Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


– To, co wydarzyło się z Tarantino, to dla mnie jeden schodek na tej wielkiej aktorskiej drabinie, po której szczeblach zacząłem się wspinać – mówi Rafał Zawierucha. Kielczanin i aktor, który zagrał Romana Polańskiego w filmie Quentina Tarantino „Dawno temu w Hollywood”.

Nawet jeśli miałbym zamiatać chodniki to przynajmniej przed teatrem – tak mówił Pan rodzicom, jeszcze jako licealista. Skąd ten upór? Co niezwykłego jest w zawodzie aktora, że był Pan aż tak zdeterminowany?

Jako najmłodszy w rodzinie zawsze chciałem, żeby mój głos był słyszalny, ale niestety czasami ciężko było mi się przebić. I to może była jedna z przyczyn, sił napędowych, które pchnęły mnie w kierunku aktorskiej profesji. Chciałem ze sceny mówić do ludzi. Gdy byłem dzieckiem, często bawiliśmy się w przebieranki, grałem wówczas gwiazdę Hollywood, a moja siostra Edyta przeprowadzała ze mną wywiad. Na tę okoliczność zakładałem sukienki przysyłane przez rodzinę z Kanady i stylowe kapelusze.

Chciał się Pan pokazać?

Tak, zawsze miałem odwagę, zawsze wszędzie chciałem być pierwszy, jak coś trzeba było powiedzieć, to Zawierucha szedł na pierwszy ogień.

W kieleckim Liceum Ogólnokształcącym im. C.K. Norwida był Pan przewodniczącym samorządu szkolnego. Typ aktywisty?

Rzeczywiście, zawsze byłem pierwszy do działania. Astrologicznie jestem jedynką, w dodatku urodzoną pod znakiem Wagi, a to oznacza charakter zarówno genialny, jak i nieznośny. Czasami ciężko jest mi coś przetłumaczyć, do czegoś przekonać, chociaż powoli uczę się tego, żeby dystansować się do różnych rzeczy i przyjmować rady bliskich.

We wspominanym III LO trafił Pan do kółka teatralnego prowadzonego przez Lecha Sulimierskiego.

Do Norwida poszedłem dzięki Edycie, która również jest absolwentką tej szkoły. Siostra chciała zdawać do szkoły aktorskiej, ale ostatecznie nie pojechała na egzamin. A potem bardzo gorąco namawiała mnie, żeby poszedł do klasy teatralnej do Norwida.

Złożył Pan papiery do III LO, dostał się, a potem uciekł do innej szkoły…

Na szczęście tylko na chwilę. Zdarzyła mi się taka przykra historia – w drodze do szkoły okradli mnie w autobusie z zegarka i klapek, które rodzice kupili mi za sto złotych. Bardzo to przeżyłem. Potem spotkałem tego złodzieja pod kioskiem, wezwałem policję i odzyskałem skradzione rzeczy, ale nie chciałem już chodzić do Norwida, uciekłem stamtąd z płaczem. Przeniosłem się do innej szkoły, ale jak tam poszedłem i poznałem ludzi, to powiedziałem: chcę wracać do Norwida! I dzięki Bogu wróciłem i trafiłem do kółka teatralnego Lecha Sulimierskiego. Uczyłem się warsztatu aktorskiego, jeździłem na konkursy recytatorskie, choć przyznam, że nigdy nie przepadałem za tą formą wyrazu. Recytowanie kojarzyło mi się z takim dziwnym, sztywnym wystąpieniem, a ja wolałem być w akcji, bo wówczas byłem odważniejszy, pewniejszy siebie. W 2004 roku obejrzeliśmy „Zemstę” w reżyserii Andrzeja Wajdy, gdzie Papkina grał Roman Polański, a potem w tę postać wcieliłem się w przedstawieniu Lecha Sulimierskiego.

Ten Polański chyba był Panu pisany…

 Lubię doszukiwać się takich magicznych znaków. Wierzę, że rzeczy, które dzieją się w moim życiu, składają się w całość. Z perspektywy czasu myślę, że udział w zajęciach kółka teatralnego był takim momentem, w którym – jeszcze całkiem podświadomie – podjąłem decyzję, żeby zostać aktorem. Sulimierski to zobaczył, zaproponował pracę w „Zemście” i obsadził w roli Papkina. Premiera odbyła się na zamku w Sobkowie, potem graliśmy ten spektakl w Wojewódzkim Domu Kultury i wielu innych miejscach. Byłem szczęśliwy, to był wspaniały czas.

Papkin utwierdził Pana w przekonaniu, że chce Pan zostać aktorem?

Zdecydowanie tak. Rodzice nie byli zadowoleni z mojej decyzji, odradzali mi, mówili: co ty z tego będziesz miał? A ja byłem zainspirowany Norwidem i jego pięknymi słowami: Daj niewolnikom skrzydła u ramion, a zamiatać pójdą ulice skrzydłami.

Dzięki Bogu nigdy nie musiał Pan zamiatać ulic przed teatrem, ale praca fizyczna nie jest Panu obca. Ot, jak choćby skręcanie mebli. Był taki moment w Pana życiu – w jednej ręce śrubokręt, w drugiej noga od stołu i nagle dzwoni telefon.

