Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Kilkakrotnie rezygnował z muzyki. Za każdym razem ostatecznie. Ale, gdy to muzyka chciała zrezygnować z niego, zawziął się i pokazał, że grać można nawet z nie w pełni sprawną ręką. Dziś pianista Maksym Rzemiński wraca na kielecką scenę ze swoją najnowszą płytą.

Już jako 5-latek podkradał Pan gitarę ojcu i próbował własnych kompozycji. A gdy ten dostrzegł Pana talent i zaczął nakłaniać do gry, Pan się wycofał, obraził…

Nie kochałem muzyki, to prawda. Nie lubiłem ćwiczyć, czułem się do tego zmuszany. Zdecydowanie bliżej było mi do sportu, do gier zespołowych. Pamiętam, jak ojciec przychodził na boisko i na siłę odciągał mnie od zabawy. Nie potrafił mnie zachęcić w inny sposób, a i ja mocno się przeciwstawiałem.

I co się w końcu zmieniło?

Mając 17 lat zdałem sobie wreszcie sprawę, że muzyka może być czymś więcej. Jako nastolatek byłem niski i przez to nie miałem powodzenia u dziewczyn. Gdy wszyscy w klasie mieli swoją sympatię, ja byłem traktowany jak wyrzutek, jakby mnie nie akceptowano. Ale zamiast wzrostu miałem muzykę. Wreszcie dostrzegłem, że to pozwala mi porozumieć się z innymi, z płcią przeciwną także.

Czyli jednak Pański ojciec wiedział, co robi…

Chciał dla mnie jak najlepiej, a ja nie każde jego działanie odbierałem źle. Choć dawałem mu się we znaki, to go kochałem i wciąż kocham. Zdarzały się piękne chwile. Gdy miałem 10 lat pojechałem na konkurs do Konina. Po powrocie – chyba z tej mojej niechęci do grania – powiedziałem mu, że przegrałem. Jego miny nie zapomnę. Był zażenowany, że odpadłem w pierwszym etapie. Dopiero po dłuższej chwili to przetrawił i powiedział, że niezależnie od wyniku w piwnicy czeka na mnie nagroda… To była używana motorynka. Istny szał! Wróciłem z przejażdżki i pokazałem ojcu dyplom, bo tak naprawdę ten konkurs wygrałem. Rozpłakał się…

To było okrutne.

Zawsze byłem niepokorny. Ojciec też był zły, że tak się jego kosztem zabawiłem…

Jako 10-latek wystąpił Pan z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Świętokrzyskiej, grając koncert fortepianowy Mozarta. Co czuje dziecko, które staje na scenie obok doświadczonych muzyków i gra dla wymagającej, bo interesującej się muzyką poważną, publiczności?

Czułem coś w rodzaju niebytu. Nie do końca zdawałem sobie sprawę, z tego, co się wokół mnie dzieje, w końcu cały czas ktoś mną kierował. Odkąd pamiętam, tuż po skończonym koncercie uciekałem ze sceny. Nie dlatego, że nie potrafiłem się zachować przed publicznością, ale dlatego, że się krępowałem, nie umiałem i do dziś nie potrafię tak siedzieć przy fortepianie i napawać się tym, że inni mnie słuchają i może podziwiają. Miałem kolegów, którzy przed koncertem wycierali chusteczkami klawisze i wyczyniali różne dziwne akrobacje z rękoma… Dla mnie to była niepotrzebna celebracja. Zresztą nawet nikomu nie patrzyłem w oczy, byłem zakompleksiony. Dziś wiem, że to skromność jest wyznacznikiem zawodowego czy artystycznego spełnienia. Im kogoś bardziej widać, tym może być mniej wart. Bo często liczy się udział w rautach, pozowanie na ściankach, ustawki z tabloidami. Świat celebrytów wypiera sztukę. Zresztą, o czym my mówimy? Takie gwiazdy disco czy rock polo na przykład… Wystarczy jeden przebój i na ich koncerty zaczynają przychodzić tłumy. To tysiące sprzedanych biletów, niebotyczne zarobki, a filharmonicy zarabiają 1,5 tys. zł miesięcznie!

Sławomir trafił w masowy gust.

Zgadza się i zrobił to świadomie. Publiczność potrzebuje rozrywki, nie chce analizować. Za tę rozrywkę odpłaca chwilowym uwielbieniem.

Ale to Pan jako 13-latek zajął trzecie miejsce w konkursie chopinowskim w Niemczech.

Byłem najmłodszy w swojej kategorii, bo startowałem ze starszymi od siebie. Między 11- a 13-letnim pianistą nie ma dużej różnicy, między 13- a 18-letnim już jest. Drugi stopień szkoły muzycznej to moment największego rozwoju, więc to trzecie miejsce to naprawdę było osiągnięcie.

Ma Pan 13-letnią córkę. Jak wyglądają Wasze relacje?

