Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


O dzieciństwie na kieleckim podwórku, Żeromszczakach, Nowym Jorku, dobrych manierach i sztuce, która łagodzi obyczaje, rozmawiamy z Rafałem Olbińskim.

Rzadko można spotkać Pana w rodzinnym mieście. Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu zaglądał Pan tu częściej.

Przyjazd do Kielc to luksus, na który nie mogę sobie pozwolić. Wciąż gorączkowo odmierzam minuty, przekładam je na liczbę prac do wykonania i wciąż dochodzę do wniosku, że przede mną stale jest Mount Everest do zdobycia. Dwie godziny w Kielcach są więc dla mnie niesamowitym luksusem. A poza tym – Kielce mnie rozczarowują. Niestety, wyidealizowałem sobie rodzinne miasto, głównie dzięki moim fantastycznym, przedwojennym profesorom z Liceum im. Stefana Żeromskiego, którzy uczyli mnie czytać klasyków. Gdyby nie oni, byłbym prymitywem. To oni wbili mi do głowy, że dopóki żyją cywilizowani ludzie, dopóty będzie się mówić o Troi. Tamte Kielce były niewielkim, ale jednak, ogniwem łańcucha cywilizacyjnego. A teraz słucham o mieście, które słynie z tego, że organizowany jest tu największy festiwal disco polo. To nie jest moje miasto…

Pozostała więc tylko legenda, mgliste wspomnienie?

Pamiętam, jak bawiliśmy się w partyzantów i Niemców. Teraz takich zabaw nie ma, zresztą w ogóle nie ma zabaw. Mnie wychowało podwórko. Przychodziłem ze szkoły, chwytałem w rękę pajdę chleba ze śmietaną i cukrem i ruszałem na dwór. Biegało się do późnego wieczora, po lasach, przedmieściach… Mam przed oczami taki obraz: gramy w piłkę, taką szmacianą, przy cmentarzu żydowskim w Kielcach, nikt się nie boi. Zabawy rozwijały niesamowitą wyobraźnię, to była fantastyczna szkoła życia i sztuki.

I nikt się nie nudził?

Przeciwnie. Cudowne słowo „nuda” było na porządku dziennym i jak się dzieciak nudził, to musiał coś wymyślić, jak wymyślił, to musiał zacząć działać. Teraz dzieci się nie nudzą, nie mają czasu na to, są wykończone  aktywnościami, które serwują im dorośli. A my mieliśmy patyk i kamień.

Potem przyszło liceum im. Żeromskiego. Czy z tego czasu pozostały przyjaźnie?

Może raczej znajomości… Cenne jest to, że wciąż utrzymuję kontakty z ludźmi z tamtych czasów, choć mam świadomość, że żyjemy w zupełnie innych światach. Pozostał wielki sentyment, bo spotkania ze szkolnymi kolegami zawsze wywołują pozytywne emocje. Jakiś czas temu na targach książki zaczepił mnie starszy pan i zapytał: „Nie poznajesz mnie? To ja – Wiesiek”. No tak – ten Wiesiek był utrapieniem mojego dzieciństwa, mama zawsze dawała mi go za przykład: prymus, świetnie rysował, miał genialne maniery. To był ideał, do którego było mi daleko.

W roku 1981 wyjechał Pan do USA. Wtedy wprowadzono stan wojenny w Polsce. W jednym z wywiadów powiedział Pan: jestem amerykańskim plastykiem urodzonym w Polsce. Gdybym w 1981 r. wrócił do kraju z pewnością nie poszedłbym w tym kierunku, jaki wybrałem. Kim więc by Pan był?

Nie wiem. Kiedy to powiedziałem, miałem pewnie na myśli to, że w dużej mierze kształtuje nas język, sentyment do ojczystego kraju i że ta słowiańska dusza, która we mnie tkwi, wciąż mnie inspiruje. Ale tak naprawdę, gdy się zastanowię, to moją ojczyzną jest sztuka, więc miejsce przestaje mieć znaczenie.

Więc wybór miejsca to przypadek?

Oczywiście nigdy nie wie się do końca, jak potoczą się nasze losy, bo życie to nieustający łańcuch przypadków i wyborów, których codziennie dokonujemy. Nie wiemy, co wydarzy się za chwilę, wybieramy intuicyjnie. Patrząc z perspektywy czasu, rezultat mojego wyboru sprzed lat nie jest taki zły, choć oczywiście nie wiem, co by się wydarzyło, gdybym został w Polsce – czy byłbym malarzem czy zajmował się designem czy pisaniem? A może robiłbym filmy? Kto wie…

Ale pisanie rzeczywiście zdarzyło się w Pana życiu. Mam tu na myśli tomik „12 opowiadań”. Skąd ta chęć zmierzenia się z literaturą?

