Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


On postawny, z dłońmi wielkimi jak bochny chleba. Ona filigranowa, zawsze w cieniu, cichutko krzątająca się po malutkiej izbie. Rozalia i Wojciech Grzegorczykowie przejechali setki kilometrów, by odnaleźć się na obczyźnie. Przez całe swoje życie tworzyli zapisywane w pamięci wiersze, a potem odeszli, jedno po drugim.

Jak można nie zostać poetą, jeśli każdego dnia ma się przed oczyma Dolinę Wilkowską? Ta rozciągająca się wzdłuż głównego grzbietu Gór Świętokrzyskich przestrzeń zachwyca o każdej porze roku. Z doliną zrośli się ludowi poeci, którzy jak nikt inny potrafili opisać jej piękno. Wśród nich szczególne miejsce zajmują Rozalia i Wojciech Grzegorczykowie z Krajna, którzy ani pisać, ani czytać nie potrafili, a tworzyli strofy tak piękne, że nawet zachwycał się nimi sam Zbigniew Herbert.

Poniewierka i Rozalia

To może być sentymentalna opowieść o miłości, odnalezionej setki kilometrów od rodzinnego domu, choć przecież chwilę wcześniej mieszkało się tak blisko siebie. To może być także opowieść o niezwykłym życiu i niebywałym talencie, odkrytym zupełnie przypadkowo. Nad twórczością dwojga prostych ludzi, którzy nigdy nie nauczyli się pisać i czytać, pochylały się tęgie profesorskie umysły. I niejeden kręcił głową, jak to możliwe, by dwoje zwyczajnych mieszkańców podkieleckiej wsi tak intuicyjnie czuło rytm i potrafiło operować liryczną frazą jak wytrawni poeci.

Ale zacznijmy od początku. Wojciech Grzegorczyk dokładnie pamiętał, że urodził się 18 listopada 1893 r. we wsi Krajno-Wymyślona. Nazywano go Poniewierką. Barbarze Wachowicz, która opisała historię jego życia, dopowiedział, że było to w niedzielę, bo w żaden inny dzień matka nie miałaby czasu na poród. Rozalia Adamczyk była o trzy lata młodsza od niego i sama nigdy nie mogła poskładać swoich lat w całość. Przyszła na świat w Szczukowskich Górkach, w wieku niespełna dwóch lat została osierocona przez ojca, a jej wychowaniem zajęła się babka. O nauce w szkole oboje mogli tylko pomarzyć, dzieciństwo upłynęło im na ciężkiej pracy, bieda zaglądała do ich domów. Pasanie krów, praca w polu – to był ich chleb powszedni. Czy już wówczas jakieś rymowanki chodziły im po głowach? Kto to wie.

Pewne jest jedno, Wojciech miał fenomenalną pamięć – każdy obraz, nawet ten z najodleglejszego dzieciństwa, utrwalał gdzieś w zakamarkach pamięci, by potem przywołać go w wierszowanej formie. Jako nastolatek nie miał jednak zbyt wiele czasu na zabawy w rymowanie – rodzina wysłała go na roboty sezonowe do folwarku koło Płocka. W 1914 r., gdy świat ogarnęła wojenna zawierucha, wyruszył wraz z bratem i siostrą za pracą do Niemiec. Płacono im w towarze. Dniówka wynosiła 6 kilogramów kartofli, chleb i mleko. Po zakończeniu wojny na chwilę wrócił do Polski, by rychło znów opuścić rodzinne strony w poszukiwaniu pracy. Trafił do gospodarstwa rolnego w niemieckiej Meklemburgii. W tym samym kierunku w 1921 r. podążyła ze swoich rodzinnych Szczukowskich Górek skromna, uboga dziewczyna – Rozalia. I tu zaczyna się historia miłosna. Młodzi zwracają na siebie uwagę, zakochują się w sobie i wkrótce biorą ślub. Przeznaczenie rzuciło ich setki kilometrów od domu, by mogli się spotkać i na zawsze połączyć. Jeszcze w Niemczech na świat przychodzi dwójka ich dzieci – Zofia i Józef.

