Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


W Marzyszu tak cicho. Polną drogę wijącą się wśród lasu i nielicznych domów pokryła gęsta mgła. To jest dobry moment, by siąść przy fortepianie i zaśpiewać. Pora zmyć już z twarzy makijaże, kostium klauna rzucić gdzieś do kąta wokalizuje Bronek Opałko.

Artystę odwiedzamy w jego domu w podkieleckiej wsi. To tu przed laty przeprowadził się z Kielc. Bronek Opałko – znakomity kompozytor i wokalista, jazzman i kabareciarz, szerokiej publiczności znany jako Genowefa Pigwa. W Marzyszu znalazł swoje miejsce na ziemi, tu dorastała jego jedynaczka Agatka, która dziś studiuje scenografię na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W swoim domu stworzył studio nagrań, w którym pracuje nad kolejnymi muzycznymi projektami. Ale to nie tu, lecz w salonie, gdzie na honorowym miejscu stoi czarny, lśniący fortepian Steinwaya, zdaje się bić serce tego domu.

– Mój nieżyjący już brat podarował mi kawałek działki, postanowiłem więc zbudować na niej dom. Lubię to miejsce – mówi z uśmiechem Bronek Opałko. – Gdy jeździłem po Polsce i świecie z koncertami, to zawsze uspokajała mnie myśl, że mam tę swoją zarośniętą drzewami enklawę, gdzie nikt nie wali w ścianę, gdy głośniej gram na fortepianie.

Pigwa w futrze i kapeluszu?

– Nie martw się. Napiszę to, choćbym miał siedzieć do ósmej rano – Bronek Opałko obiecuje Sebastianowi Przybyłowiczowi, z którym wspólnie tworzą audycję „Radio Pigwa”. W telefonie zalega cisza. Sebek – bo tak o swoim artystycznym partnerze mówi Bronek – wydaje się być uspokojony.

– Trzeba jeszcze wymienić Jerzego Szczepanka, który od początku realizuje ten program – dodaje muzyk. Tłumaczy, że „Radio Pigwa” z przymrużeniem oka i dystansem komentuje codzienne wydarzenia, z typową dla babki z Napierstkowa dobroduszną kpiną i ironią. Bo Genowefa Pigwa, choć zawsze była uszczypliwa, to przecież ostatecznie z wielką wyrozumiałością odnosiła się do naszych przywar. Ot, taki typ kobiety: co w życiu już tyle widziała, że niewiele jest ją w stanie zaskoczyć czy wytrącić z równowagi. I choć czasem Bronek Opałko szczerze ma dość pyskatej babki, to doskonale wie, że nijak nie uda mu się od niej uwolnić. Zestarzeli się razem, byli ze sobą na dobre i na złe. W tym związku o rozwodzie czy choćby separacji nie może być mowy. Genowefa już tak weszła mu w krew, że uwolnić się od niej nie sposób. A może artysta wcale tego nie chce? Wie, że babka z Napierstkowa przesłoniła jego prawdziwe oblicze – subtelnego, lirycznego twórcy, który przy fortepianie potrafi wyczarować najcudowniejsze światy – ale ma do niej wielki sentyment. Bo Genowefa wciąż jest sobą: nie marudzi, zbytnio nie narzeka, jest bystra, czasem kąśliwa, czasem zabawna. I wciąż trzyma formę.

Urodziła się w 1975 roku w Rzeszowie. Bronek występował wówczas jako akompaniator podczas Kabaretiady. – W zanadrzu miałem parodię babki, którą pamiętałem z dzieciństwa. Przynosiła do domu masło czy wiejskie jaja i zawsze swoje trzy grosze dorzuciła – wspomina. Wcieliłem się w tę babkę i sam rozmawiałem z nią jako dziennikarz. W jury zasiadały wówczas m.in. Agnieszka Osiecka i Maria Czubaszek. Ku mojemu zaskoczeniu wygrałem konkurs na indywidualność kabaretową –  opowiada.

Od tego czasu wraz z Genowefą Pigwą zjeździł cały świat – występował w małych, polskich miasteczkach i w odległej Australii, na wiejskich festynach i w kultowych, telewizyjnych „Spotkaniach z balladą”. Gospodyni z Napierstkowa brylowała w telewizji, m.in. w „Teleexpresie” i satyrycznym programie „Express Dimanche”. Show Genowefy Pigwy wszędzie święcił tryumfy, nic więc dziwnego, że z Bronkiem Opałką chętnie występowali znani artyści. Tym początkującym współpraca z Pigwą pomagała rozwinąć skrzydła i zarobić na chleb. W pamięci widzów utrwaliło się nierozłączne trio: Opałko, jego żona Irena i znakomity flecista oraz saksofonista Jan Kozłowski.

