Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Proszę bardzo, jest indyk. Po bretońsku, po cygańsku, po portugalsku. Indyk à la flaczki, indyk à la łosoś, indyk à la szynka… – proponował kelner warszawskiej Kongresowej docentowi Furmanowi. Zdarzyło się to, co prawda, w serialu „Alternatywy 4” Stanisława Barei, ale jednak co stolica, to stolica. Nawet indyka podawano tam na wszelakie możliwe sposoby. Zresztą filmowy docent Furman (jak pamiętamy, w tej roli niezapomniany Wojciech Pokora) i tak zapłacił niebotyczny rachunek za ileś tam porcji indyka w maladze.

Gastronomia PRL-u miała swój charakterystyczny klimat oraz niepowtarzalny smak. Powszechnie przyjęło się, że knajpy tamtych lat były nieciekawe i raczej z marnym jedzeniem. To nie do końca prawda, bo w większości miast, także w Kielcach, znajdowały się restauracje, które do dziś wspomina się z nostalgią. Lokale dzielono ogólnie na te bardziej i mniej wykwintne: od kategorii S po kategorie pierwszą i drugą. Były też lokale kategorii trzeciej. Tam wchodziło się na własną odpowiedzialność, bo najczęściej były to zwyczajne – jak się wówczas mówiło – „mordownie”. Popularne było hasło: „klient nasz pan”, ale tak naprawdę w lokalach pierwsze skrzypce grali kierownicy sal, kelnerzy, bufetowe czy nawet szatniarze. Podobnie jak w filmowej Kongresowej, w kieleckich restauracjach można było skosztować potraw z indyka. Kielczanie mieli swoje ulubione miejsca, gdzie, oprócz napitków, królowały świetne dania, o atrakcjach typu dansing nie wspominając. Zapraszam na krótki spacer po wybranych dawnych lokalach stolicy naszego regionu.

Krawat i marynarka, czyli knajpy wykwintne

Bywalcy ówczesnych lokali wymieniają bez większego zastanowienia restauracje: Jodłową przy ul. Paderewskiego (dla ułatwienia używam współczesnych nazw ulic), Winnicę przy ul. Winnickiej i Świętokrzyską przy ul. Sienkiewicza oraz kawiarnię Biruta przy ul. Chęcińskiej. Poza eleganckim wystrojem wnętrz, uprzejmą obsługą i dobrą kuchnią, warto było się tam wybrać także z powodu modnych wtedy dansingów oraz pokazów striptizu (ten gwóźdź programu dostępny był w Birucie oraz Świętokrzyskiej). Dziwić może zaliczenie Świętokrzyskiej do grona knajp ekskluzywnych, gdyż duża część kielczan kojarzy ją raczej z potoczną nazwą „świńtuch”, nadaną w latach 80. Powodów łatwo się domyślić: nieciekawy lokal o dyskusyjnej czystości, z niezbyt elegancką klientelą. Świętokrzyska na początku była jednak restauracją wysokiej kategorii, dość drogą, ze wspomnianymi już atrakcjami, gdzie jako zakąskę pod pięćdziesiątkę podawano wędzonego węgorza. Dopiero później poziom nieco się obniżył.

W eleganckim wnętrzu Biruty organizowano słynne dansingi (fot. J. Buczkowski, ze zbiorów Muzeum Historii Kielc)

Te naprawdę wykwintne lokale miały to do siebie, że bez odpowiednio eleganckiego stroju raczej tam się nie wchodziło. Znajdowano jednak na to sposób, bowiem w sytuacjach nagłych za odpowiednią opłatą wypożyczano dyżurną marynarkę. Jak twierdzi jeden z dawnych bywalców, wszystkie te miejsca tworzyły zamiłowanie do turystyki. Aby napić się piwa, należało zacząć w Jodłowej, potem poprzez cały ciąg knajp po drodze dojść do Świętokrzyskiej. A nieraz była to turystyka zagraniczna, bo na końcu lądowało się w Winnicy.