Kto wie, czy Grzegorczykowie nie zostaliby w Niemczech dłużej, ale życie polskich emigrantów stawało się coraz trudniejsze. W ogarniętym kryzysem kraju każdy obcy wzbudzał agresję, bo odbierał chleb rodowitym Niemcom. Pod koniec 1930 r. Grzegorczykowie decydują się na powrót do Polski. Bez grosza przy duszy, bez skrawka własnej ziemi, tułają się po świętokrzyskich wioskach. Na świat przychodzi trzecie dziecko, a Wojciech utrzymuje rodzinę z ciesielki. Dopiero na trzy lata przed wybuchem II wojny światowej mężczyzna wznosi ubogą, lecz własną drewnianą chałupę we wsi Krajno-Zagórze. Będzie ją dumnie nazywał ubogim domkiem – królewskim zamkiem. I tu małżeństwo spędzi resztę życia. Z dala od innych wiejskich zabudowań, pracowicie, często samotnie, w zachwycie nad otaczającym ich światem.

Czy piękne krajobrazy Doliny Wilkowskiej, przepastne pola, układające się niczym barwna, pofałdowana szachownica sprawiły, że w głowach tych prostych ludzi zaczęły tworzyć się rymowane wersy?

Pan Cogito zachwyca się

Roch Sulima, profesor Uniwersytetu Warszawskiego był pierwszym, który spisał wiersze Rozalii i Wojciecha Grzegorczyków, a następnie opublikował w wydanym w 1972 r. tomiku. Kilka lat później sędziwe już wówczas małżeństwo odwiedziła Barbara Wachowicz, która opisała ich życie w zbiorze „Ciebie jedną kocham”. W archiwach zachował się również zaledwie dziewięciominutowy film Józefa Gębskiego pt. „Rozalia i Wojciech Grzegorczykowie poeci ludowi w jesieni życia”. Na czaro-białej, wyblakłej taśmie widzimy dwoje starych ludzi, krzątających się po skromnym obejściu. Wojciech idzie do źródełka po wodę, Rozalia wygląda przez maleńkie okienko, listonosz przynosi przesyłkę, pajda chleba posypana cukrem leży na stole. Ot, zwykłe, proste życie. A jednak jakże fascynujące, bowiem kolejni badacze wciąż podążają śladami Grzegorczyków, szukając odpowiedzi na pytanie – jak to możliwe, by dwoje niepiśmiennych, prostych ludzi, tworzyło tak piękne wiersze?

Na to pytanie w ubiegłym roku próbował odpowiedzieć Paweł Becker – bibliotekoznawca i badacz literacki z Wąbrzeźna położonego w odległym województwie kujawsko-pomorskim, który napisał książkę o Grzegorczykach. Jak natrafił na ich ślad? – Moi dziadkowie – Aniela i Józef Grzegorczykowie pochodzili z Kielecczyzny, część rodziny miała nawet drugie nazwisko – Poniewierka, czyli takie, jak poeta z Krajna – tłumaczy pan Paweł. – Ale nigdzie nie udało mi się potwierdzić związków rodzinnych. Postanowiłem jednak poświęcić swoją pracę dyplomową Rozalii i Wojciechowi, poetom, którzy nie wiedzieli, co to litera, a tak pięknie tworzyli.

Kiedy zaczęli to robić? Prof. Roch Sulima twierdzi, że Rozalia pierwsze wiersze zaczęła tworzyć jeszcze w czasach panieńskich. Strofy przychodziły do niej w chwilach samotności, w momentach, gdy wolna od codziennych zajęć, mogła przysiąść i odpocząć. Wyobrażam sobie, jak wygląda przez maleńkie okienko: przygarbiona, niepozorna, w chustce na głowie. Rozkoszuje się pięknem okolicy albo z rozrzewnieniem myśli o swoim ubogim życiu lub przesuwa w palcach paciorki różańca. Wtedy słowa zapisują się w jej głowie w całe strofy, układają w zakamarkach pamięci, niczym kartki w tomiku poezji. Często jednak te ckliwe strofy ulatują, wymykają się. Niestety, na zawsze. Rozalia rozkładała przed profesorem Sulimą bezradnie ręce: Wszystko, co sobie utworzę, zapominom. Moje słowa takie wiatrowetłumaczyła badaczowi. Dobrze więc, że udało mu się ocalić od zapomnienia te skromne wiersze, którymi zachwycali się Zbigniew Herbert i Wiesław Myśliwski. Lepszej rekomendacji nie potrzeba. – Wiersze Rozalii są krótkie, treściwe, pełne poetyckich obrazów, intymne, rytmiczne – wylicza Paweł Becker. – Wiele w nich emocji, tęsknoty, odwołań do własnych przeżyć, religii i codziennego życia.