Na temat Genowefy Bronek ma mieszane uczucia. – Czasami ją lubię, ale pod warunkiem, że nie jest namolna – uśmiecha się. A taka jest, gdy ludzie dzwonią i dopominają się o jej występy. I nie chcą niczego więcej. – Wyobrażam sobie, że Pigwa zrzuci kiedyś świętokrzyską zapaskę, zdejmie z głowy chustkę, a potem przebierze się w futro i kapelusz – żartuje Bronek Opałko.

Ciemna strona sławy

Do Marzysza zabrała nas Bożena Barchan – kuzynka artysty, wokalistka, zwyciężczyni „Szansy na sukces”. Pod koniec lat 80. razem występowali w kieleckim Kabarecie Dziennikarza. Bez niej pewnie długo kluczylibyśmy po krętych drogach wsi, zanim trafilibyśmy do położonego z dala od zabudowań, domu artysty. Cicho tu i spokojnie. Szybko zapada zmierzch, pobliski las tworzy ciemną, nieprzyjazną ścianę. Za dnia pewnie wszystko wygląda inaczej. Nie bez powodu przecież Bronek Opałko zakochał się w tym miejscu. Dziś mieszka tu sam – jeszcze do niedawna towarzyszył mu wierny pies, ale zwierzak zdechł. Muzyk myśli o przygarnięciu kolejnego czworonoga, ale póki sam nie wydobrzeje po skomplikowanym złamaniu kości szyjki miednicy, nie chce brać na siebie nowych obowiązków. Tymczasem dobrzy ludzie pomagają mu w codziennym życiu. Ktoś podrzuci obiad, ktoś zrobi zakupy. Bożena Barchan krząta się po kuchni. – Może zrobisz gościom kanapki – proponuje Bronek. Bożena zamiast tego stawia na stole pysznie wyglądający sernik i filiżanki z herbatą.

– Bronek jest taki gościnny – mówi ściszonym głosem. – Przez ten dom przewinęło się tyle osób… Jak były imieniny, to drzwi się nie zamykały, setka ludzi przyjeżdżała złożyć mu życzenia i każdego chciał jak najlepiej ugościć. Było wesoło, gwarno. Teraz zrobiło się cicho.

Ostatnie lata to dla artysty bardzo trudny czas – wyjazd córki i żony do Warszawy, śmierć brata i mamy, kłopoty ze zdrowiem, oskarżenia o uprawę konopi indyjskich i produkcję marihuany. Dla jednego człowieka to aż nadto…

– Z czterech doniczek trzymanych w garażu rozpętała się afera na całą Polskę. Z igły zrobiono widły – mówi z goryczą Opałko. Nie chce się usprawiedliwiać, ale ma wrażenie, że ktoś rozdmuchał całą sprawę. Do jego domu wpadła brygada antyterrorystów, policjanci biegali po sąsiadach i wypytywali o niego. Chciał dobrowolnie poddać się karze, ale prokuratura się nie zgodziła. Po procesie zapadł wyrok – rok i trzy miesiące w zawieszeniu na trzy lata.

– Czuję się sponiewierany, bardzo to przeżyłem – mówi. Marihuana miała pomóc mu w wyjściu z nałogu alkoholowego, z którym zmagał się od lat, a wpędziła w kolejne tarapaty. Bez wątpienia przy tej historii przyszło mu zmierzyć się z ciemną stroną sławy. W tamtym czasie dzień w dzień pod jego domem stały ekipy telewizyjne, czyhające, żeby tylko wychylił się przez okno. Nie pozostało mu nic innego, jak spróbować podejść do tego z przymrużeniem oka, choć nigdy nie zdobył się na artystyczny komentarz. Zamiast niego zrobił to Leszek Kumański podczas niedawnego benefisu artysty. Pozostała jednak gorycz, bo wiele osób, które kiedyś grzały się w blasku jego sławy, odsunęło się od niego. Ale jest też satysfakcja, bo grono sprawdzonych przyjaciół, którzy są z nim na dobre i na złe, nadal pozostało bardzo liczne. Wydarzenia ostatnich lat sprawiły, że Bronek Opałko rzadziej się uśmiecha, zrobił się bardziej nostalgiczny, zadumany, wyciszony. Tak, jak jego dom w Marzyszu.

Zmyć makijaż, zdjąć kostium

W końcu doczekaliśmy się. Bronek Opałko odsuwa laptopa, wstaje z kanapy i komputerową klawiaturę zastępuje klawiszami fortepianu. Masywna sylwetka czarnego steinwaya odbija się w zajmujących całą ścianę szybach.

Pora zmyć już z twarzy makijaże,

Kostium klauna zrzucić gdzieś do kąta

Już przymyka świetliste powieki

Dzień złocisty, jak trąbka Armstronga – intonuje muzyk.

