Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


– W tle ciągle coś brzęczy, ktoś do nas mówi… Nie wiadomo po co. A przecież cisza gra równie mocno jak muzyka – mówi Bohdan Gumowski. Z wieloletnim dziennikarzem Radia Kielce rozmawiamy o dzisiejszym pędzie i niemożności zatrzymania się, o samotności oraz umieraniu, które można oswoić. I o ciągłym poszukaniu siebie. W każdej aktywności i pojedynczej chwili.

Lubi Pan wędrować?

Lubiłem… Lubię… Ale nie mogę już tego robić. A muszę Pani zdradzić, że nie znoszę jazdy samochodem, zwłaszcza po mieście, gdzie kierowcy raczej warczą niż do siebie mówią, patrząc w koło nieprzyjaznym wzrokiem. Zostały mi już więc tylko spacery po Kielcach.

Mniej wymagające niż wędrówka do Santiago de Compostela…

Człowiekowi wydaje się, że wiecznie będzie sprawny. I nagle dostaje obuchem w głowę. Po wyjściu ze szpitala na moje pytanie o to, co mogę, a czego nie mogę robić, lekarz odpowiedział również pytaniem: „Czy pan wie, że jest śmiertelnie chory?”. To jest moment, w którym przewartościowuje się swoje dotychczasowe życie.

I wchodzi na nową drogę…

Całe nasze życie jest drogą. Ta, na którą się decydujemy idąc na przykład do grobu św. Jakuba, stwarza nas na nowo w zupełnie innej rzeczywistości. Jeżeli będąc w Kielcach wiem dokładnie, co będę robił dzisiaj, jakie mam plany na jutro, z kim się spotkam, to gdy znajduję się w drodze do Santiago de Compostela wszystko przestaje mieć znaczenie. Zostaję sam ze sobą. Nawet czas jest wówczas względny. Camino to głębokie wewnętrzne przeżycie, każdego dnia rzeźbiące człowieka na nowo. To poszukiwanie samego siebie. Nigdy do końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak się zachowamy w danej sytuacji. Możemy oczywiście pewne scenariusze zakładać, ale w zderzeniu z konkretnym problemem może się okazać, że jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż nam się wydawało. To poszukiwanie siebie trwa właściwie przez cały czas.

Trzeba mieć odwagę, by zostać z samym sobą.

Niekoniecznie. Możliwość zetknięcia się z samym sobą jest wspaniałym doświadczeniem. W określonym momencie, w danej chwili. W Hiszpanii słońce wstaje dużo później niż u nas. Ruszałem wcześnie i wschód zastawał mnie w różnych miejscach. Widoki, które nagle wyłaniały się z ciemności zapierały dech. Świat jest tak wspaniały, tak piękny… Nie zawsze oczywiście było idealnie, zdarzały się kilkugodzinne burze, podczas których lało tak, że w jednej chwili byłem całkowicie przemoczony.

Camino, to jest czas przemyśleń i próby odpowiedzi na pytanie: Jaki naprawdę jestem…? To doświadczenie podobne do tego, co przeżywają ludzie głębokiej wiary. To zetknięcie ze swoimi słabościami, ograniczeniami. Nie jesteśmy święci. Każdy z nas oczywiście chce być dobrze postrzegany przez innych. Rzecz jednak w tym, aby umieć na siebie tak spojrzeć, móc siebie tak ocenić i być wobec siebie tak obiektywnym, żeby to mogło pozytywnie wpłynąć na naszą dalszą drogę.

Oswoił Pan samotność?

Dziś droga do Santiago de Compostela jest jak autostrada, jak droga do Morskiego Oka czy kolejka na Kasprowy. Jest oczywiście miejsce na samotność, ale na samotność z wyboru. Taką, której – jak sądzę – doświadczają mnisi, dla których nie jest ważne, co zrobią konkretnego dziś czy jutro, ale co przeżyją. W drodze spotykałem różnych ludzi, m.in. małżeństwo pielgrzymów. On układając się wieczorem do snu w schronisku szukał łóżka położonego w pobliżu gniazdka elektrycznego, by móc podłączyć aparat wspomagający oddychanie. Bez tego nie byłby w stanie iść. Codziennie pokonywał z żoną 5 czy 10 km.

Do tego, by wyruszyć potrzeba jedynie czasu, nie pieniędzy. W drodze minąłem polskich studentów, którzy szli praktycznie bez grosza przy duszy. Zafundowałem im kanapkę i każde z nas poszło w swoją stronę. Samotna wędrówka to piękna rzecz.

Tylko, czy my dziś jeszcze potrafimy wędrować? Mam raczej wrażenie, że stale gdzieś pędzimy.