Zupełnie inaczej niż moje z ojcem. Daję jej wolność i delikatnie zaszczepiam miłość do muzyki. Córka uczy się śpiewać, pięknie też rysuje. Próbowałem także uczyć ją gry na fortepianie. Przychodziły do nas nawet cztery profesorki. Córka chciała jednak ćwiczyć ze mną, a ja nie mam cierpliwości. Odpuściłem więc, może za szybko…?

Na boisku, w reprezentacji Artystów Polskich, tak łatwo już Pan nie odpuszcza.

Nigdy! W sporcie potrafię zjednoczyć ludzi i zawsze wybieram… najgorszy skład. Moi koledzy często mówią mi: „Bez Ciebie nie ma gry”. Zagrzewam do walki, nakręcam i to we wszystkich 15 zespołowych sportach, które uprawiam.

Ale w muzyce przegrywać Pan nie umie.

To prawda. To było po konkursie chopinowskim. Pojechałem do Piotrkowa Trybunalskiego na kolejny konkurs, choć ojciec odradzał, mówił że to już nie dla mnie, że stać mnie na więcej. To fakt, tam byłem pewniakiem. Grałem jako drugi i wyłożyłem się na prostym utworze Paderewskiego. Dwa razy komisja konkursowa pozwalała mi powtórzyć próbę, a ja za każdym razem w pewnym momencie zapominałem co mam grać. Odpadłem. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Być może miało to związek z dziewczyną, też pianistką, z którą przegadałem cała noc przed występem? Wtedy jednak wmówiłem sobie, że jestem beznadziejny i przestałem grać.

Nie był Pan na to przygotowany. Dotychczas wszystko przychodziło Panu łatwo.

Zbyt łatwo. Nawet na Akademię Muzyczną nie chciałem iść. Ojciec przez dwa lata mnie przekonywał, straszył wojskiem. Zresztą i tak niewiele brakowało, bym ostatecznie do tego wojska trafił. Oblałem maturę z historii, a papiery na studia musiałem złożyć przed terminem, na który była wyznaczona poprawka. Na komisji wojskowej liczyłem na cud. I pojawił się w postaci pułkownika Kwiatkowskiego. To nie żart, naprawdę tak się ten mężczyzna nazywał. Wypytywał mnie o grę, okazało się nawet, że moja pani profesor to jego dobra znajoma. Na koniec wbił mi kategorię B-12, czyli odroczenie od wojska na rok. Miałem szczęście. Rok później zdałem na akademię. Dostałem się z pierwszego miejsca i wróciłem do muzyki. Niestety tylko na semestr.

Co tym razem stanęło Panu na drodze?

Początkowe miesiące były wspaniałe. Pierwszy egzamin zdałem z najwyższą notą. I wtedy dowiedziałem się od kolegi, że jest koncert, na którym występują najzdolniejsi studenci, także z mojego roku. Nie rozumiałem dlaczego nie ma mnie wśród nich. Zapytałem o to mojego profesora. Usłyszałem, że to przez moje podejście, mój luz. Powiedział, że nie jestem lubiany. Wtedy znów przestałem grać i z roku na rok miałem coraz gorsze oceny. Gdyby nie żona, nie skończyłbym tych studiów.

Znów zbyt łatwo się Pan poddał…

Zacząłem grać w hotelu. I to tu wypatrzyli mnie właściciele jednej z firm fonograficznych i zaproponowali nagranie płyty. Solowy projekt „Inception” to moje aranżacje dobrze znanych utworów muzyki filmowej. Płycie patronował RMF Classic. Krążek dobrze się sprzedawał. Nie mam jednak menedżera, unikam kamery, telewizji. I znów był przestój. W tym czasie przyjechałem do Kielc na rodzinną uroczystość i poznałem Jacka Wiatrowskiego (kieleckiego społecznika działającego w kulturze i sporcie – dop. red.). To on pomógł mi zorganizować koncerty. W WDK była pełna sala, podobnie w filharmonii i w Busku Zdroju. Znów uwierzyłem w ludzi.

Dziś wraca Pan do Kielc z drugą płytą „Maximus”.

Ten projekt jest mi szczególnie bliski. Występuję z Radomską Orkiestrą Kameralną pod batutą wspaniałego dyrygenta Dawida Runtza. Materiał na płytę nagraliśmy w trzy dni. Nie chcę już grać sam. Wolę występy z orkiestrą, w filharmonii. Tam nie ma przypadkowej publiczności, jak zdarza się w hotelu, gdzie muzyka jest jedynie artystycznym dodatkiem do… drinka. Tu liczy się tylko muzyka.

Ale znowu gra Pan muzykę filmową. Czy to ukłon w stronę odbiorców?

Tak, choć to nie jedyny powód. Kontuzja ręki sprawiła, że przed długi czas nie byłem w stanie zagrać klasyki. Mam blachy w dłoni, które trzeba operacyjnie wyciągnąć. A tego się boję. W ogóle nie lubię szpitali.