I to jest ta cudowna, niewytłumaczalna chwila, kiedy kilkudziesięciometrowy salon zamienia się w salę koncertową. Jest artysta. Jest publiczność. Słuchamy jak zaczarowani. Czujemy się wyróżnieni, że to właśnie nam przyszedł w udziale ten intymny moment.

Bronek Opałko komponuje do tekstów różnych autorów – Andrzeja Błaszczyka, Adama Ochwanowskiego, Marka Tercza, Leszka Kumańskiego. Bywa, że sięga po klasyków – Wisławę Szymborską  czy Rainera Marię Rilkego. Stworzył blisko 200 utworów, po mistrzowsku rozpisanych na fortepian i głos. Szkoda, że wciąż tak niewiele osób poznało tę drugą twarz artysty – subtelnego pianisty, który tak pięknie potrafi przenieść słuchacza w krainę łagodności. Dwa lata temu – z okazji jubileuszu 40-lecia pracy – nagrał płytę „Jeszcze mi się śni”, na której znalazło się czternaście utworów wybranych z jego bogatej twórczości. Jak mówi – chciał utrwalić na krążku te piosenki, które stanowią ważny punkt odniesienia, są jakby komentarzem do jego życia i twórczości.

Raz, choć jeden raz sięgnąć gwiazd/Poszybować, pofrunąć, po ten blask, złote runo/Na chwilę odbić się od dna – śpiewa Opałko w jednym z najbardziej znanych utworów do słów Andrzeja Błaszczyka. W kolejnej zwrotce prosi, by choć na chwilę mógł oszukać czas i by dane mu było iść przez puste ulice, po wieczorne księżyce, z połatanym latawcem pod wiatr. Bronek Opałko wciąż oszukuje czas, szczególnie w ostatnich latach udało mu się wielokrotnie przechytrzyć tego bezwzględnego spryciarza. Najprostszy rachunek jest taki – 65 lat życia, ponad 40 lat na scenie… Szmat czasu. Jak jedna piosenka przeleciały lata studiów w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach, występy w kabaretach: Pod Postacią, Zespół Adwokacki Dyskrecja, Orkiestra do Użytku Wewnętrznego i wreszcie Pigwa Show, trasy koncertowe po Polsce i do najdalszych zakątków świata, programy telewizyjne.

– Zdarzało się, że przez wiele tygodni nie było mnie w domu, czasami graliśmy po kilka koncertów dziennie – od ósmej rano do wieczora. Trudno było wytrzymać to szaleńcze tempo – wspomina. Wszyscy chcieli Genowefy Pigwy, więc nakładał kostium, modulował głos i bawił publiczność. Krytykował, wyśmiewał absurdy, ale cenzura była dla niego łaskawa, bo jak to podsumował na benefisie Bronka Opałki Tadeusz Drozda: – Za babę się przebrał i mógł gadać, co chciał.

Artysta nie ukrywa, że chętnie zdejmuje strój Genowefy Pigwy i zakłada marynarkę. W zaciszu swojego domu myśli o tym, co za nim, a co wciąż przed nim. Czasami schodzi do piwnicy do studia, czasami siada przy fortepianie, najczęściej jednak można go zastać pochylonego nad laptopem.

Co mu się w życiu udało? – Dziecko to mi się udało – mówi po chwili zastanowienia i widać od razu, jak jego oczy nabierają blasku. – Niepokorna dziewczyna z tej mojej Agaty, chodzi swoimi ścieżkami. Dusza artystyczna.

Nie żałuje też swoich twórczych wyborów – miał wierną publiczność, nigdy nie pisał do szuflady, kabaret stał się dla niego najlepszą formą wyrazu. Szalenie pasuje mu ten klimat „pół żartem, pół serio”.

A co przed nim? Któż to wie. Każdy dzień przynosi coś innego, każdy jest filmem, który przeżywa, mając świadomość, że tego odcinka już nigdy nikt nie powtórzy.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Mateusz Wolski

 

***

Jak to dobrze, że są oceany

Takie ciepłe i takie ogromne

Bez nich przecież nigdy bym nie dotarł

Na Zielonej Nadziei Przylądek.

słowa: Andrzej Błaszczyk

 

***

To kabaret, choć nie zawsze chce się śmiać

Miej ten dystans, by na luzie siebie grać.

To kabaret, ty aktorem jesteś też

I może częściej nam do płaczu,

Lecz kabaret jest.

słowa: Wojciech Dróżdż

 

***

Co zrobisz, gdy ja umrę Panie?

Jam dzban Twój, kiedy zbije się w kawały,

Jam napój Twój, kiedy się kwaśnym stanie,

Jam Twe rzemiosło, Twe ubranie.

Beze mnie stracisz sens Twój cały.

słowa: Rainer Maria Rilke

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close