Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Zacznijmy od Kielc… Jak wyglądała Twoja młodość w tym mieście?

Czas, który najbardziej zapadł mi w pamięć to lata 80., byłem wtedy nastolatkiem. Mieszkałem na KSM-ie. To moja dzielnica, najbardziej przeze mnie lubiana, choć jak dziś się jej przyglądam, to dziwię się, co tak bardzo mogło mi się podobać… Są oczywiście miejsca ładne, ale są też paskudne – tak samo oczywiście jak w Warszawie czy Nowym Jorku. Dorastałem w dziesięciopiętrowym wieżowcu przy ul. Źródłowej. Każdy z moich kumpli mieszkał na innym piętrze, a z tymi z okolicznych bloków tworzyliśmy osiedlową paczkę. W tym czasie nie istniał Internet, a komputery były na etapie Comodore, ZX Spectrum i Amigi. Czas wolny spędzało się na czytaniu książek i siedzeniu z kumplami na ławce. Trochę tak jak dzisiaj, ale nam towarzyszyły gitary, na które podrywało się dziewczyny (śmiech).

Byłeś typem rozrabiaki?

Jako nastolatek nie należałem do grzecznych chłopców i pamiętam, że przez pierwsze dwa lata w Śniadku, bo jakimś cudem dostałem się do tego dobrego liceum, groziło mi usunięcie. Półrocze drugiej klasy kończyłem z pięcioma czy siedmioma dwójami. A to dlatego, że wolałem siedzieć na podwórku i szwendać się z kolegami. Były też tanie wina, tzw. jabole… Pierwsze zakazane owoce, których posmakowałem.

Każdy ma taki okres w życiu…

Coś się jednak w pewnym momencie zmieniło. Potem zacząłem się dobrze uczyć i do matury podchodziłem już z samymi piątkami. To było nieprawdopodobne. Ówczesny dyrektor szkoły uściskał mnie po ojcowsku i powiedział, że cieszy się, że wyrosłem na takiego fajnego chłopaka.

Czym zajmowała się młodzież w latach 80.? Jak spędzała czas?

Mieliśmy wiele różnych zabaw, część z nich opisałem w książce „Chłopaki w sofixach”, resztę w najnowszej – „Niezły numer”. Zakładaliśmy się na przykład, kto jako pierwszy w danym roku wykąpie się w fontannie na osiedlu lub w zalewie w Mójczy, bo to był najbliższy akwen. Jeden z kolegów – Kleks – pobił rekord, bo zrobił to już w lutym. Inną naszą rozrywką był „dzięcioł”. Braliśmy kawałek gumki z dwoma pinezkami i guzikiem na środku. Pinezki wpinało się we framugę okna, a guzik ze sznurkiem odciągało i puszczało, by uderzał w szybę, dając efekt podobny do stukania dzięcioła. Ludzie nie wiedzieli co się dzieje. Potrafiliśmy też poprzestawiać samochody… Większość aut to były wówczas maluchy, więc nie było trudno w pięciu czy sześciu unieść taki samochód. Ustawialiśmy je w taki sposób, aby żaden nie mógł rano wyjechać. Potem mieliśmy radochę, kiedy kumpel opowiadał, że jego tata nie zdążył rano do pracy. Czasem zbieraliśmy dwa, trzy kosze jabłek, wnosiliśmy do mnie na piętro lub do kolegi, który mieszkał wyżej i rzucaliśmy nimi w przystanek autobusowy. Jest co wspominać, choć nie jestem z tego dumny. Przychodziły nam głupie rzeczy do głowy, ale nigdy nikomu krzywdy nie zrobiliśmy. Później myśleliśmy już bardziej o dziewczynach…

Jak dzisiaj traktujesz Kielce? To prawdziwy dom, czy może tylko wspomnienie minionych lat?

Mieszkam od 15 lat w Warszawie, wcześniej żyłem też w Katowicach i Gliwicach. Mimo to Kielce są dla mnie ważne, mam do nich sentyment. To miasto ma siłę. Jestem dumny, że pochodzę stąd. Zawsze to podkreślam. Na tym polega przywiązanie, nie jestem człowiekiem znikąd. Oczywiście miasto ma też swoje minusy, ale ma tradycję, historię, wiele ciekawych osób jest związanych z regionem świętokrzyskim. Gdy teraz przyjeżdżam na kilka dni do Kielc to spaceruję głównie po centrum. Nie zaglądam na Uroczysko, Bocianek czy Herby, nie znam wszystkich dzielnic. Dużo jest w Kielcach miejsc, których nie poznaję, za to odkrywam na nowo województwo świętokrzyskie. Nida – „polska Amazonka” – jest piękna, dzika, można tu spotkać świętokrzyskie łosie. Ten region ma potencjał, a moje miasto to moje serce, stąd się wziąłem.