Wśród kieleckich kawiarni, gdzie przyjemnie spędzano czas przy małej czarnej i ciastku firmowym, popularne były Samantha przy ul. Zagórskiej oraz Sołtyki przy Rynku. Odpowiedni poziom reprezentowały także lokale w znanych hotelach: Bristolu oraz Centralnym. Lokale zaliczane były do grona wykwintnych także z powodu wystroju wnętrz, który często  projektowali znani artyści tej klasy co Andrzej Grabiwoda czy Adam Wolski. Wiele z nich zostało bezpowrotnie zmienionych. Przykro dziś patrzeć na zdewastowany gmach mieszczący niegdyś kawiarnię Biruta, obecnie zajęty przez sklep. Nostalgię budzą wspomnienia eleganckich neonów na budynku Samanthy, które widoczne były już z okolic Winnicy i wyznaczały azymut zbłąkanym mieszkańcom KSM-u.

Hotel „Centralny” ze znaną restauracją (pocztówka KAW, fot. M. Raczkowski).

Bez krawata, czyli stolik dla wszystkich

Każda z kieleckich knajp i knajpek miała swoją niezapomnianą atmosferę. Z estymą wspominana jest Kolorowa przy ul. Sienkiewicza. Na długo przed wojną oraz przez pewien czas po wojnie mieścił się tam popularny Smoluch, czyli kawiarnia Smoleńskiego. Gdy na początku lat 60. znalazła tam swą siedzibę Kolorowa, dawny elegancki lokal uległ przeobrażeniu: zniknęły marmurowe blaty, a pojawiły się toporne krzesła. Atrakcją dla wielu kielczan był, znajdujący się w wydzielonej części kawiarni, Klub Dziennikarza. Za to w samej Kolorowej, oprócz uciech gastronomicznych, można było załatwić – jak chodziły słuchy – także pewne uciechy cielesne. Często zaglądano również do pobliskiej podziemnej Dziurki po drugiej stronie Sienkiewki.

Bardzo chętnie odwiedzany lokal mieścił się przy Rynku. Ogółowi kieleckiej społeczności znany był jako knajpa U Malarskiego. Był to, co prawda, lokal bezalkoholowy, ale miejską legendą pozostaje, w jaki sposób goście wchodzili tam o własnych siłach, a wychodzili już tylko z pomocą kolegów…

Wielu klientów miała pobliska restauracja Łysogórska oraz Łysica przy ul. Bodzentyńskiej. Dobrą morską lub słodkowodną rybę można było zjeść w Rybnej przy Placu Wolności. Obok znajdował się Czardasz serwujący dania kuchni węgierskiej, z niezapomnianym plackiem po węgiersku na czele. Przy Krakowskiej Rogatce stałych zwolenników „sety i galarety” miał Bar Krakowski. Z kolei dobre pierogi oraz pyzy (choć te ostatnie ponoć lepsze podawano w lokalu nad Silnicą) można było zjeść w barze U Kundery na rogu ul. Winnickiej i al. IX Wieków Kielc. Wiąże się z nim pewna anegdota. Urzędnicy różnego autoramentu, udając się w godzinach pracy na małe co nieco, mówili: „wychodzę do KW”, co sugerowało wizytę w mieszczącym się przy ul. Żeromskiego komitecie wojewódzkim jedynej słusznej partii. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że „KW” to po prostu „Kundera Władysław”, właściciel wspomnianego baru.

Chętnie zaglądano do restauracji w Klubie NOT (Naczelnej Organizacji Technicznej) przy ul. Sienkiewicza. Na kartach gastronomicznej historii miasta zapisał się bankiet, który odbył się tam w 1964 r. po słynnych Motocrossowych Mistrzostwach Świata zorganizowanych nad kieleckim zalewem. Niezaprzeczalną atmosferę miała, znajdująca się na Szydłówku, restauracja Robotnik (nazwa stąd, że w okolicy mieszkali pracownicy KZWM i Chemaru), przemianowana później na Osiedlową. Powodzeniem cieszyły się także mniejsze bary. Choćby Mikrus przy ul. Źródłowej lub, nadal wspominana z łezką w oku przez część mieszkańców KSM-u, pijalnia piwa przy Szczecińskiej. Niektórzy pamiętają knajpkę przy Ściegiennego, potocznie zwaną barem U Łapki. Do dziś estymą cieszy się niezapomniany bar Zagłoba, gromadzący przy Małej śmietankę artystyczną, urzędniczą, dziennikarską czy naukową miasta. W osiedlowym klubie Merkury występował zaś słynny kielecki Kabaret Yeti.