Ni mom nic, ni mom nic
Mom przed sobom ściezki
Idę od kolebki
Do grobowej deski – wzdychała poetka.

Inaczej Wojciech, który miał fenomenalną pamięć. Zresztą to on dominował w małżeństwie Grzegorczyków. Tak naprawdę Roch Sulima przyjechał do niego i przy okazji dowiedział się, że również Rozalia jest utalentowaną poetką. Ale przy mężu swoich wierszy nie lubiła mówić, tak jakby czuła respekt przed Wojciechem, który potrafił być wobec niej dość obcesowy i powiedzieć: – Cichoj, teraz ja mówię!

Wojciech patrzył znacznie dalej niż jego żona – już za okupacji układał różne prześmiewcze wierszyki o Hitlerze:

Jechał Hitler do Angliji
I groł se na harmoniji
Śpiewał sobie dyna, dyna
A z Berlina znaku nie ma.

Jego wiersze to często ballady historyczne, przywołujące np. powstanie warszawskie, tragiczne wydarzenia w Michniowie czy bohaterstwo partyzantów. Chłop z Krajna był niczym bard, który snuje swoje opowieści, jego wiersze są długie, rozbudowane, pełne historycznych odniesień. Widać w nich pewność siebie, odwagę i twarde przekonanie o słuszności swoich racji.

Czy ze sobą współzawodniczyli? Czy byli zazdrośni o swoje poetyckie talenty? Kto wie… Pewne jest, że to Wojciech był bardziej znany, to on słynął w całej okolicy z pisania wierszy. A Rozalia tworzyła w cieniu męża, mimochodem, w przerwach pomiędzy jednym, a drugim domowym zajęciem.

Łapać słowa

Podjeżdżamy przed budynek filii Gminnej Biblioteki Publicznej w Krajnie-Parcelach. W niewielkim pomieszczeniu pachnie książkami, jesiennymi jabłkami i śliwkami. Katarzyna Dziekańska jest nie tylko bibliotekarką, to człowiek orkiestra – śpiewa, gra, tworzy wiersze, pisze legendy inspirowane Krajnem, prowadzi kabaret „Za Dychę”. Bije z niej pozytywna energia, wielka radość i serdeczność. Ukochała sobie twórczość Rozalii i Wojciecha Grzegorczyków, bo to właśnie dzięki nim przed laty chwyciła za pióro i zaczęła tworzyć.

– Gdy po latach mieszkania w Kielcach wróciłam na wieś, wstydziłam się gwary. Szybko zrozumiałam jednak, jak wielką jest ona wartością. I zaczęłam zapamiętywać słowa – tłumaczy pani Katarzyna. Bibliotekarka przerywa na chwilę swoją opowieść, bo kolejna grupa dzieciaków kładzie na pulpicie książki do wypożyczenia. Przed laty wymyśliła Konkurs Poetycki im. Wojciecha i Rozalii Grzegorczyków, dzięki któremu powstają nowe wiersze i ujawniają się talenty literackie. Pani Kasia nie ma wątpliwości, że para niepiśmiennych poetów, to największa wartość ich małej ojczyzny.

– I chocios jest w Krojnie wyciag i łorcyki

To Krojno rozsławieły właśnie Grzegorcyki –  bibliotekarka cytuje z uśmiechem swój wiersz. Na każdorazową edycję konkursu zaprasza rodzinę małżeństwa poetów, której część wciąż mieszka w gminie Górno, a część rozproszona jest po świecie.

