badali i zapisywali nie tylko piękne ludowe tradycje, obrzędy czy pieśni, ale także wszelkie przejawy zabobonnej wiary mieszkańców wsi w moce nadprzyrodzone. W pracach wielu autorów tamtych lat znajdziemy zapiski dotyczące Kielecczyzny. Ogromne zasługi dla ocalenia ludowych zwyczajów naszego regionu położył Oskar Kolberg, który poświęcił im kilka tomów w swej monumentalnej serii „Lud”. Niezrównanym okazał się jednakże pochodzący z Imielna ks. Władysław Siarkowski, który kapłańską posługę połączył z etnograficzną, historyczną i archeologiczną pasją. Wyniki swych badań publikował w szeregu periodyków i są one dziś kopalnią wiedzy o dawnym życiu świętokrzyskiego ludu. Także o jego przesądach i zabobonach, które – jak napisał w 1879 roku – w wielkiej swej rozciągłości i doniosłości istnieją między kielczanami. A choć i tu znajduje się niemały poczet oświeceńszych włościan, którzy w gruncie rzeczy nie wierzą w zabobony, to mimo tego, idąc za zwyczajem większego ogółu swoich współbraci – nie odrzucają ich wcale.

Oby urodzaj dopisał

Ważną rolę w życiu mieszkańców świętokrzyskiej wsi odgrywały przesądy związane z uprawą roli i gospodarstwem. Koło Gór Świętokrzyskich przy siewie zboża zatykają w polu starą miotłę, mówiąc zamawianie: Miotła, będziesz kluski gniotła. Czynią ten zabobon w tym celu, aby nikt z przechodzących nie urzekł zasiew – zanotował ks. Siarkowski. Powszechnie sądzono, że niektóre osoby mają „szkodliwy wzrok” i wszystko, na co spojrzą, ulegnie zniszczeniu. Ponoć skutecznym środkiem zapobiegającym urokowi była właśnie postawiona na miedzy stara miotła lub koński łeb zatknięty na żerdzi. Z kolei, by szkodniki nie zjadły kapusty, przy jej sadzeniu trzeba było w rolę wetknąć pokrzywę, a ręce wysmarować tłuszczem spod święconej na Wielkanoc szynk. Marchwi nie należało siać bez butów, gdyż wyrosłaby rogatą jak palce u nogi – tak twierdzono w okolicach Pińczowa. W tamtejszych okolicach utrzymywano ponadto, że proso uda się, gdy będzie zasiane wtedy, gdy blade są smugi na obłokach i wiatr południowy albo jeżeli leszczyna zakwitnie czerwonawo. Sposób na wygubienie ostu w polu był niedaleko Rembowa taki: Wyjść przed wschodem słońca na to pole, gdzie się oset znajduje, uderzyć go patykiem i mówić to zamawianie: Oset, żebyś precz z mego pola poszedł. Gdy zakwitał groch, gospodarze koło Starego Korczyna wychodzili w pole, zrywali kwiaty i rozcierali je na dłoni. Czynili to w przekonaniu, że dzięki temu zabiegowi dojrzały już groch będzie szybko się gotował.

Dawna wieś świętokrzyska – ekspozycje w Parku Etnograficznym w Tokarni

Etnografowie podkreślali duże znaczenie drzew w ludowych wierzeniach. Gałązki brzeziny, tarniny, wierzby, świerczyny, liście olchy posiadają, według mniemania ludu tak kieleckiego jak pińczowskiego, własność czarującą. Zatknięte w roli, chronią plon jej, bądź zboża, bądź jarzyn wszelakiego rodzaju od uroku, potęgą swej niewidzialnej siły wpływają na urodę płodów ziemi, a nawet gradowe chmury rozpędzają – pisał ks. Siarkowski. W Kieleckiem wtyka się gałązki brzozowe szczególnie w zagony lnu i konopi w celach ochrony przed kretami, zaś w okolicach Pińczowa pasterz wypędzając bydło pierwszy raz na paszę uderza rózgą z brzeziny trzykrotnie każdą krowę, a gdy wróci do domu, zatyka rózgę w stajni, aby uchronić się przed czarownicami – takie regionalne praktyki przytoczył z kolei Adam Fischer na łamach czasopisma „Lud”. Badacz ów wspomniał także o pewnej magicznej roli podkieleckich dębów: Przy zażegnywaniu postrzału (reumatyzmu) mówi się: Idźże postrzale na lasy, na bory, suchy dąb łupać…