Warto przy tym zaznaczyć, że wśród kielczan popularnych było też kilka lokali położonych w pobliskich miejscowościach. Wymieńmy tu choćby restaurację Podmiejską w Nowinach, motel w Słowiku czy restaurację Pod Kogutami w Bielinach.

Wnętrze baru „Zagłoba”.

Atrakcje, czyli wchodzisz na własną odpowiedzialność

Wśród kieleckich knajp były i takie, które określano mianem „mordowni”. Niekiedy w tych samych budynkach, obok ekskluzywnych restauracji, znajdowały się takie właśnie bary dla pośledniej klienteli. Wstęp do tych pierwszych wymagał, jak wiemy, posiadania krawata i marynarki, za to do tych drugich można było przyjść w ubiorze wprost z hali fabrycznej. Tzw. mordownia Zagórska mieściła się na parterze obok obecnej Winnicy (tu małe wyjaśnienie: na początku restauracja nazywała się Źródłowa, gdy Kielce podpisały umowę o partnerskiej współpracy z Winnicą, zmieniono nazwę i menu, serwując odtąd dania kuchni ukraińskiej). Drugi tego typu bar-mordownia był przy ul. Paderewskiego i stanowił w pewnym sensie przedłużenie eleganckiej restauracji Jodłowa.

Specyficzną sławę zdobyła sobie restauracja Europa przy ul. Dużej. Niemniej jest ona często wspominana przez miłośników dawnych gastronomicznych (i nie tylko) wrażeń. Poza nazwą nic tam europejskiego nie było, a wejście do Europy było aktem odwagi, a i język musiał być jak podeszwa, jak twierdzi jeden ze znajomych bywalców. Gdy na odwagę już się zebrało, wówczas wchodziło się do ciemnych, zadymionych pomieszczeń restauracji, która tak naprawdę żyła dwa razy na dobę: rano, gdy przyjeżdżali furmani, oraz wieczorem, po spektaklu w teatrze, gdy przenosili się tam niektórzy widzowie i aktorzy. Na podwórze przed knajpą dało się podjechać pojazdem zaprzężonym w konie. Zdarzało się nie raz, nie dwa, że z powodu zainteresowań spożywczych kierowcy, taki wóz parkował tam niekiedy nawet przez dwa lub trzy dni. Ciekawostką jest, że na dole, w pomieszczeniach pod Europą, powstał w latach 60. jazz klub. Istniał, niestety, tylko jakieś pół roku.

Gastronomiczną legendą Kielc jest słynny Bar Herbski, potocznie zwany bonanzą (taki tytuł nosił popularny niegdyś westernowy serial). Przychodzili tam kolejarze, pracownicy Armatur czy KZWM-u. Stałymi klientami byli fachowcy w swych zawodach, których robota szukała i znaleźć nie mogła. – Zawiązywał się swoisty sojusz robotniczo-chłopski, zwłaszcza we wtorki i piątki. Z upływem spożytych trunków sojusz ten jednak często się rozluźniał. Wtedy wkraczała milicja i rozwiązywała barową koalicję – wspomina znawca bonanzy. O gościach tegoż lokalu napisał redaktor Zbigniew Nosal w reportażu na łamach „Przemian” w 1977 r. Weszliśmy pierwsi do knajpy zwanej przez bywalców Bonanzą: pan w skórzanej czapce, który ryż ze śmietaną uznał za śniadanie dla chorych, po czym zamówił pomidorową z makaronem, wasz wcale nie głodny reporter mający się wkrótce uraczyć wzmocnioną dla smaku i niepoznaki herbatką. Zaraz za nami zjawił się trzeci gość, poprosił w bufecie o mandarynkę, zapukał w szybę do czekających na zewnątrz kumpli. Przyszli z butelkami piwa w rękach, usiedli przy sąsiednim stoliku i za chwilę wyciągnęli skądś dyskretnie flaszkę po wodzie mineralnej z jakimś przezroczystym, bardzo chyba gryzącym płynem, bo krzywili się po nim, przepijając piwem prosto z butelek. Zaczęło się….