To był koniec czerwca ubiegłego roku. Przywiozłem te meble do domu i postanowiłem, że sam je złożę. Stwierdziłem, że po co mam zamawiać kogoś, kto mi będzie je wnosił, mam nogi, jestem silny, dam radę. I wtedy zadzwonił mój agent i powiedział: chcą cię zatrudnić do filmu Quentina Tarantino. Popłakałem się, a potem zacząłem się śmiać. I tu znów odzywa się mój znak zodiaku i poszukiwanie balansu: bo z jednej strony frustracja, że muszę skręcać meble, że mam już odciski na palcach, a z drugiej radość, że chce mnie zatrudnić sam Quentin Tarantino.

Jak to się stało, że młody aktor z Polski dostał rolę w filmie „Once upon a time in Hollywood”?

Mojemu agentowi przysłano scenę, którą miałem przygotować. Nagrałem ją, wysłałem do Stanów Zjednoczonych i czekałem. Telefon z wiadomością, że wybrano mnie, zadzwonił właśnie w chwili, gdy skręcałem meble.

Co doprowadziło Pana do tego niezwykłego momentu? Upór, wiara, że na przekór wszystkiemu zawsze idzie się do przodu? Przecież o tę rolę ubiegało się tysiące młodych aktorów z całego świata.

Trzeba wiedzieć, jaki ma się w życiu cel, wierzyć w dobrą passę. Podchodzę do życia w ten sposób, że nie lubię przeskakiwać schodów, wierzę, że wszystko dzieje się w określonym porządku i czasie.

Czyli wszystko po kolei małymi kęsami?

Zdecydowanie tak. To, co wydarzyło się z Tarantino, choć to ogromny kęs, to dla mnie jeden schodek na tej wielkiej aktorskiej drabinie, po której szczeblach zacząłem się wspinać.

Jak radzi Pan sobie z tą nagłą popularnością? Z aktora, który miał na swoim koncie znakomite role, jak choćby w „Księstwie” Andrzeja Barańskiego, stał się Pan gwiazdą.

Hollywoodzki sen może spełnić się w każdym momencie. Trzeba o tym pamiętać, bo to przygotowuje nas do takiej chwili, w której ten sen stanie się rzeczywistością. W moim przypadku to wszystko wydarzyło się w jednym dniu. Ale podchodzę do tego z dystansem.

Rola u Quentina Tarantino, obok Brada Pitta, Leonardo di Caprio czy pięknej Margot Robbie. Dotknął Pan czegoś abstrakcyjnego dla większości z nas…

Dla mnie też.

No, już teraz nie. Jaki jest Tarantino? Jak pracuje się u niego na planie?

Tarantino ma niezwykłą energię i pasję tworzenia, niesie go ogromna miłość do tego, co robi, i pełen profesjonalizm. Jest reżyserem, który tworzy swój magiczny świat. Ja wchodziłem w tę rzeczywistość z roztrzęsionymi rękami i drżącymi nogami. Stałem się członkiem rodziny Tarantino, w której wszystkie osoby pracujące na planie grają do jednej bramki i to bez względu na to, czy jest się pracownikiem technicznym czy wielką gwiazdą. To jest coś, co nie zdarza się nam, aktorom z Polski.

Czy obecność na planie wielkich gwiazd onieśmielała?

Wszyscy przyjęli mnie, jak jednego ze swoich, członka filmowej rodziny. Miałem do wyboru dwie drogi – albo się zestresować i zmoczyć buty, albo iść po swoje, a stres odłożyć na później. Wybrałem tę drugą drogę i kiedy wracałem po zdjęciach tam, gdzie mieszkałem, to często napływały mi łzy do oczu i zastanawiałem się, czy to się dzieje naprawdę. Pisałem sobie więc w notesie pewne rzeczy i mówiłem: no tak, to jest prawda, dziękuję Ci, Panie Boże. I przychodził następny dzień na planie…

Tłem akcji filmu Tarantino jest morderstwo żony Romana Polańskiego, Sharon Tate. Jak przygotowywał się Pan do roli polskiego reżysera?

Niestety nie udało mi się z nim spotkać, ale przeczytałem na temat Polańskiego wszystko, co warte było przeczytania, co mi zasugerowano.

Co utkwiło Panu w pamięci z jego biografii?

Uwielbiam moment, gdy opowiada o tym, jak był małym chłopcem, i zbierając jagody w lesie, nagle usłyszał nadlatujące samoloty amerykańskie. Wspaniale odtworzył to przejście odgłosu przyrody do dźwięku maszyny. To wspomnienie zainspirowało go potem, gdy reżyserował „Makbeta”.

Co by Pan powiedział Polańskiemu, gdybyście się spotkali?

Myślę, że po prostu uściskałbym go jak ojca.

Po zakończeniu zdjęć do filmu „Dawno temu w Hollywood” przyszła kolejna amerykańska propozycja filmowa. Efekt domina?