I nie potrafimy się zatrzymać. Stanąć i spojrzeć na siebie w tym tłumie. Każdego dnia tak się spieszymy, że często mówimy sobie „jutro się nad tym zastanowię, dziś nie mam czasu”. Nie mam czasu… Co to za wymówka? Każdy ma tyle samo czasu i tylko od nas zależy, jak go sobie zorganizujemy. Mówienie „nie mam czasu” nie ma sensu.

A to dziś najczęściej powtarzana fraza…

Prawda? Ciągle planujemy… Jedną, drugą, trzecią rzecz, i kiedy ktoś potrzebuje naszej uwagi, odpowiadamy „przepraszam, ale nie mam teraz czasu”. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że w ogóle nie powinienem tak mówić. To jest mój czas, to ja decyduję, co z nim zrobię. Trzeba mieć oczywiście hierarchię pewnych potrzeb, działań, które podejmujemy każdego dnia. Ale nie zapominajmy, że to my jesteśmy właścicielem swojego czasu.

A nie jego niewolnikiem?

Wychowywałem się w czasach, w których – co dziś jest niewyobrażalne – nie było telewizji, a dostęp do różnego rodzaju dóbr kultury ograniczał się do radia i książek. Wtedy czytało się pasjami, a w I lub II Programie Polskiego Radia było całe mnóstwo przeróżnych słuchowisk. Również dostęp do informacji był ograniczony, nasza wiedza o świecie była dużo bardziej uboga. Dziś informacja atakuje nas ze wszech stron. Ilość źródeł informacji, dostęp do Internetu, nieograniczona praktycznie możliwość komunikowania się… Współczesny człowiek nie wyobraża sobie życia bez telefonu komórkowego. Staliśmy się też cywilizacją obrazkową… W tej chwili książka bez zdjęć jest nieatrakcyjna. Reklamy to także tylko zdjęcia, tekst praktycznie w nich nie istnieje. Zresztą, gdyby to był sam tekst, nawet byśmy go nie zauważyli. Tak nas zubaża ten sposób postrzegania świata.

Coś, co powinno dać wolność, zniewala…

Ależ oczywiście, że tak. Przeciętny Polak w ubiegłym roku nie przeczytał połowy książki. Oczywiście statystycznie rzecz ujmując. Co więcej coraz częściej nie jesteśmy w stanie w całości czegoś przeczytać. Zaczynamy i za chwilę to rzucamy, bo zawsze znajdzie się coś innego, co nas oderwie. Jesteśmy zniewoleni przez informacje. Skrótowe, pobieżne, zbyt ogólne. Wystarczy jedno, dwa zdania i już wszystko wiemy. Bez rozwijania, bez analizy, bez dociekania.

Ta skrótowość, brak możliwości skupienia uwagi na dłużej przekłada się też na nasze relacje.

Nie może się nie przekładać. Z ogromnym niepokojem patrzę na to, co dzieje się dookoła. To, czego dziś nam tak bardzo brakuje, to umiejętności rozmowy. Atakujemy, kłócimy się, stawiamy zarzuty albo się bronimy. Nie ma miejsca na argumenty, wspólne pochylenie się nad problemem. Niesłychana rządza władzy drzemie dziś w niektórych. Wielu zapomina, że to, co tutaj zdobędziemy i tak tu zostawimy. Po co patrzeć na siebie wilkiem, mieć do siebie wieczne pretensje? Przecież wystarczy godnie żyć. A nie robić wszystko, by ten świat komplikować, by skłócać ludzi.

Camino uczy bardziej obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość. Nie stawiania siebie w pozycji rządzącego wszystkim i wszystkimi. Pozwala znaleźć odpowiedź na pytanie: Gdzie jest moje miejsce w świecie? Czy takim miejscem jest robienie kariery, osiąganie kolejnych sukcesów? A może przeciwnie robienie czegoś w poszukiwaniu siebie?

Czy temu właśnie miało służyć latanie szybowcami?

Teoretyczny kurs szybowcowy skończyłem już jako nastolatek, ale dopiero 40 lat później zrobiłem licencję i po raz pierwszy wzbiłem się w niebo. Loty to wspaniałe przeżycie. Świat z góry wygląda zupełnie inaczej. Wie Pani jaka niesamowita cisza tam panuje? Słychać tylko szum. Krążę 2000 metrów nad ziemią  i nagle stado bocianów przelatuje metr, dwa ode mnie. Wzbijają się w górę szybciej w ogóle nie poruszając skrzydłami. Takie mają noszenie… A myszołów wiszący na wysokości dwóch kilometrów… Co on tam robi? Ma przyjemność w tym lataniu? Być może…

Radiowiec mówi o cieszy jakby to był największy skarb?