Na świętokrzyskiej wsi wiele przesądów dotyczyło okresu żniw. Na początek próbowano magicznie zabezpieczyć się przed trudami ciężkiej pracy. Przed rozpoczęciem żniwa powinno się udłubać ziemi sierpem z tego pola, na którym się żąć ma, i tą ziemią posypać ręce, aby w czasie żniw nie bolały – to jeden ze sposobów. Z kolei aby krzyż nie bolał od nachylania się przy żniwie, należy plecami trzeć o ścianę kiedy się usłyszy pierwszy grzmot na wiosnę. Zaś w Bejscach tarzają się po ziemi kiedy len zaczyna kwitnąć, aby krzyże nie bolały przy żniwie. Wychodząc po raz pierwszy w pole powinno się nieść w ręce sierp ząbkami obrócony na dół, gdyż w przeciwnym razie zboże targałoby się przy żniwie. Plony należało także odpowiednio przewieźć i zabezpieczyć. Nakładając na wóz do stodoły zboże i siano należy uważać, ażeby z nim żaby nie włożyć, bo w takim razie wóz w drodze obali się – twierdzono w okolicach Kielc. Był też dobry, ponoć, sposób na ochronę zboża przed myszami. Umieszczano w tym celu w czterech rogach stodoły paproć, koniecznie zebraną w sąsiedniej wsi i poświęconą w kościele w uroczystość Matki Boskiej Zielnej. Dodać należy, że część przesądów łączono w swoisty sposób z wiarą chrześcijańską. Poza używaniem poświęconych ziół czy przedmiotów, szereg czynności wykonywano w dni świąteczne. Jak zapisał ks. Siarkowski, zbawienny wpływ na plony miało według włościan np. zatykanie krzyżyków po polach w Wielki Piątek czy odbywane tamże wielkanocne procesje. A że robiono to koniecznie przed wschodem słońca, to już nieco inna sprawa.

Ciekawą historię związaną z kolei z sianokosami usłyszał ks. Siarkowski w Bejscach. Przy zaczęciu kośby od dawna praktykował się zwyczaj, że wychodzący na łąki gospodarze bez przyczyny zaczepiali jeden drugiego, z czego powstawały zacięte bójki, gdzie niejednego ciężko na łące ranionego odwożono do domu. Czyniono to w tym przekonaniu, że siano będzie w następnym roku bujnie rosnąć. Z tą dość krwawą tradycją skutecznie walczył miejscowy proboszcz. Rytualnych bójek zaprzestano, ale między niektórymi powstały narzekania, że teraz mało siana mają.

Zakopać chorobę

Do działań „zdrowotnych” można zaliczyć podany na początku sposób na wyleczenie z opilstwa. To oczywiście ciekawostka, ale pamiętając że w XVIII czy XIX stuleciu na polskiej wsi wszelkie dolegliwości leczono raczej domowymi sposobami, wszelkie ludowe przesądy miały przy tym niemałe wzięcie. Szczególnie, że dostęp do zawodowych lekarzy był ograniczony, a ich rolę często pełnili wszelkiej maści znachorzy, guślarze czy wróże. Do tego wielu chorobom przypisywano niekoniecznie naturalne pochodzenie. Na skarbnicę sztuki leczniczej naszego ludu złożyły się obok praktyk grubej empirii, rodzicielki medycyny doświadczalnej, mistyczne wyobrażenia o chorobie. Jako najważniejsze przyczyny chorób uznane są wśród naszych włościan: dopust Boży, nasłanie złego ducha, przekleństwa, czary, uroki. Chorobę raka zaszczepia mucha, która siedziała na zdechłym raku, róża powstaje z przelęknienia – pisał o interesujących nas aspektach ludowej medycyny Henryk Biegeleisen.