– Moja mama znała Grzegorczyków. Byli pogodną, wesołą rodziną, Wojciech był niezwykle dobrym człowiekiem, duszą towarzystwa, poproszony o jakiś okolicznościowy wiersz, tworzył go na poczekaniu – wspomina Katarzyna Dziekańska.

Rozmawiamy z Marianem Grzegorczykiem, synem bratanka Wojciecha.

– Byliśmy bardzo zżyci ze stryjem, który był takim opiekunem i mentorem rodziny – wspomina. – Wojciech był skromnym i niezwykle serdecznym człowiekiem. I choć wiersze przychodziły mu tak łatwo, na co dzień nie był rozrzutny w mowie. Pamiętam, że czasami brał gazetę do ręki i udawał, że czyta w niej jakieś opowieści. Lubił żartować, płatać figle. Rozalia żyła w jego cieniu, gdy on zapraszany był na spotkania, nigdy mu nie towarzyszyła.

Trójka dzieci Grzegorczyków dość wcześnie opuściła rodzinne strony. Syn Józef wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, córki przeniosły się na Dolny Śląsk. Ale dalsza rodzina wciąż mieszka na terenie gminy Górno, przechowując pamięć o niezwykłych poetach.

Objeżdżamy okolice Doliny Wilkowskiej. Trudno nie zakochać się w tym świętokrzyskim krajobrazie. Auto wdrapuje się na kolejne górki, skręcamy w długą ulicówkę – Krajno-Wymyślona. Tuż przy przystanku autobusowym, przy samej drodze stoi kamienny pomnik Grzegorczyków dłuta Stefana Dulnego. Otoczony zmurszałym już nieco drewnianym płotkiem obelisk przedstawia dwoje starszych ludzi siedzących na ławce. Ona ze splecionymi dłońmi, on trzymający ręce na kolanach. Nieopodal, na pobliskim, cmentarzu można odnaleźć ich grób. Przeżyli wspólnie ponad pięćdziesiąt lat i odeszli jedno po drugim. W kwietniu 1977 r. zmarł Wojciech, miesiąc później – Rozalia.

– Żyć bez siebie najwyraźniej nie mogli – uśmiecha się Paweł Becker. – W historii ich życia jest wiele niezwykłych wątków, ale najpiękniejsze jest chyba to, że byli prostymi ludźmi, którzy mimo ciężkiej pracy, potrafili tworzyć wzruszające teksty, dostrzegać urodę otaczającego ich świata. Ta potrzeba estetyki, wyrażania się poprzez poezję była czymś nietuzinkowym. Nie dziwę się, że mieszkańcy wsi nadal traktują ich z estymą i dbają o to, by pamięć o nich zbyt szybko nie zaginęła.

 

***

Biedo moja, biedo
Jak cie mam biedować
Brakło drzewa w lesie
Nie mam cem gotować
Brakło drzewa w lesie
Brakło go w Łysicy
Brakuje go  jesce
W caly okolicy
Biedo moja, biedo
Jakze ciebie kwalić
Ani cym okrosić
Ani cym osolić

Rozalia Grzegorczykowa

***

Łysico, Łysico ty góro olbrzymio
stoją partyzanci, ale bez odzinio.
Dowódca Barabasz wyszedł na szczyt góry
i patrzy po świecie jak przechodzo chmury
i za chwilke casu ujrzał tam lotnika.
O! Wiezie nam zrzuty dzisioj Ameryka,
a gdy lotnik doszedł oddali im zrzuty
oddali mundury, koszule i buty.
Dowódca Barabasz zrobił te kumande
Pójdziemy chłopacy na miemieckom bande.


Wojciech Grzegorczyk, „Łysico, Łysico”

 

W tekście wykorzystałam informacje zawarte w książkach: „Wiersze” Rozalia i Wojciech Grzegorczykowie z Krajna , wybór, opracowanie i posłowie Roch Sulima; „Ciebie jedną kocham” Barbary Wachowicz.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close