Sądzę, że to wynika z tego, że to, co maluję, jest literackie i że można to przełożyć na słowa. Pisanie zawsze było mi bliskie, pewnie również z racji tego, że jestem absolwentem liceum o bogatych tradycjach humanistycznych. W Żeromskim każdy chciał być pisarzem. Ostatecznie nie martwi mnie to, że nie poświęciłem się literaturze. Dziś żyją z niej tylko ci, którzy piszą bestsellery, czyli „produkują” kryminały i romanse po to, żeby kupowały je miliony czytelników. A dla mnie wystarczającą nagrodą za moje pisanie był list od pewnej kobiety, która zwierzyła się, że po przeczytaniu moich opowiadań przypomniała sobie, że ma skrzydła.

Powiedział Pan też, że mieszkając w Nowym Jorku odkrył w sobie twardego faceta. Czy to jest miasto potwór, które wymaga ogromnej siły?

W tym mieście trzeba walczyć, trzeba silnej woli i konsekwencji. Dlatego od razu, gdy tam się zjawiłem, wziąłem swoje plakaty, poszedłem do „The New York Timesa” i udało mi się zaistnieć na jego łamach jako rysownik. To otworzyło kolejne drzwi, zacząłem nieźle zarabiać, zostałem też wykładowcą akademickim. Ze zdumieniem odkryłem, że potrafię poprowadzić zajęcia i utrzymać zainteresowanie studentów. W Polsce nigdy nie miałbym możliwości takiej pracy, bo formalnie jestem z wykształcenia inżynierem architektury, więc nie mógłbym prowadzić zajęć z plakatu czy malarstwa.

A więc młody artysta z Polski odnosi sukces w mieście, które można nazwać centrum światowej kultury?

Słowo „sukces” wiążę przede wszystkim z nazwiskiem Magdaleny Abakanowicz. Ale nie on jest najważniejszy, znaczenie ma to, czy wstaję rano z entuzjazmem, a nie to, co ktoś powie na temat mojej twórczości. Oczywiście to istotne, jak moja sztuka jest odbierana, czy upiększa komuś życie, zmienia jego poglądy, bo tylko wtedy warto tworzyć. Jak każdy artysta, chciałbym być nieśmiertelny, pozostawić coś po sobie, stworzyć ikonę na miarę Mony Lisy. Każdy z nas o tym marzy, nieśmiertelnością dla artysty są jego dzieła.

Stawia Pan znak równości między pięknem a przesłaniem moralnym?

Sztuka jest najtkliwszym termometrem moralnym w służbie społeczeństwa. Bez niej stajemy się konsumentem karkówki, piwa i disco polo. Sztuka przenosi nas na wyższy poziom, już nasi praprzodkowie rysowali w jaskiniach, bo czuli, że potrzebują czegoś więcej niż tylko bytowania.

Dziś ludzie traktują sztukę jak inwestycję. Kupię sobie Olbińskiego na ścianę zamiast lokować pieniądze w banku…

To są dwie różne rzeczy. Wielka sztuka czyni z nas lepszych ludzi, a komercjalizacja to oboczna sprawa. Ona nie ma większego znaczenia, bo sprawia, że obraz czy rzeźba pełni tylko funkcję dekoracyjną, estetyzuje otoczenie, wprowadza w lepszy nastrój. Sztuka łagodzi obyczaje, co jest bardzo istotne. Ktoś, kto słucha Mozarta, nie pójdzie wybijać kamieniami szyb w samochodzie.

To dość optymistyczna wizja.

Trzeba  być optymistą! To nie jest moje odkrycie, że obcowanie ze sztuką uczy nas dobrych manier. Samo pójście do galerii czy na koncert, spotkanie z ludźmi, intelektualny wysiłek, sprawiają, że jesteśmy dla siebie grzeczni, wymieniamy się uwagami. Maniery są w kształtowaniu społeczeństwa demokratycznego ważniejsze niż prawo, ponieważ prawo dotyka człowieka sporadycznie, a maniery są jak powietrze, którym oddychamy. Potrzebne są codziennie w kontaktach międzyludzkich. Jeżeli jesteśmy dobrze wychowani, to jesteśmy przyjacielscy, bardziej otwarci na kompromisy i dialog, nie obrażamy nikogo. A jeśli naszym manierom bliżej do barbarzyńskich,  to jesteśmy zdolni do agresji.

Maniery nas kształtują?

Społeczeństwo to jest zbiór jednostek i jeśli będzie to zbiór prymitywów, chamów, to będziemy mieli gromadę barbarzyńców. Jeśli zaś będzie to grupa jednostek dobrze wychowanych, to będziemy mieć społeczeństwo demokratyczne, liberalne. Liberalny w znaczeniu – ja ci pozwalam żyć tak, jak ty chcesz, ale pod warunkiem, że nie robisz nikomu krzywdy. Ale ty pozwól mi żyć tak, jak ja chcę. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe – to podstawowe przykazanie.