Z powodu braku oświaty epidemiczne choroby nieraz szeregi włościan okolicznych przerzedzają – śmierć znajduje się w swoim żywiole, bo mieszkańcy siół w dalszej od Kielc odległości położonych, rady guślarzy, wróżów, owczarzy przekładają nad przepisy lekarzy. Słusznie więc okolicę tutejszą za stolicę guseł i zabobonów przechowanych od czasów pogańskich uważać można – zaznaczał ks. Siarkowski odnosząc się do zwyczajów praktykowanych w naszym regionie. Wspominanych guślarzy czy owczarzy miała praktycznie każda wieś. Znali oni sposoby zażegnywania wszelkich chorób oraz odczyniania uroków rzuconych na ludzi i zwierzęta. Wierzono, że chorobę da się przegnać za granicę wsi, można ją podrzucić pod próg domu sąsiada, zabić kołkiem w ziemię lub zakopać. Można ją też uwiązać, zaklinować lub przebić nożem. Form swych zażegnywań guślarze nigdy nie wyjawiali, bojąc się, że utracą one swą moc, a sekrety swej wiedzy przekazywali z reguły najstarszemu synowi. Byli także miejscowymi ekspertami nie tylko w kwestiach leczenia. Kasta guślarzy u ludu stron tutejszych ma wielkie zachowanie: w rozmaitych sprawach i czynnościach włościanin nasz nie obejdzie się, nie zasięgnąwszy ich rady – pisał nasz etnograf.

Z kulturą ludową nierozłącznie związane są zioła, wszechobecne także w lecznictwie. W medycynie ludowej przetrwało do naszych czasów wiele roślinnych środków używanych od wieków. Specjalistkami od stosowania ziół były zielarki lub znachorki, a wiele z nich cieszyło się okoliczną sławą. Aplikując ziołowe specyfiki wymawiały formułki ludowych zaklęć, by wzmocnić działanie leku. Stąd często były posądzane o uprawianie czarów czy rzucanie uroków. Wódka zaprawiona krwawnikiem wyostrza pamięć, a lebiodka gadzinę jadowitą z domu wypędza. Lubczyk ponoć świetnie działa przeciw czarom rzuconym na bydło, okłady na głowę z macierzanki oddalają katar, mięta leczy śledzionę, jeżeli chory obrywa ją zębami z krzaka nie wyrwanego, zaś człowiek idąc nie zmęczy się, jeśli trzymać będzie gałązkę mirtu. Z kolei korzeń nagietka, utarty i położony na oczach, dziwnie je czyści, a orlik niepotężność do skutku małżeńskiego przez czary utraconą przywodzi. Piołun rzekomo chroni od pijaństwa, ruta warzona w oliwie i smarowana leczy pokrzywione członki, zapach bazylii ożywia duchy i od mdłości ratuje, słonecznik, jak się okazuje, też ma ciekawe właściwości, bo kto go trzyma pod poduszką, zobaczy kradnącego złodzieja. To tylko kilka przykładów przytoczonych przez Józefa Rostafińskiego w jego XIX-wiecznym „Zielniku czarodziejskim”. W naszej kulturze ludowej często przypisywano roślinom nadprzyrodzone właściwości. Pewne zioła zalecano zbierać w określonych porach dnia czy nocy, gdy ich magiczna moc była najsilniejsza. Dużym uznaniem cieszyła się bylica pospolita, która ponoć odpędzała wszelkie diabelstwo. Na wsiach Kielecczyzny w wigilię św. Jana wyplatano wokół domu płoty z bylicy, aby „złe” nie miało dostępu.

Przyznajmy jednak, że przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza o działaniu roślin była wśród dawnych ludowych zielarek niemała. Przygotowywane mikstury potrafiły uśmierzyć ból czy pomóc przy niektórych schorzeniach. Ale, jak widzimy, nie tylko ziołami „leczono”.

Uwaga na czarownice

Wśród przesądnego ludu powszechna była wiara w moce nadprzyrodzone. Reprezentowały je przede wszystkim czarty i czarownice. W świętokrzyskich legendach diabeł często przedstawiany był w sposób nieco żartobliwy, jako istota bardziej złośliwa niż szkodliwa. Obawiano się raczej czarownic, które potrafiły ponoć zsyłać choroby, wywoływać burze, zatruwać wodę czy odbierać mężowską miłość.

