Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Pamięta siebie jako małego chłopca, który zamiast zajadać się czereśniami i oddawać błogiemu lenistwu, zastanawiał się, jak rodzą się te owoce. Łamał sobie głowę, tłumaczył i wzywał na pomoc intuicję. Intuicję, która – o czym przekonał się po latach – rzadko go zawodzi.

Jak to było z tymi czereśniami? Profesor Robert Bucki uśmiecha się tak, jakby w myślach przywoływał obraz z dzieciństwa i mówi, że on – mały łebek z podkieleckich Kostomłotów Drugich – w końcu wykombinował, jak wykształca się dojrzały owoc czereśni. Od tego czasu minęło wiele lat – przed nazwiskiem przybyły mu wszystkie możliwe tytuły naukowe, ale ciekawość świata, nieustanna potrzeba zadawania pytań i uporczywego szukania na nie odpowiedzi – to wszystko w nim pozostało. Jego życie nie jest opowieścią o długodystansowcu, lecz raczej sprinterze, który jako czterdziestolatek wspiął się na szczyty naukowego Parnasu i nie zamierza z niego schodzić.

Umysł, który nie wychodzi z pracy

– Mój umysł nie wychodzi z pracy, stałem się niewolnikiem własnych myśli – mówi profesor. Spotykamy się w naszpikowanej komputerami sali dydaktycznej Instytutu Nauk Medycznych przy ul. Niskiej w Kielcach. Stoją obok siebie w równych rządkach jak karni żołnierze. Jest pusto i cicho. Studenci mają krótką przerwę. Profesor zawiesza na chwilę głos, jakby próbował uporządkować pędzące myśli. Po chwili dodaje: – Pracy naukowej nie da się zamknąć w ośmiogodzinnym etacie, w każdym momencie pojawiają się pytania, na które często nie znajduję odpowiedzi.

Jego naukowa marszruta rozpoczęła się od Akademii Medycznej w Białymstoku, by po sześciu latach zaprowadzić go na uniwersytet w Orsay we Francji, a potem za ocean – do Filadelfii, gdzie rozpoczął pracę w Institut for Medicine and Engineering na Uniwersytecie Pensylwanii. Ta wędrówka wciąż trwa – po latach, już jako pracownik naukowy, powrócił na białostocką uczelnię medyczną, jest także kierownikiem Zakładu Mikrobiologii i Immunologii oraz opiekunem Zakładu Fizjologii Instytutu Nauk Medycznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Wigrami” do Białegostoku

Wcześniej jednak była podstawówka w Kostomłotach Drugich i V Liceum Ogólnokształcące im. Piotra Ściegiennego w Kielcach. Trafił do klasy ogólnej. Już wtedy gorączkowo i na własną rękę poszukiwał odpowiedzi na nurtujące go pytania, sięgał po podręczniki dla studentów, które zaspokajały jego ciekawość, chłonął wiedzę, zagłębiał się w meandry biologii i chemii.

Cztery lata później prawie cała jego klasa wystartowała na medycynę. Za pierwszym podejściem dostały się zaledwie trzy osoby, wśród nich – Robert Bucki, który zdecydował się na Akademię Medyczną w Białymstoku. Wybór uczelni był w pewnej mierze przypadkowy. Jak wspomina, namówił go kolega, który przekonywał, że choć miasto leży na drugim końcu Polski, to połączenie jest znakomite – wsiadasz do pociągu „Wigry” o dziesiątej w nocy i nad ranem jesteś już na miejscu. Ot, standardy komfortu polskiej rzeczywistości przełomu lat 80. i 90.

Na białostockiej uczelni spędził kilka naprawdę dobrych lat. Jeszcze jako student ostatniego roku został asystentem-stażystą i rozpoczął pracę w Zakładzie Fizjologii. Był to także czas pierwszych wyjazdów zagranicznych, które dla młodego chłopaka zza żelaznej kurtyny były niczym podróż do ziemi obiecanej. Od drugiego roku studiów w czasie wakacji wyjeżdżał do Francji, gdzie w szpitalu w Castres pracował jako pielęgniarz. Przydała się dobra znajomość języka francuskiego, który szlifował w ogólniaku, korespondując z kilkoma osobami. – Praca w szpitalu była dla mnie cennym doświadczeniem, z bliska mogłem zobaczyć, jak działa dobrze zorganizowana placówka medyczna – wspomina Robert Bucki.