Problem jednak w tym, że nikt nie uczy manier…

I wtedy jest katastrofa, bo rośnie nam społeczeństwo, które hoduje w sobie agresję. Tymczasem, żeby żyć przyjemnie, trzeba umieć iść na kompromis, inaczej się pozabijamy.

Słucham tego, co Pan mówi i brzmi to jak manifest, publicystyka. Tymczasem dla mnie Olbiński to surrealista, tworzący metaforyczne, poetyckie obrazy.

Nie lubię nachalnej, wrzeszczącej publicystyki. Twórczość zawsze jest dla ludzi myślących, to oni mają odpowiadać na znaki zapytania, które stawia artysta. Sztuka to dialog.

Co dla Pana jest ważniejsze – plakat czy malarstwo?

Nie rozdzielam tego, to są kanały, za pomocą których uwalniam swoją wrażliwość, pokazuję moje spojrzenie na świat, moje wizje. Natomiast to, jaki sposób wyrazu wybiorę, nie ma znaczenia. Ważne jest to, co mam do przekazania.

Ten przekaz nazwał Pan w jednym z wywiadów „wall power”, czyli „siłą ściany”.

Dobry obraz i dobry plakat po prostu się zauważa, oglądający zatrzymują się przy nich, odkrywają drugie dno, tak, jakby przekładali kolejne kartki w książce.

Spotykamy się przy okazji wystawy „Metamorfozy” w Galerii van Rij w Ćmielowie, na której po raz pierwszy obok Pana prac są także te wykonane przez Pana córkę Natalię. Stawiacie między sobą znak równości czy jest to raczej relacja uczeń-mistrz?

Szczerze? Staram się stłamsić w sobie poczucie wkurzenia, że ona jest tak dobra. Natalia nie ma problemu z przeniesieniem swojej wrażliwości na papier czy porcelanę, a ja jestem z wykształcenia inżynierem i zawsze miałem kłopot z nazwaniem tego, co czuję. Gdyby więc nie była moją córką, byłbym potwornie wściekły, że jest ktoś tak zdolny.

W jakim stopniu to, że jest Pan artystą, wpłynęło na wybór drogi życiowej córki?

Na pewno nie było to bez znaczenia, bo Natalia rosła i dorastała w świecie artystycznym. Ale trzeba pamiętać, że w Stanach nazwisko nie gra roli, trzeba udowodnić, że jest się dobrym. Córka wybrała sobie trudną drogę. To jest fantastyczny zawód, już Konfucjusz powiedział, że jak znajdziesz swoją pasję, to nie przepracujesz ani jednego dnia. Praca stanie się twoim życiem. Jeżeli ona w tym, co robi, odnalazła życie, to gratuluję jej. Tworzenie czegoś, czego nie było, jest ze wszystkich zajęć, którymi zajmuje się ludzkość, czymś najwspanialszym. A gdy jeszcze można się z tego utrzymać, to nic lepszego nie może się zdarzyć.

Czy to córka zainteresowała Pana tematyką ekologiczną?

Natalia interesuje się tym od kilku lat. Jej pokolenie jest ostatnim, które może naprawdę ocalić Ziemię. Dla następnej generacji będzie już za późno. Trzeba bić na alarm – w ciągu 50 lat zniszczyliśmy 70 proc. gatunków zwierząt na świecie, więc co będzie za kolejne pięćdziesięciolecie? Unicestwimy resztę, zostaną karaluchy, półroboty i ludzie.

To mało optymistyczna wizja, więc aby nie kończyć naszej rozmowy w minorowym nastroju, zapytam, jak Pan to robi, że zachowuje tak fantastyczną kondycję i młodzieńczą sylwetkę?

No tak, przecież mam już 75 lat. Też się dziwię, kiedy zleciał ten czas. Wie pani, co jest największym zabójcą mężczyzn po 65. roku życia? Emerytura. Jeżeli nie masz powodów do życia, nie masz nic do zrobienia, to koniec. Wstaję codziennie rano z gorączką, że nie zdążę, tyle mam planów, tyle spraw do załatwienia. To jedyna recepta.

Recepta bez konieczności wypisywania. Dziękuję za rozmowę.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Rafał Olbiński urodził się w 1943 roku w Kielcach, jest absolwentem I Liceum im. Stefana Żeromskiego w Kielcach i Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, współtwórcą Polskiej Szkoły Plakatu. W 1981 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie stał się uznanym malarzem, ilustratorem i projektantem. Prace Rafała Olbińskiego są eksponowane w licznych galeriach i muzeach, artysta współpracuje z takimi czasopismami, jak „The New York Times”, „Newsweek” czy „Der Spiegel”. Za swoje prace otrzymał ponad 150 nagród (m.in. Międzynarodowego Oskara za najbardziej niezapomniany plakat na świecie w konkursie Prix Savignia). Do 2001 roku był wykładowcą w nowojorskiej School of Visual Arts.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close