Bo my dzisiaj nie potrafimy już żyć w ciszy. W tle cały czas coś brzęczy, ktoś do nas mówi. Nie wiadomo po co. Cisza – i mogę to powiedzieć zwłaszcza jako radiowiec – gra równie mocno, jak muzyka.

Ścigał się Pan też samochodami, żeglował, chodził po górach, biegał maratony…

Cały czas poszukiwałem siebie.

Próbując przebiec 42 km?

Żeby być precyzyjnym – 42 km i 195 m. Co tu dużo mówić – człowiek jest próżny. Ciągle chce coś sobie udowadniać. Mnie jednak zależało także na tym, aby na największe miasta spojrzeć z perspektywy biegacza. Berliński maraton jest najszybszy, paryski – niezwykle ciekawy, bo przebiega się przez całe miasto. Taka perspektywa jest niesamowitym doświadczeniem.

Jeden z biegaczy powiedział kiedyś, że jeśli chcesz biegać, to biegaj kilometr, dwa, dziesięć, piętnaście. Jeśli jednak chcesz zmienić swoje życie, to przebiegnij maraton. Coś w tym jest. Kiedyś biegałem codziennie 10-15 km. Jeszcze nie tak dawno wyruszałem z domu, okrążałem Telegraf i wracałem. Sam maraton jest jednak pewną tajemnicą. Człowiek jest w stanie przebiec bez widocznych objawów słabości około 30-33 km. Na tyle starczają nam zgromadzone w naszym organizmie zapasy glikogenu. Potem zostaje jeszcze te 8-10 km. I nagle okazuje się, że nie jesteśmy w stanie nawet truchtać, nogi stają się zbyt ciężkie. Nie możemy pokonać słabości, zmęczenia, niemożności działania. To moment, gdy kończy się przemiana glikogenu i zaczynamy spalać tłuszcz. Bardzo bolesny dla organizmu.

Jak przezwyciężyć tę niemożność działania?

Po pierwsze trening. Przez lata docierałem do coraz dokładniejszych opisów. Nigdy też się z nikim nie ścigałem. Ci, którzy dziś biją rekordy, każde 100 m przebiegają w niewyobrażalnym tempie 15-17 sekund. Każdy maraton daje nowe doświadczenia. Trasa mojego ostatniego, piątego, wiodła przez dolinę środkowego Renu. Piękna, ale niezwykle trudna ze względu na upał. Myślałem, że nie dobiegnę, co chwilę karetka zabierała kolejnego biegacza. Wtedy stwierdziłem, że to koniec. Zrezygnowałem z biegu w Nowym Jorku, choć miałem już bilet lotniczy, zarezerwowany hotel i gwarancję startu. Maraton w jakimś sensie zmienia życie. Człowiek dowiaduje się o sobie jeszcze więcej.

I coś sobie udowadnia.

Tak, że jeszcze może. Zastanawiam się tylko, czy to takie proste. A z drugiej strony nie wiem, czy szukać czegoś głębszego… Celem jest w końcu kres drogi, chęć sprawdzenia się… Wzruszenia, które towarzyszy momentowi przekraczania mety nie da się opisać.

Niemal całe swoje zawodowe życie spędził Pan w Radiu Kielce.

Wcześniej miałem jeszcze epizod krakowski. Przez kilka lat byłem związany z Teatrem 38, z którego wyszedł też Piotr Szczerski. Grałem różne role. Pracowałem z Jerzym Szejbalem, z Janem Nowickim. To był moment przełomowy. To wtedy rzuciłem uczelnię techniczną na rzecz polonistyki. Pracę w Radiu Kielce zaczynałem w 1971 roku. W siedzibie przy ul. Świerczewskiego, dzisiejszej Jana Pawła II.

Jakie to było radio?

Jeśli chodzi o kwestie polityczne, to nie ma wątpliwości jakie. Był cenzor, przez którego przechodziła każda audycja. Praktycznie nie było wejść na żywo. Spiker czytał wiadomości, które wcześniej zostały ocenzurowane, nie było mowy, by dodał coś od siebie. Tak samo było w Warszawie, gdzie byłem na stażu. W pomieszczeniu reżyserki stał smutny pan i patrzył głęboko w oczy temu, który czytał. Gdyby tylko czegoś spróbował… W Kielcach było wówczas dwóch spikerów Andrzej Samborski i Andrzej Borys.

W radiu panowała rodzinna atmosfera. Pokoje były tak rozmieszczone, że gdy ktoś, chciał z kimś porozmawiać wołał na całą redakcję. Podobnie było z telefonem. Był jeden w sekretariacie dyrektora. Gdy dzwonił wszyscy koledzy wiedzieli do kogo i w jakiej sprawie.

