Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Żyją na świecie od ponad 100 mln lat, a więc dłużej niż człowiek. Codziennie budują, sprzątają, zbierają pyłek i nektar, a zimą odpoczywają. Od kilku lat stały się modne, zamieszkały w miastach, na dachach, w parkach, ogrodach. Bo bez nich – jak powiedział Albert Einstein – nie przeżyjemy czterech lat. O kim mowa? O pszczołach, jedynych na świecie owadach, które ludziom choć trochę udało się zrozumieć i okiełznać.

Choć są z nami od zawsze, ostatnio dobrej passy nie miały. Opryski pól, monokulturowe uprawy i lasy, zanieczyszczenie powietrza, pasożyty i choroby sprawiają, że pszczół i innych owadów zapylających jest coraz mniej. A gdy jest ich mało, zmniejsza się różnorodność przyrodnicza, zbiory, giną kolejne gatunki zwierząt i roślin. By poprawić los pszczół, na dachach i posesjach miejskich stawia się ule. W wielkich miastach działają już od kilku lat. Chwali się nimi Berlin, Londyn czy Warszawa. Ta moda dotarła także do Kielc. „Pszczoły wracają do miast” – to projekt koordynowany przez świętokrzyski oddział Ligi Ochrony Przyrody. Ule miejskie są na dachu Best Western Grand Hotel, Kieleckiego Centrum Kultury, w firmie Formaster. Opiekuje się nimi Krzysztof Antoszewski z wykształcenia inżynier po Akademii Górniczo-Hutniczej, pracownik Politechniki Świętokrzyskiej, a po godzinach pszczelarz. Sam przedstawia się jako „Człowiek pszczoła” i marzy, żeby w Kielcach było sto uli. Kilkanaście już stoi.

Medialny szum wokół pszczelej akcji na pewno jest potrzebny: ludzie zrozumieją ich rolę w przyrodzie, być może przestaną się ich bać. Ważne jednak, by nie zapomnieć, że tradycje pszczelarskie na ziemiach świętokrzyskich sięgają prawie… 900 lat wstecz. Wtedy pszczoły mieszkały w lasach, a ludzi opiekujących się nimi nazywano bartnikami. Najstarsze dokumenty dotyczące pszczół na naszych ziemiach pochodzą z 1179 roku. Dotyczą uprawnień do dziania barci dla opactwa cystersów w Wąchocku. Cech bartny powstał na naszych terenach w 1629 roku, a biskup Marcin Szyszkowski wskazał na siedzibę Daleszyce. Cech skupiał bartników z Klucza Kieleckiego i Cisowskiego. Oddzielny cech dla Kielc utworzono dopiero w 1715 roku. A pszczelarze, z lepszym czy gorszym powodzeniem, działają w naszym regionie do dziś.

Pszczoły na działkach

Spory budynek przy bramie prowadzącej do ogródków działkowych przy ul. Morcinka. Za ogrodzeniem dwa ule. To tu od sześciu lat swoją siedzibę ma Świętokrzyskie Stowarzyszenie Pszczelarzy, które skupia aż 420 opiekunów miododajnych owadów. Najstarszy z nich ma lat 90, najmłodszy – około 15 i właśnie wybiera się do technikum pszczelarskiego. Wszyscy mają pod opieką ponad 10 tys. rodzin. Przyjmuje mnie wiceprezes, Adam Król. Gdy rozmawiamy, do biura przychodzą kolejni pszczelarze i pszczelarki. Przyszli pogadać, poradzić się, kupić słoiki, bo zbliża się pora kolejnego miodobrania.

– Przejąłem pasiekę po dziadku 20 lat temu. Wcześniej opiekowałem się pszczołami razem z nim. Już jako dziesięciolatek w kaloszkach i solidnym ubraniu zaglądałem do ula. Tamte pszczoły były mocno agresywne, odmiana kaukaska. Teraz stosuje się inne gatunki – wyjaśnia. Pszczelarstwo dla pana Adama to hobby, pracuje jako przedstawiciel handlowy. Pszczoły trzyma w  gospodarstwie po dziadku w Solcu Zdroju oraz w Świętej Katarzynie. Zagląda do nich co najmniej raz w tygodniu, ale w opiece pomaga mu także… waga pasieczna. – SMS-y, ile ważą moje ule, przychodzą mi codziennie. Dzięki temu wiem, czy w ulu przybywa miodu, czy może pszczoły zaczynają zjadać swoje zapasy – wyjaśnia. Wspomina także o montowanych do uli GPS-ach, które zabezpieczają domki przed kradzieżą.