Tym boleśniejsze było zderzenie z polskim systemem opieki zdrowotnej początku lat 90. Dość powiedzieć, że zaledwie 10 proc. absolwentów rocznika profesora Buckiego znalazło pracę. Reszta, w co trudno dziś uwierzyć, wylądowała na bezrobociu. – Jedyne specjalizacje, jakie można było wówczas robić, to psychiatria i patomorfologia, a ja chciałem specjalizować się w urologii. Nie otrzymałem jednak zgody – wspomina. – Ostatecznie staż do specjalizacji odbywałem jako wolontariusz na oddziale chorób wewnętrznych. Sądziłem, że po jego zakończeniu i obronie doktoratu, otworzą się przede mną nowe, wspaniałe możliwości. Myliłem się, nie miałem co marzyć o pracy na pełnym etacie.

Przez Francję do USA

Postawił wszystko na jedną kartę i postanowił szukać zawodowego spełnienia za granicą. Wybór padł na Francję. Udało mu się zdobyć stypendium naukowe i tak znalazł się na Uniwersytecie w Orsay, który jest częścią Uniwersytetu Paryskiego. – Zawsze miałem szczęście do ludzi. We Francji, dzięki wsparciu dr Françoise Giraud, udało mi się uzyskać zgodę Francuskiej Fundacji Nauk Medycznych na dłuższy pobyt stypendialny w ramach studiów podoktoranckich – mówi Robert Bucki. Tam polski naukowiec prowadził badania nad procesem redystrybucji fostatydyloseryny, który ma ogromne znaczenie podczas aktywacji płytek krwi i w procesie apoptozy. Mówiąc obrazowo – apoptoza to coś na kształt dobrze zaplanowanego i kontrolowanego samobójstwa komórki, które pozytywnie wpływa na cały organizm.

Françoise Giraud wzięła pod swoje skrzydła młodego naukowca z Polski, pomogła mu znaleźć mieszkanie, zadomowić się we Francji, wejść w środowisko naukowe. Ale to również ona nie pozwoliła mu uwić sobie wygodnego i bezpiecznego gniazdka. Wciąż powtarzała, że każdy naukowiec potrzebuje nowych wyzwań i bodźców. – To właśnie od dr Giraud usłyszałem, że jeśli chcę się rozwijać i pracować naukowo, to muszę wyjechać do Stanów Zjednoczonych – kraju, który jest liderem nowych technologii. Właściwie to ona podjęła za mnie decyzję, a ja zrozumiałem, że nie mam innego wyboru, że to konieczność. Problem polegał na tym, że nie znałem angielskiego. Moja mentorka wierzyła jednak we mnie, dopingowała mnie, postanowiłem więc wrócić do Polski na intensywny kurs językowy i po trzech miesiącach wyjechałem do Filadelfii na Uniwersytet Pensylwanii – wspomina profesor.

Wolność, która pozwala błądzić

Początki były trudne – zupełnie nowe środowisko, nie najlepsza znajomość języka… Minął rok, zanim zaczął swobodnie porozumiewać się po angielsku. Institut for Medicine and Engineering był wówczas jednym z nielicznych ośrodków interdyscyplinarnych, w których obok siebie pracowali specjaliści z przeróżnych dziedzin – począwszy od fizjologii, przez chemię, biologię molekularną, po fizykę czy kierunki techniczne. W Stanach profesor Bucki zrozumiał, że praca badawcza nie może być sztuką dla sztuki. Dziś nie da się oddzielić naukowych dociekań od możliwości praktycznego wykorzystania ich efektów. – Nauka stała się biznesem – mówi krótko. Ale jest jeszcze inny, ważniejszy aspekt – uczciwość i rzetelność, które w działalności naukowej powinny być podstawowym paradygmatem. Profesor Bucki na chwilę zawiesza głos. Cisza znów wypełnia ascetyczne pomieszczenie. Po krótkiej pauzie dodaje jeszcze jedno słowo: wolność. – Wolność intelektualna daje mi możliwość rozwijania się, zadawania pytań i błądzenia – tłumaczy.

W poszukiwaniu nowych leków

Robert Bucki nie zapomniał o swojej macierzystej uczelni, do której wrócił po latach i jest obecnie kierownikiem Samodzielnej Pracowni Technik Mikrobiologicznych i Nanobiomedycznych. Dzięki współpracy Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku z uczelnią w Filadelfii profesor może prowadzić kilka projektów badawczych, z których najważniejszy dotyczy zgłębienia wiedzy na temat lipidów kationowych. – Badania te służą opracowaniu nowych antybiotyków – tłumaczy. – To temat niezwykle nośny, bowiem w zastraszającym tempie rośnie liczba infekcji spowodowanych mikroorganizmami, których nie mamy czym leczyć.