Było też dużo spokojniej. To była zaledwie godzina programu dziennie, a pracowało przy tym kilka osób. Dziś tempo jest nieporównywalnie szybsze. Panuje też odpowiedzialność osobista, jednostkowa. Wtedy za wszystko odpowiadał zespół. Zaczynałem jako realizator audycji. Moim zadaniem było czuwanie nad jej kształtem artystycznym. Był magazyn, w którym z dumą informowaliśmy o osiągnięciach klasy robotniczej kielecczyzny, zarówno w SHL czy Iskrze. Co zabawne nie mówiło się wówczas, gdzie się co produkuje. To była tajemnica, ale funkcjonowały kluby sportowe o wiele mówiących nazwach np. Granat Skarżysko. Nie były to więc bombki na choinkę…

No i był słynny Klub Dziennikarza.

Muszę przyznać, że z olbrzymim żalem patrzę na to, że dziś takiego miejsca, które jednoczyłoby środowisko, nie ma. W klubie Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Chińskiej ufundowało piękne lampiony… Był mostek kapitański, na którym jedna z pań podawała trunki. Może wstyd przyznać, ale także w godzinach pracy odbywały się różnego rodzaju spotkania. Niekoniecznie towarzyskie, tym niemniej urozmaicone. Wspaniali ludzie tam bywali nie tylko z kieleckiego środowiska. Począwszy od wielkiej trójcy: Ryszarda Pytlewskiego, Wieśka Barańskiego i Ryszarda Smarzowskiego. Wojtek Podolecki i Janek Goc też się pojawiali. To było miejsce spotkań, rozmów, gry w karty. Był również nasz człowiek, opiekun, oczy i uszy władzy.

Odnajduje się Pan w dzisiejszym świecie mediów?

Nawet myślałem już o rezygnacji. Mój stan zdrowia jest jaki jest. Nie za bardzo mogę się angażować. Nadal z dr. Cezarym Jastrzębskim, który ma niesamowitą wiedzę o regionie, przygotowuję program „Moc historii”. Ta audycja ma swoich fanów.

Nie jest to już jednak moje radio, a przynajmniej nie jest takie, jakie chciałbym robić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że główną rolą radia jest informowanie. Nie zapominajmy jednak także o roli kulturotwórczej. Wszechobecna polityka, sposób jej prezentowania w mediach, to jest coś, co trudno mi zaakceptować. Co chcemy dziś powiedzieć? Co tym osiągnąć?

Patrząc na swoją dotychczasową drogę, oglądają się za siebie czuje się Pan spełniony?

Ciągle jeszcze podążam. A dokąd prowadzi ta droga? W jednym kierunku. Mój dzisiejszy, pobłażliwy stosunek do świata bierze się ze świadomości przemijania. Powiem więcej z oswajania umierania. Na co dzień w ogóle o tym nie myślimy, śmierć dla nas nie istnieje. Przychodzi jednak taka chwila, gdy zaczynamy się rozglądać ze zdziwieniem… Zaraz, chwileczkę, to już…? Mam się żegnać? Czy naprawdę muszę? Ano muszę. I wtedy pojawia się refleksja… Co się stanie z setkami książek, które mam na półce? Oddać do biblioteki, gdy wciąż są mi potrzebne? A ile jeszcze mam nieprzeczytanych…

Oswoił Pan umieranie?

Myślę, że tak. Mam to już za sobą. Podchodzę do tego z pokorą i ze świadomością, że w końcu coraz więcej przyjaciół mam tam, nie tu. Nie odczuwam lęku. Każda droga dobiega końca. Rzecz w tym, żeby na jej końcu spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: nie byłeś taki do końca byle jaki. Może coś zrobiłeś dla kogoś? Może kimś byłeś dla drugiego? Coś dla kogoś znaczyłeś? Bo to, czy ktoś miał dla mnie znaczenie, to oczywiste.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Monika Rosmanowska, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Bohdan Gumowski – wieloletni dziennikarz Radia Kielce, dokumentalista, autor reportaży, reżyser słuchowisk. Jedno z nich  zostało wyróżnione na Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji „Dwa Teatry” w Sopocie. Jego reportaż „Życie zatoczyło koło” zdobył III nagrodę w dorocznym konkursie Polskiego Radia „Polska i Świat”. Jest członkiem Związku Literatów Polskich. Autorem zbioru opowiadań i słuchowisk „Gniazdo” oraz książek: „Subtelność brzmienia”, poświęconej historii Radia Kielce i „Camino znaczy droga”, inspirowanej dwukrotną pieszą pielgrzymką do grobu Świętego Jakuba w Santiago de Compostela.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close