Kulinarne hity i gastronomiczne pomysły

Kieleckie lokale znane były oczywiście z serwowanych dań. Ich bywalcy zgadzają się raczej, że najlepsze jedzenie podawano w Jodłowej, a kotlet pana Michała w wykonaniu tamtejszej kuchni był ponoć niezrównany. Sztandarowe danie Winnicy to z kolei słynne żarkoje, czyli mięsny gulasz podawany w glinianym naczyniu przykrytym zapieczonym ciastem chlebowym. Do Czardasza chodziło się na placek po węgiersku. Potrawę tę przyrządzano także w wielu kieleckich domach. Receptura może niezbyt skomplikowana, ale, mimo wielu starań – co niejednokrotnie słyszałem i znam także z własnych doświadczeń – te domowe placki jakoś nie wychodziły tak, jak w Czardaszu. Były smaczne, ale jednak czegoś tam brakowało… Jakiegoś drobiazgu… Może klimatu restauracji przy ówczesnym placu Obrońców? W Barze Krakowskim furorę robiła galareta, czyli popularna meduza. Stąd wiadomo było, że w Kielcach na „setę i galaretę” najlepiej wybrać się właśnie tam. U Malarskiego wyjątkowo znakomite były ponoć cynaderki oraz sztuka mięsa w sosie musztardowym. Restauracyjnym hitem sprzed kilku dekad stał się śledź po japońsku. Miał zapewne tyle wspólnego z Japonią, co ryba po grecku z Grecją, ale cieszył się (i cieszy nadal) dużym powodzeniem jako świetna zakąska. Typowym dla PRL-u zwyczajem był obowiązek podania zakąski do wódki. Bez tego ani rusz. Rzecz jasna, nie wszyscy chcieli jeść na siłę kolejne porcje śledzika czy jajka na twardo. Szybko więc powstała instytucja tak zwanej zakąski przechodniej, w nienaruszonej formie sprzedawanej następnym klientom. Przepisom stawało się zadość.

Poziom restauracji, barów czy kawiarni był oceniany nie tylko przez bywalców. Czasem sprawdzali to służbowo kieleccy dziennikarze (którzy oczywiście także bywali i temat doskonale znali). Odpowiedzi na pytanie, jak przedstawiała się kielecka gastronomia w przeddzień wakacji 1965 r., szukał redaktor „Słowa Ludu”. Warto przytoczyć jego relację z wędrówki po kilku popularnych lokalach. „Źródłowa” – bufet pusty i nieczynny. Specjalnością zakładu są placki ziemniaczane, ale niestety konsument musi obejść się smakiem, bowiem ich nie otrzyma. Jak oznajmiła sama szefowa kuchni, w „Źródłowej” brak ziemniaków. Jedna kelnerka do południa to stanowczo za mało. Konsumenci muszą długo czekać na podanie potrawy. W „Rybnej” jak zwykle bufet obficie zaopatrzony, a i z kuchni można było dostać różnorakie potrawy. „Kolorowa” ma przyjemną, miłą obsługę, ale za to nie ma ciastek. W kawiarni nie ma ciastek? Komentarz chyba zbyteczny. Dla odmiany w „Bristolu” kuchnia była nieczynna. Coś tam nawaliło. Na szczęście, jak informuje kierownictwo zakładu, awaria ma być szybko usunięta. Najlepiej w naszym rajdzie wypadła „Jodłowa”, w której jadłospis obejmował wiele potraw i – co najważniejsze – wszystkie można było otrzymać. Jak wiadomo, „Jodłowa” cieszy się dużym powodzeniem także gości zagranicznych. W „Świętokrzyskiej” jadłospis urozmaicony, ale pieprzu na przykład nie można otrzymać, bo… receptura nie przewiduje. Konsument zwrócił się do kelnera o podanie mu pieprzu. Kelner grzecznie oznajmił, że tego rarytasu w „Świętokrzyskiej” nie ma. Kiedy gość dowiedział się w kuchni, że pieprz jest, ponownie prosił kelnera o podanie. Niestety, nie otrzymał, bowiem w recepturze pieprz jako dodatek nie figuruje”. Dziennikarz-konsument tu pochwalił, tam zganił. Na koniec podkreślił jednak, że ogólnie w lokalach się poprawiło: napoje np. można otrzymać z lodu, w umywalniach są ręczniki, zakłady dysponują szerokim asortymentem potraw. I tu łyżka dziegciu, bo jednak – zdaniem redaktora – jakość tych potraw i obsługa w niektórych lokalach budzą poważne zastrzeżenia. Ale na koniec udzielił dobrej rady: więcej niż dotychczas zakłady gastronomiczne winny wprowadzać tzw. zup sezonowych: koperkowych, owocowych, chłodników, więcej jarzyn i owoców.