Swój czas poświęca także na opracowanie nowych nanosystemów, które mogą być wykorzystane jako środki przeciwbakteryjne i przeciwnowotworowe. I jeszcze jedno zagadnienie, które spędza sen z powiek naukowca – poszukiwanie markerów mechanicznych w komórkach i tkance nowotworowej, która ma inną twardość niż tkanka zdrowa. – Zmiany mechaniczne zachodzą już we wczesnym stadium choroby i jeśli wyprzedzają te o charakterze histologicznym, to daje to wielką szansę na poprawę diagnozowania chorób nowotworowych – wyjaśnia naukowiec.

Choroby książek nie czytają

Profesor Bucki ma świadomość, że praca badawcza wymaga cierpliwości i pokory. Mogą upłynąć długie lata nim dojdzie się do jakiegoś odkrycia, ale może zdarzyć się i tak, że droga którą podąża naukowiec poprowadzi go na manowce, że nagle pojawi się przed nim ściana, której w żaden sposób nie da się ominąć. – Gdy pracujemy naukowo musimy zdawać sobie sprawę z tego, że 90 proc. stawianych przez nas hipotez jest błędnych. Jednak są one cegiełkami, z których – gdy ustawimy je inaczej – może powstać solidny gmach – mówi z uśmiechem. Swoim studentom zarówno tym w Białymstoku, jak i w Kielcach powtarza, że ważniejszy jest tydzień w bibliotece niż pół roku w laboratorium. Ludzkość zgromadziła niesamowitą ilość wiedzy, do której trzeba dotrzeć, by nie wyważać otwartych drzwi i wobec której trzeba mieć pokorę. Ale swoim studentom mówi też, by nauczyli się myśleć w sposób nieszablonowy i byli przygotowani na trudne pytania. – Choroby książek nie czytają – przekonuje – W medycynie nie ma nic oczywistego i szablonowego.

Człowiek, który zawsze wraca do domu

Rozpięty między Filadelfią, Białymstokiem a Kielcami, próbuje żonglować czasem, nie zauważać zmian stref czasowych, nie męczyć się nieustannym pakowaniem walizek i pamiętaniem o paszporcie. Ostatecznie zawsze przecież wraca do domu – do podkieleckich Kostomłotów Drugich, gdzie mieszkają jego rodzice – Józefa i Ireneusz Buccy. Oni – bardzo dumni ze swojego syna, który profesurę otrzymał jako zaledwie czterdziestolatek, on – nieustannie wdzięczny im za wielki bagaż miłości i odwagi, w który go wyposażyli. – Właśnie to kształtowało moją wrażliwość, moje postrzeganie świata i przeświadczenie, że dla drugiego człowieka można wszystko poświęcić – mówi.

Gdy rozmawiamy w gmachu przy ul. Niskiej zima jak oszalała torpeduje miasto ciężkim, mokrym śniegiem. Profesor Bucki właśnie szykuje się do wylotu do Pensylwanii. Do Polski wróci za kilka tygodni. Wciąż będzie zima.

– Odpocznie pan choć chwilę? – dopytuję.

– A co to jest odpoczynek? – uśmiecha się przewrotnie, by po chwili dodać, że z tym czasem wolnym nie jest aż tak tragicznie. W ubiegłe wakacje udało mu się wyrwać z kalendarza kilka dni, by odwiedzić założone przez Majów miasto Chichén Itzá w Meksyku. To jeden z nowych siedmiu cudów świata. Naukowiec założył sobie, że w kolejnych latach obejrzy pozostałe sześć. Czy się uda? Kto wie, choć w jego głowie wciąż rodzą się nowe pytania. Szukanie na nie odpowiedzi może okazać się bardziej frapujące niż zwiedzanie Wielkiego Muru Chińskiego. Dziesiątki laboratoriów na całym świecie gorączkowo próbują wynaleźć antybiotyk, na który bakterie nie wytworzą odporności. W tym wyścigu uczestniczy także prof. Robert Bucki, który otrzymał grant z Narodowego Centrum Nauki na badania nad analogami peptydów przeciwbakteryjnych i ich działaniem przeciwbakteryjnym. Sprinter już stanął w bloku startowym, już odrzucił ręce do tyłu i ruszył swoim torem. Wielki Chiński Mur ma więc nie lada konkurencję.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close