Na planie filmu Tarantino spędziłem trzy miesiące – od sierpnia do października ubiegłego roku. Po zakończeniu zdjęć pojechałem do Hiszpanii, by przygotować program „Europa filmowa” i gdy wracałem, okazało się, że zagram główną rolę w filmie Barry’ego Andersona „The Soviet Sleep Experiment”. To niezależny thriller psychologiczny, w którym wcielam się w postać sowieckiego naukowca testującego gaz na jeńcach politycznych. Film będzie miał premierę w tym roku.

Przenieśmy się z Hollywood do Kielc. Dawno temu na kieleckim Białogonie żył niesforny chłopiec, który wkładał gazetę w spodnie, by złagodzić skutki lania…

Oczywiście, że tak, dostawałem kary. Może dziś do tego inaczej się podchodzi, ale ja nie mam z tym problemu. Nabroiłem, to musiałem ponieść tego konsekwencje.

Rodzinny dom był domem z twardymi, surowymi zasadami?

Rodzice stawiali granice, ale darzyli mnie też dużym zaufaniem. W liceum miałem swój świat, nie było problemów z wyjściem z domu czy późniejszym powrotem. Inaczej było z moimi siostrami – musiały wracać przed dziesiątą, tłumaczyć się.

Jakie wartości wyniósł Pan z rodzinnego domu? Jaki bagaż zabrał w świat?

Siłę daje mi wyniesione z domu przekonanie, że nawet, gdy upadniemy, to możemy się podnieść i liczyć na wybaczenie. Wpajano nam także szacunek do drugiego człowieka. Pamiętam, jak dziadziuś uczył nas, że bez względu na to, kto kim jest, mamy go szanować. Ktoś może być prostym człowiekiem, ale nie prostakiem, a inny będzie bogaczem i prymitywem. Miłość, rodzinna więź, atmosfera domu, wspólne zasiadanie do stołu, niedzielny obiad – to są te wartości, którym staram się być wierny.

Często bywa Pan w Kielcach na tych obiadach?

Niestety rzadko.

A gdzie Rafał Zawierucha chodził na wagary?

Jeździliśmy rowerami do lasu na Białogonie, uwielbiałem też spędzać czas z kuzynostwem we wsi Wojkowiec, gdzie mieszkała moja babcia. To są takie sentymentalne, pełne wzruszeń wspomnienia.

Pana rodzice prowadzą Rodzinny Dom Dziecka. Jak to ukształtowało Pana osobowość?

Miałem 15 lat, gdy rodzice podjęli tę decyzję. Ten piękny gest jest dla mnie sygnałem, żeby propagować takie inicjatywy, mówić ludziom, że warto wspierać nie tylko karpia czy pieska, ale także młodego człowieka. Zostałem wychowany w wielodzietnej rodzinie, nigdy nie miałem kokosów, z domu wyniosłem także brak zachłanności. Pamiętam, jak ciocia karmiła nas kiwi, a nas było czworo, staliśmy w kolejce i dostawaliśmy po jednej łyżeczce. To są właśnie te małe kęsy, o których mówiłem wcześniej.

A trabant, o którym wspomina Pan w wywiadach, wciąż stoi na podwórku rodziców?

Tak. Dostałem go od wujka, gdy byłem na studiach i jeździłem nim po Warszawie. Zrobiłem remont, ma stylowe, welurowe kanapy w kolorze błękitu. Uwielbiam ten samochód!

Był kiedyś taki film „Pociąg do Hollywood”. Pan do niego wsiadł, pojechał i zatrzymał się na właściwej stacji. Czy to jest stacja docelowa?

Pociągi mają to do siebie, że kursują w miarę regularnie i w różne strony. Tak podchodzę do życia…

Wierzy pan że wróci do Hollywood?

Może do Hollywood albo do Francji, a może do Włoch, Australii czy też Nowej Zelandii.

Skąd czerpie Pan ten optymizm?

Zawdzięczam to ludziom, których po prostu uwielbiam. A poza tym warto wyznaczać sobie cele i warto marzyć.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agata Niebudek-Śmiech, zdjęcia Anna Benicewicz-Miazga

Rafał Zawierucha urodził się 12 października 1986 roku w Krakowie. Wychował się w Kielcach, uczył się w III LO. W 2012 ukończył studia aktorskie na Akademii Teatralnej w Warszawie. Pracuje w Teatrze Współczesnym w Warszawie, można go oglądać także w Och-Teatrze, Capitolu oraz teatrze IMKA. Wystąpił m.in. w filmach „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego, „Bogowie” Łukasza Palkowskiego, a Andrzej Barański powierzył mu w 2011 roku główną rolę w filmie „Księstwo” (za którą był nominowany do Złotej Kaczki). Znany także z seriali „Przyjaciółki” czy „Przepis na życie”. O Rafale Zawierusze zrobiło się głośno, gdy w ubiegłym roku otrzymał angaż do filmu „Once upon a time in Hollywood” („Pewnego razu w Hollywood”) w reżyserii Quentina Tarantino, w którym wcielił się w postać Romana Polańskiego. Film będzie miał swoją premierę 26 lipca.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close