Czasy minione to także czasy racjonalizatorskich pomysłów, odgórnie wprowadzanych przez władze. Na gastronomiczne bolączki receptą miały być serwowane tzw. obiady domowe lub dania firmowe. Koncepcję ową sprawdzał reporter „Echa Dnia” na początku 1976 r. Kielecka gastronomia wciąż nie może wybrnąć z trwającego permanentnie kryzysu. Podstawowy zarzut: restauracje nie są nastawione na żywienie. Serwuje się dania drogie, mało urozmaicone. Próbą przełamania złych tradycji miało być wprowadzenie, zgodnie z centralnymi zaleceniami, tzw. obiadów domowych – czytamy.

Dziennikarz odwiedził w porze obiadowej kilka kieleckich lokali. „Świętokrzyska”, jeden z trzech zakładów gastronomicznych, gdzie wprowadzono obiady domowe, zamknięta z powodu dezynfekcji. „Łysogórska” nie sprzedaje w porze obiadowej alkoholu, ale i tak nie zachęca do wejścia. Zimno, ściany brudne. W karcie cztery zestawy dań. Jedyna zmiana w stosunku do okresu poprzedniego to zmniejszenie wyboru potraw i pogrupowanie ich w zestawy. Jak ocenia kierownik, od wprowadzenia obiadów domowych znacznie zmniejszyła się frekwencja. Podobną opinię ma kierowniczka baru „Mikrus”, gdzie obroty zmalały „dzięki” obiadom domowym. W karcie cztery zestawy, w tym „dyżurny” przez cały dzień kurczak. W pozostałych restauracjach uwzględnia się w karcie dania tzw. firmowe. Bonifikata waha się od 10 proc. np. w „Rybnej” czy „Centralnej” do 20 proc. w „Jodłowej”. Zestawy dobrane są w sposób niezbyt ciekawy, zdarza się zresztą, że są w karcie dania tańsze niż w tych „ulgowych” zestawach”.

Bar „Mikrus” na osiedlu KSM (fot. J. Siudowski, źródło: „Kielce”, Warszawa 1970).

Redaktor „Echa Dnia” był nieco rozgoryczony. Cóż, gastronomia odzwyczaiła nas, że do restauracji idzie się po prostu na obiad. Kierunek ten zresztą zdaje się umacniać – kończył swój reporterski zwiad. Cóż, racjonalizacja w PRL-owskim wykonaniu jakoś zbyt często wychodziła na opak.

Nie sposób opisać pokrótce wszystkich kieleckich lokali, które przez kilka dekad cieszyły się większą lub mniejszą estymą konsumentów. To zdecydowanie temat na solidną książkę. Nie sposób także pogodzić kulinarno-towarzyskie opinie wszystkich bywalców restauracji, barów czy zwyczajnych mordowni. Jak twierdzi jeden z mych rozmówców: – Knajpy są jak kobiety. Trzeba ich wiele poznać, by wybrać tę najlepszą….

Tekst: Jacek Korczyński

Za nieocenioną pomoc dziękuję bywalcom dawnych kieleckich lokali: Ryszardowi Harasimowiczowi i Ryszardowi Mikurdzie. W tekście wykorzystałem też artykuły z archiwalnych numerów kieleckiej prasy. Cenne były również opowieści zasłyszane podczas Głośnego Czytania Nocą poświęconego kieleckim knajpom, zorganizowanego niegdyś w Antykwariacie Naukowym Andrzeja Metzgera.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close