Ta ręka prawie wykluczyła Pana z gry. Niesprawne palce to dla pianisty wyrok.

Niewiele brakowało, rokowania nie były dobre. A i kontuzji nabawiłem się w tak absurdalny sposób… W czasie meczu piłki nożnej kolega nie wykorzystał okazji, zresztą wiele różnych emocji tego dnia się nagromadziło. Chcąc odreagować, uderzyłem w dębową trybunę. Nawet nie poczułem bólu, tylko jakby prąd mnie przeszedł. Dwa tygodnie chodziłem ze spuchniętą ręką, a gdy ból stał się nie do zniesienia, trafiłem do szpitala. Po operacji nie mogłem ruszać trzema palcami. I wtedy naprawdę zaczęło mi zależeć. Bo co innego nie grać z wyboru, a co innego, gdy nie można tego robić. Początkowo myślałem nawet, że spróbuję tylko z lewą ręką. Znalazłem nawet koncert Ravela, ale to był jedyny utwór na lewą rękę, a aż tak Ravela nie kocham… Znów odpuściłem. Po dwóch latach ręka zaczęła wracać do sprawności, a ja wróciłem do gry w hotelu. Godziny spędzone przy fortepianie były lepsze niż rehabilitacja.

Piłka nożna to Pana pasja.

Ale to fortepian jest najważniejszy. Zawsze był, tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy. A piłka… Była Korona Kielce, a dziś jest reprezentacja Artystów Polskich. Zbiór prawdziwych indywidualistów. I czasem także powód frustracji, gdy siedzę na ławce, bo do pierwszego składu wybierają bardziej rozpoznawalnych. Rozumiem to oczywiście, takie są zasady. Gdyby miało występować 11 takich Rzemińskich, nikt nie przyszedłby na stadion. A, gdy ludzie zobaczą nazwisko: Mroczek czy Królikowski, to kupią bilet. A przecież o to w tym wszystkim chodzi. Nie o wygrywanie, a pomaganie, zbieranie pieniędzy dla potrzebujących dzieci. Jesteśmy drużyną, szanujemy się. Wspieranie innych jest mi bliskie. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak wiele koncertów gram charytatywnie.

Muzyka i piłka nożna, to przecież dwa zupełnie różne światy, odmienne emocje. Delikatność, piękno, wzruszenie… I walka, agresja, mocny doping…

Każdy nosi jakąś maskę. A ja chyba mam dwie, albo jedną, ale za to dwustronną. Muzyka i piłka zawsze były mi bliskie. Dla mnie to nie są różne światy, ale dwie doskonale uzupełniające się pasje.

Koncert, który wciąż jest przed Panem?

To na pewno Rachmaninow. W Krakowie.

W Krakowie? Nie w Berlinie czy Londynie?

Kraków jest hermetyczny, rzadko dopuszcza ludzi z zewnątrz. To miasto nie było mi przychylne. W czasie studiów miałem najwyższe oceny z fortepianu, kameralistyki. Gdy organizowano wymianę studentów także moje nazwisko od razu pojawiało się na liście. I przez pięć lat ani razu nie pozwolono mi publicznie wystąpić. Wybieram Kraków, by temu miastu i tym ludziom coś udowodnić. To duże wyzwanie, ale chyba zasłużyłem, by mu podołać. Chciałbym, by przyszedł choć jeden profesor i docenił to, co teraz robię.

Koncertuje Pan w całej Polsce, ale wciąż przede wszystkim można Pana spotkać w hotelu.

To moja ostoja, mój azyl. Kocham to miejsce. Od 25 lat buduję publiczność i choć to często przypadkowi ludzie, to chyba mi się udaje. To oni później przyjeżdżają na moje koncerty.

Pański ojciec też?

Byłem u niego ostatnio z płytą. Siedzieliśmy w samochodzie i słuchaliśmy jeszcze wersji demo. Był zadowolony. Powiedział mi też, że widocznie tak miało być, że sam musiałem do wszystkiego dojść.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Monika Rosmanowska, Zdjęcia Mateusz Wolski

***

Uwaga! Koncert

Maksym Rzemiński wraz z Radomską Orkiestrą Kameralną pod batutą Dawida Runtza wystąpi w Filharmonii Świętokrzyskiej 14 października o godz. 19. Bilety w cenie 50 zł można kupić w kasie filharmonii.

Maksym Rzemiński, kielczanin, absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie fortepianu doc. Marka Koziaka oraz kursu mistrzowskiego u prof. Barbary Hesse-Bukowskiej na Litwie. Wielokrotny stypendysta Fundacji Sapere Aude dla wybitnie zdolnych. Laureat Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w Getyndze w Niemczech. Wyróżniony przez ministra kultury odznaczeniem Zasłużony dla Kultury Polskiej.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close