Podobnie jak w innych okolicach kraju, tak i w kieleckim wierzą w czary i czarownice. Czarownicami są kobiety, które dobrowolnie oddając duszę diabłu, z nim zawierają przymierze w tym celu, aby wyuczyć się sztuki szkodzenia ludziom, a szczególniej otrzymać moc odbierania mleka krowom. Czarownice dzielą się na dwa rodzaje; jedne, które od samego diabła wyuczyły się czarów; drugie zaś od czarownic, mistrzyń w swoim rzemiośle – pisał o miejscowych wierzeniach ks. Siarkowski. Ma się rozumieć, że w zebraniach czarownic uczennica czartowska, a zwłaszcza taka, co szereg lat spędziła na wyprawianiu ludziom psikusów, ma większe poważanie i znaczenie niż inne jej koleżanki. Jej to przed innymi przynależy się pierwszeństwo na bankietach, czyli sabatach diabelskich. Do niej też z odległych stron gromadzą się inne adeptki, by trzymać zioła, które Ii tylko na grzbiecie Gór Świętokrzyskich rosną. Czarownice od Łysicy pochodzące mają ogromną wziętość u współtowarzyszek, rozproszonych po różnych zakątkach kraju, bo one są w ustawicznym sojuszu z diabłem.

Wnętrze chaty zielarki w Parku Etnograficznym w Tokarni

Jak rozpoznać czarownicę? Wystarczyło w dzień św. Jana Chrzciciela wyjść na łąkę przed wschodem słońca. Wtedy, jak twierdzono, biega ona nie dotykając stopami ziemi i z kwiatów zbiera rosę. Powierzchowność jej odrażająca: twarz nabrzmiała, obsuta krostami, po pas obnażona, włosy u niej  w wielkim nieładzie, zlepione najczęściej w kołtun, spadają na ramiona. Koło Pińczowa powiada lud, że czarownice w miesiącu maju przed wschodem słońca wybiegają na granice pól dla zbierania ziół dla krów, a w czasie procesji rezurekcyjnej żadna z nich do trzeciego razu wraz z ludem nie odbędzie koło kościoła pochodu. Jeżeli podejrzanie szybko kwaśniało mleko, musiała być to sprawka czarownicy. Zarówno w okolicach Kielc, jak i Pińczowa, znano niezawodny sposób: dla dowiedzenia się, która z kobiet mleko to zaczarowała: nabić szpilek w powązkę i przez nią mleko cedzić; następnie taką powązkę gotować, a wtenczas, gdy jaka kobieta przyjdzie do domu, to ją dobrze miotłą wywalić, bo ona to, a nie inna, dopuściła się czarów. Proste?

Powszechnie było wiadomym, że czarownice odbierają krowom mleko oraz zsyłają choroby na domowe zwierzęta. Warto było temu zapobiec: W dzień Trzech Króli gospodarz lub gospodyni przyszedłszy z kościoła do domu, powinni iść zaraz do stajni i święconą kredą opisać, tj. po ścianach poprowadzić linię, aby czarownice nie miały tam przystępu. Wspomnijmy, że poświęcona kreda miała wśród ludu szerokie zastosowanie ochronne. Na przykład w okolicach Masłowa wierzono, że aby po śmierci wisielec nie straszył, wkłada mu się pod język dwa kawałki święconej kredy, wziętej z dwóch różnych domów. Kreda ta powinna być po siedemkroć święcona na Trzech Króli.