– Ale chorób aplikacja nie sprawdzi – zaznacza. I opowiada o licznych wirusach, bakteriach które pszczołom zagrażają. Roztocza, żerujące na czerwiach i dorosłych pszczołach, wypijają ich hemolimfę. Pszczoła zakażona warrozą źle się czuje, jest mniej odporna. Pszczelarze najbardziej boją się zgnilca amerykańskiego. Choć atakuje tylko larwy, które zamiast się rozwijać, gniją, najskuteczniejszą metodą jest spalenie ula i pszczelej rodziny. To mocno zakaźna choroba, więc gdy dotknie pasiekę, lekarz weterynarii ustala urzędowy obszar zapowietrzony, z którego nie wolno przenosić ani uli, ani pszczelich rodzin. Larwy mogą też wapnieć, gdy dotknie ich grzybica. Z kolei przez nosemozę pszczoły opuszczają ul przed zimą i do niego nie wracają. Nie na wszystkie choroby są skuteczne lekarstwa. – Nie wolno stosować antybiotyków – tłumaczy Adam Król. – Możemy jedynie okadzać lub wieszać paski nasączone inną substancją leczniczą.

Pszczelarze zaglądają do ula nie tylko, by sprawdzić stan zdrowia owadów lub zabrać miód. Raz na jakiś czas pszczela rodzina chce się przeprowadzić, czyli wyroić. Wychodzi stara matka, zabiera swoją świtę i nawet 4 litry miodu. Pszczelarz nie powinien do tego dopuścić, bo w jego ulu zostanie niewiele pszczół, a odbudowa owadziej społeczności trochę potrwa. Niekontrolowane rójki mogą także „zamieszkać” w pniu drzewa, kanałach wentylacyjnych, pod podłogą czy na strychu, a pozbyć się ich nie jest łatwo. – Rodziny są różne, podobnie jak u ludzi. Jedne lubią pracować, a inne tylko wyjeżdżać na wakacje lub liczyć 500+ – śmieje się wiceprezes Król.

Jej wysokość matka

W ulu panuje hierarchia. Młoda pszczoła, która się urodzi, nie zaczyna od zbierania pyłku. Najpierw musi produkować mleczko, sprzątać. Wylot z ula na oblot i do pracy to już duży awans. I ma na to niewiele czasu, bo robotnice żyją tylko 3 tygodnie. Rządzi matka, którą pszczoły „wychowują”, dokarmiając jedną larwę tylko pszczelim mleczkiem. Młoda królowa wylatuje na gody tylko raz, unasiennia ją kilka, a nawet kilkanaście, trutni i to musi jej wystarczyć aż na 5 lat! O tym wydarzeniu wie cała pasieka. Trutnie gromadzą się w pobliżu ula, z którego wyleci jego władczyni. Po godach matka wraca i… zaczyna znosić jajeczka (fachowo nazywa się to czerwieniem). – To ona decyduje, czy unasienni jajeczko i powstanie pszczoła, czy tego nie zrobi i będzie truteń – wyjaśnia pan Adam. Choć to wygląda na despotyzm, nie do końca tak jest. ­Gdy matka ma za mało nasienia, jej poddane wiedzą i po dwóch latach mogą próbować ją wymienić. Wtedy powstają mateczniki, z których mogą wygryźć się nowe matki. Będą w ulu walczyć o wpływy. Wydają wtedy charakterystyczne dźwięki, piszczą i starają się zgromadzić wokół siebie jak największą świtę. Najsilniejsza wygrywa, inne muszą poszukać sobie nowego domu – wyjaśnia. Z kolei cicha wymiana to coś w rodzaju pokojowej rewolucji. ­Pszczoły „gotują” matkę. Zawijają ją w kłąb, podnosząc w ten sposób temperaturę. Matka umiera, a one wynoszą ją z ula. Ciągle tylko nie wiadomo, kto decyduje o tym, by królową zdetronizować. Może jakiś komitet centralny lub zarząd? – śmieje się wiceprezes.