Tanie podróżowanie… To hasło wielu osobom kojarzy się z Tobą. Gdybyś tylko chciał, mógłbyś podróżować all inclusive, po co więc zadawać sobie tyle trudu?

Nie mam nic przeciwko podróżowaniu w luksusie i jeśli tylko nadarza się taka okazja, to z niej korzystam. To nie jest tak, że aby zaoszczędzić 5 czy 10 euro zdecyduję się na dziadostwo. Chętnie spędziłbym najbliższy tydzień w pięciogwiazdkowym hotelu all inclusive, w dowolnym kurorcie, ale równie dobrze mogę wziąć namiot, rozbić się pod Górą Kalwarią i zrobić sobie rodzimą wersję Beara Gryllsa. Podróże są jak menu. Gdybyśmy codziennie jedli tę samą potrawę, to ona prędzej czy później by się nam znudziła, ale jeśli dziś zjemy sushi, a jutro ruskie pierogi, to za każdym razem danie będzie miało taki smak, jakby się je jadło po raz pierwszy.

Uliczkę znam w Edynburgu…

Czyli chodzi o różnorodność?

Tanie podróżowanie jest uzupełnieniem tego klasycznego. Jeśli jestem w stanie znaleźć bilet za kilkanaście złotych i pojechać do Pragi lub Berlina, czy za 9 zł polecieć do Wrocławia, to czemu miałbym z tego nie skorzystać? Rezerwuję wyjazdy z dużym wyprzedzeniem, bywam w tych samych miejscach wielokrotnie, ale za każdym razem odkrywam coś nowego. Już teraz mam bilet na październik do Bratysławy. To jest zabawa, jak Black Friday, czy kupowanie na wyprzedażach. Wyszukiwanie turystycznych okazji trzeba traktować jak rozrywkę, na której można też sporo zaoszczędzić. Tego typu podróże uczą, jak radzić sobie w każdej sytuacji. Tu nie ma rezydenta, który się nami zaopiekuje. W sytuacji, gdy jestem skazany tylko na siebie, muszę otworzyć umysł, nauczyć się porozumiewać w obcym języku, nie tylko angielskim czy niemieckim, ale na przykład tureckim czy hiszpańskim. Nie ma takiego języka, którego nie można choć trochę opanować. Zauważyłem, że gdy próbuję mówić w języku miejscowych, to oni zaczynają życzliwiej na mnie patrzeć. To jest ten walor edukacyjny. Podróże kształcą, nie tylko w sensie poznawania nowych miejsc. Stałem się też jeszcze bardziej odważny i zaradny.

O podróżach opowiadasz m.in. w swoich książkach. Próbujesz zarazić innych chęcią poznawania świata?

Moje książki mają inspirować. I udowadniać, że każdy może! „Yes we can!” – to na tym haśle Barack Obama oparł swoją zwycięską kampanię w wyborach prezydenckich. Chcę pokazać ludziom, że niezależnie od wieku i grubości portfela, nie są skazani na ciągłe siedzenie przed telewizorem. I mówi to ktoś, kto pracuje w telewizji… Najbardziej cieszy mnie widok starszych ludzi w pociągach i autobusach. Podróżowanie to nie jest kwestia wieku, ale motywacji i chęci. Co ciekawe, z mojego doświadczenia wynika, że najtrudniej ruszyć ludzi po 30-tce, pochłoniętych obowiązkami rodzinnymi i pracą. Chcę pokazać, że nie ma dobrych wymówek, że nie potrzeba góry pieniędzy. Nawet największe podróże można zrealizować za niewielkie pieniądze.

Jakie kierunki mogą być szczególnie atrakcyjne?

Wbrew pozorom Polska jest drogim krajem do podróżowania, mimo że w PRL-u uświadamiano nam, że to za granicą się słono płaci. Kiedy w 1989 roku po raz pierwszy zmywałem gary w Anglii, faktycznie wydawało mi się, że jest koszmarnie drogo, ale obecnie sytuacja się zmieniła. Za przejazd pociągiem we Włoszech możemy zapłacić o wiele mniej niż u nas, Węgry są o 1/3 tańsze niż Polska. Ja podróżuję sam, ale łatwiej może być w grupie, z dziewczyną, koleżanką, kolegą lub siostrą… Ktoś powie, że mieszkając w Warszawie mam blisko wszędzie. Ale Ci, co mieszkają pod Wrocławiem, Lublinem, czy innym miastem, też mają gdzieś blisko. Mieszkańcy Rzeszowszczyzny na przykład nad Morze Czarne. Nie jest tak, że ktoś jest bardziej lub mniej uprzywilejowany. Trzeba próbować i traktować to jak dobrą zabawę.