Na Kielecczyźnie wierzono dawniej także w istoty demoniczne wywodzące się często z pradawnej słowiańskiej tradycji. Wystrzegano się, by nie spotkać Południcy, złośliwego demona pod kobiecą postacią polującego na tych, którzy pracowali w polu w samo południe. Dlatego też w największy letni skwar dobrze było sobie zrobić krótką przerwę. Biada była temu domostwu, w którym zagnieździła się Bieda. W okolicach Pińczowa wyobrażano ją sobie jako wysoką, chudą kobietę. Ulubionym jej siedliskiem po domach wiejskich jest piec. Gdzie się rozgości, tam w mieniu zrządza zniszczenie. – Zajrzała im Bieda w oczy – mawiano wówczas. Koło Kielc przedstawiano Biedę również jako wysoką kobietę, ale zamiast ciała, kości jej pokrywa powłoka szara, niby mgła. Towarzyszy ona człowiekowi w drodze i sprowadza nań wszelkie nieszczęścia w podróży. Obawiano się boginek, zwanych też mamonami. Wierzono, że porywają nowo narodzone dzieci. Boginki chodzą po świecie zwykle po trzy. Każda okolica ma swoje własne boginki, które różne a dziwaczne mają nazwiska. Koło Kij nazywają się: Ciacia, Łacia i Łup-cup-cup po drodze; ubrane są w białe prześcieradła i chustki, a od zwyczajnych kobiet tym się odróżniają, że mają wielkie głowy – zanotował ks. Siarkowski. Dzieci z kolei straszono małym, kudłatym demonem zwanym Bobo. Miał je zabierać i dusić, gdyby były niegrzeczne lub nieposłuszne. W jednej z grot na kieleckiej Kadzielni przesiadywał Dydek. Tak twierdzili starzy górnicy. Straszydło to oznajmiało swój pobyt przechodniom gwizdaniem złowieszczym, i jeżeli jaki śmiałek w porze nocnej nie uląkł się takiego gwizdania, ale podobnym świtem mu wtórował, to duch ten pokazywał się owemu śmiałkowi w postaci górnika i znikał zaraz bez śladu. Nad brzegami rzek lub jezior mogły grasować Utopce zwane też Topielcami. Były to duchy samobójców lub osób, które przypadkowo utonęły. Mieli postać „czarnych chłopów”. Wciągali ludzi w głębiny, choć w okolicach Rembowa twierdzono, że„Topielec nie utopi dobrego człeka, jeno takiego, który ma złą w sobie duszę. To tylko niektóre przykłady działalności demonicznych istot, w które niegdyś wierzono. Ludowych podań na ten temat zapisano mnóstwo.

Zwyczaje i obrzędy świętokrzyskiej wsi to oczywisty powód do dumy z lokalnej tradycji. Warte uwagi są również dawne ludowe przesądy i zabobony, które były przedmiotem zainteresowania wielu badaczy folkloru. Dzięki nim przetrwała wiedza o zabiegach magicznych stosowanych przed wiekami w naszym regionie. Dziś większość z nich już oczywiście zanikła, część z nich w jakiejś formie jest jednak obecna w naszym codziennym życiu. Jak wielu z nas wzbrania się przed przyszyciem guzika na ubraniu odzianego w nie człowieka, gdyż „rozum się wtedy zaszywa”? Nadal wieszamy podkowę, która przynosić ma szczęście, ale obawiamy się stłuczenia lustra, co zwiastuje nieszczęście. Nie mówiąc już o feralnych dniach czy czarnym kocie przebiegającym drogę. Taka magia raczej nie pomoże, ale też chyba nie zaszkodzi. Ale przytoczonego na wstępie sposobu na wyleczenie z pijackiego nałogu zdecydowanie nie polecam.

Tekst i zdjęcia: Jacek Korczyński

Wykorzystałem przede wszystkim prace ks. W. Siarkowskiego publikowane w XIX-wiecznych periodykach (m.in. „Zbiór wiadomości do antropologii krajowej” oraz „Gazeta Kielecka” – stamtąd pochodzi większość cytatów). Korzystałem także z prac O. Kolberga: tomy „Kieleckie”, „Radomskie”, „Sandomierskie” wchodzące w skład XIX-wiecznej serii „Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania…” (nota bene Kolberg często cytował etnograficzne zapiski ks. Siarkowskiego), a także m.in. książek: J. Rostafiński „Zielnik czarodziejski, to jest zbiór przesądów o roślinach” (Kraków 1895), H. Biegeleisen „Lecznictwo ludu polskiego” (Kraków 1929) oraz artykułów w dawnych numerach czasopisma etnograficznego „Lud”.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close