Jesteś jednym z najbardziej znanych i lubianych dziennikarzy w Polsce, ale robiłeś też w życiu wiele innych rzeczy. Jesteś aktorem, ukończyłeś studium wokalno-baletowe, występowałeś w musicalach, grałeś w kapelach punkrockowych. Twoje życie mogło pójść w zupełnie innym kierunku.

Przez pięć lat pracowałem w teatrze. Po maturze chciałem być aktorem, ale nie dostałem się do szkoły teatralnej w Łodzi. Wówczas nieuczący się młodzieńcy dostawali powołanie do wojska na dwa lata. Nie chciałem tego. Kolega powiesił w moim liceum plakat promujący gliwickie studium wokalno-baletowe. Pomyślałem, że warto spróbować. Dostałem się, choć zupełnie nie miałem pojęcia, jak wygląda praca aktora scen muzycznych. Nie znałem też Gliwic, a Śląsk kojarzył mi się jedynie z filmami Kutza.

Teatralna garderoba, w której bohater naszej rozmowy spędził 5 lat.

Gliwice były pomysłem zastępczym?

Na początku tak. Pierwszy rok poświęciłem na przygotowanie się do egzaminu, tym razem do PWST w Krakowie. Zdałem, ale traf chciał, że z braku miejsc przyjęto tylko 20 osób. Ja i jeszcze jeden kolega byliśmy pod kreską. Wróciłem więc do Gliwic, a praca tam zaczęła mi się coraz bardziej podobać. W międzyczasie dostałem się na dziennikarstwo na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Studium ukończyłem po trzech latach, uzyskując dyplom aktora scen muzycznych. Równocześnie grałem. To były klasyczne operetki Lehára, Straussa, Milutina, które darzę sentymentem, choć wtedy wydawały mi się czymś koszmarnym. Za to musicale to już było coś, zwłaszcza, kiedy robiliśmy polską prapremierę „West Side Story”. To był 1989 r. W ogóle ten gatunek strasznie mi się spodobał. Do tego stopnia, że kiedy jeździłem pracować do Londynu, na West Endzie zostawiałem lwią część mojego zarobku. Fascynacja musicalami została mi do dzisiaj. Praca na scenie okazała się też przydatna w obecnej pracy zawodowej. Nauka mówienia, emisja głosu, interpretacja, dykcja, okazały się przydatne w zawodzie dziennikarza, pozwoliły opanować warsztat głosowy. Na pewno pomogło mi to wygrać casting do TVN24, kanału, który współtworzyłem od początku.

Pamiątka z czasów emigracji zarobkowej w 1990 roku.

A jak to wszystko ma się do zespołów punkrockowych?

Chciałem być wokalistą, występować na scenie. Marzyliśmy z kolegami o założeniu własnej kapeli, nagraniach w radiu. Nie mieliśmy instrumentów, niektóre rzeczy robiliśmy domowymi sposobami. Musieliśmy też znaleźć klub, w którym moglibyśmy grać. Najbliżej był Merkury, w którym umieściłem całą akcję książki „Dziewczyny w białych tenisówkach”. Jeździliśmy od klubu do klubu, od Czarnowa po Herby, by znaleźć miejsce, gdzie łaskawie kierownik pozwoli nam grać… Wpuszczano nas, ale czasem stawiano też warunki. Raz w miesiącu mieliśmy na przykład zagrać „Białego misia” dla seniorów. Nie chcieliśmy tego robić, interesował nas punk rock I dlatego to była wieczna tułaczka. Spotykaliśmy też innych tułaczy. Do mojego domu przychodził Kasa, aby uczyć się grać na pianinie. Bo wówczas żeby kupić pianino, trzeba było być uczniem szkoły muzycznej. On jeszcze wtedy nie był, a ja tak. Mój drugi kolega, Marek, który jest teraz wziętym neurochirurgiem w Kielcach, mówił: „Niech on tak nie gra za darmo, tylko niech przyniesie jakieś wino!” Kasa przychodził z winem, grał, a my piliśmy. Kiedy się kończyło, Marek pokazywał pustą butelkę, a Kasa szedł po kolejną. To było jego „wkupne”, dzięki któremu mógł ćwiczyć.

I wy w końcu założyliście kapelę – Paragraf X…

Przygotowaliśmy pięć swoich utworów. Z nimi występowaliśmy na wszystkich możliwych akademiach typu 1 Maja. Graliśmy też w kieleckiej muszli koncertowej, przed którą zawsze gromadziły się tłumy, w tym dzieciaki z watą cukrową. Ogólnie przez całe życie szukałem swojej drogi. W pewnym sensie zdecydował za mnie los i dobrze się stało.

Czy praca w kanale TTV to Twoje nowe wyzwanie?

Tak, choć przez cały czas, a więc już od 15 lat, pracuję w TVN24. Jestem jakby wypożyczony do TTV. Nasza stacja rozrosła się do wielu kanałów. Kiedy zbudowaliśmy markę TVN24, poczułem, że chcę spróbować czegoś nowego, w kanale budowanym znów od zera. Czasami współpracuję również z TVN Turbo czy TVN Style. Jesteśmy jedną grupą, to są ci sami ludzie, ale wyzwania są nowe.

Rozmawiamy już dość długo, słyszałem Cię również na spotkaniu autorskim w kieleckim WDK-u. Jesteś rozmowny, lubisz opowiadać…

Zawsze byłem gadatliwy, ale jednocześnie nieśmiały, to się nie wyklucza. Po części mi to zostało do dziś. Żyjemy w czasach, przypominających program „Mam talent”, ciągle jesteśmy oceniani, stajemy przed komisjami. Trzeba w kilka minut zaprezentować się z najlepszej strony. Za pół godziny jest już za późno. W mediach nieśmiałość jest poważną przeszkodą. Co z tego, że jest potencjał, wiedza? Inni nawet jeśli są gorzej przygotowani, dzięki przebojowości potrafią się przebić. Są momenty, w których trzeba uderzyć pięścią w stół i zawalczyć o siebie. Poddając się losowi, możemy dużo stracić. Trzeba też uodpornić się na krytykę i hejt, który staje się coraz bardziej powszechny. Tremę odczuwam do dziś, ale na pewno nie jest ona taka, jak wówczas, gdy zaczynałem pracę w Radiu Plus, czy Telewizji Polskiej w Katowicach. Od tego czasu pokonałem Himalaje.

Dziennikarstwo wymaga mnóstwa pracy, poświęcenia, cierpliwości. To nie jest łatwy chleb.

Dla tych, którzy chcieliby w to wejść sprawą absolutnie podstawową jest lektura, obowiązkowa i codzienna. Gazet, portali internetowych i książek, w tym literatury klasycznej: Dostojewski, Hemingway etc. Nieważne, polskiej czy zagranicznej. Trzeba zagłębić się w historię, sprawić, aby nam się to zaczęło podobać. Należy pracować nad sobą, podobnie jak kulturysta codziennie trenuje na siłowni. Inaczej nie osiągnie się efektu. Trzeba dźwigać tę sztangę, aż się od niej uzależni, aż się to polubi.

Jak Twoi bliscy odbierają Twoją pracę i te wszystkie pasje?

Praca w mediach jest absorbująca, natomiast jeśli chodzi o podróże, zazwyczaj wyjeżdżam sam. Od dawna obiecuję mamie, że zabiorę ją gdzieś samolotem, może do Rzymu… Ona jeszcze nigdy nie latała, to pokolenie, dla którego samolot kojarzy się z luksusem. Dobrze, że rozmawiamy, bo publicznie mogę złożyć zobowiązanie, z którego nie będę mógł się już wycofać – w 2017 roku zabiorę mamę samolotem w jakieś piękne miejsce.

Dziękuję za rozmowę. Życzę Ci wielu udanych podróży i kolejnych książek.

Rozmawiał Łukasz Wojtczak

W trakcie rozmowy i po niej fotografował Mateusz Wolski

Jakub Porada – urodzony w Kielcach dziennikarz telewizyjny i radiowy. Od 2001 r. związany ze stacją TVN24, a od 2012 również z bliźniaczą TTV. Wokalista, punkrockowiec, aktor scen muzycznych (zagrał m.in. w musicalach „West Side Story”, „Me and My Girl” i „Robber Bridegroom”). Podróżnik, specjalizujący się w city break (krótkich turystycznych pobytach w miastach). Autor książek: „Chłopaki w sofixach” (2011), „Porada da radę” (2014), „Polska da radę” (2015), „Porada na Europę” (2016) i „Niezły numer, czyli dziewczyny w białych tenisówkach” (2016).

Zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Jakuba Porady

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close