Pokochać pszczołę

Dobry pszczelarz to nie tylko ten, który opiekuje się owadami. Ważne jest także to, jak traktuje się pasieki innych. ­Do tego trzeba mieć serce i zasady, być uczciwym. – Znam historie wstawiania uli w pożytek, czyli rośliny zasadzone przez innego pszczelarza. Zdarzają się kradzieże, zapiankowanie wlotek, palenie, wywracanie uli – ze smutkiem opowiada wiceprezes. Ważne jest, by w tych konfliktach pomiędzy hodowcami nie zapominać o pszczołach. – Te zwierzęta nie są niczemu winne. Rozrabiają ludzie – pointuje wqiceszef stowarzyszenia. Także myśli o postawieniu uli w mieście.­ Marzy mu się, by uliki stanęły na szkole na Bocianku. Tam jest tyle lip, po sąsiedzku park – wyjaśnia. Jednak zastrzega: – By pszczoły w mieście czuły się świetnie, musimy trochę inaczej traktować zieleń. Przydałyby się łąki kwietne, więcej kwiatów na rabatach, dobrze by było, gdyby np. kosić trawę dopiero, gdy przekwitnie mniszek lekarski, dmuchawiec, jeden z pszczelich przysmaków – wymienia.

Pszczoły są boskie

Czy pszczoły w mieście przeżyją? Zdecydowanie tak. By się o tym przekonać, nie musimy czekać, na rozwój akcji „Pszczoły w mieście”. Wystarczy wybrać się na ul. Warszawską, gdzie przy parafii św. Franciszka z Asyżu, prowadzonej przez ojców kapucynów, od 5 lat działa pasieka. Pod murem stoi już 25 uli, a pszczołami opiekuje się ojciec Józef Mońko. Pochodzi z Tenczyna, a pszczoły zna od dziecka.­

– W moim rodzinnym domu była pasieka, potem opiekowałem się ulami w klasztorach w Krakowie i  Krośnie – opowiada. Spacerując latem ulicami Kielc, ojciec Józef pomyślał, by postawić je przy kościele. – Widziałem, jak pięknie kwitną lipy, ale nie dostrzegłem w pobliżu ani jednej pszczoły. Opowiedziałem o tym braciom. A już następnego lata miałem do opieki trzy ule. Właściwie dostałem je na imieniny.

Teraz jest już ich znacznie więcej. Wszystkie, poza pierwszymi trzema, zakonnik zrobił sam. Jeden edukacyjny, z szybką ukryta pod ścianką. Czasami mnicha odwiedzają klasy szkolne, by czegoś się o tych owadach dowiedzieć. Jego pszczele domki są wyjątkowe. Jeden przypomina bryłę kościoła, drugi góralską chatę, kolejny wydrążył w pniu, kilka pokrytych jest strzechą.­ Ojciec Stanisław Szlosek, który wpadł na pomysł tego prezentu dla mnie, uznał, że te pierwsze trzy są brzydkie. Tłumaczyłem mu, że to pszczoły mają być ładne, a nie ul, ale nie dał się przekonać. Postanowiłem więc coś z tym zrobić. I zimą, w wolnym czasie, zamiast nudzić się, czy grzeszyć, zacząłem robić ule. Tata był cieślą, kołodziejem, stolarzem – więc na tym też się znałem – wspomina ojciec Józef. Do dzieł zakonnika dołączyła także rzeźba mnicha, który dłońmi ochrania wlatujące owady. Wykonał ją pan Andrzej Słonina, rzeźbiarz z Bogdanówki, malutkiej wioski położonej w górskiej gminie Tokarnia, a opiekun kościelnych pszczół przerobił ją na ul.

Rozmawiamy tuż obok pasieki. Dookoła mnie słychać bzyczenie, wre praca. Pytam, czego powinniśmy uczyć się od pszczół. – Pracowitości, porządku, budowania, a nie niszczenia. Gospodarności. Wszystkiego, bo to genialne stworzenia – tłumaczy Józef Mońko, który docenia także ich zmysł i orientację: – Przyjrzyjmy się tej pasiece. Ule stoją w rządku, kilka jest do siebie podobnych, a pszczoły i tak wiedzą, do którego mają wrócić, nie szukają swojej rodziny. Ojciec Józef nie czuje się hodowcą, ale raczej opiekunem pszczół. – One robią miód, a ja od czasu do czasu im go kradnę. Mam też darmową apiterapię, gdy mnie użądlą i… przede wszystkim fascynujące zajęcie. Kiedyś żyłem bez pszczół, a teraz już sobie tego nie wyobrażam – podsumowuje i żegna się, bo kościelne obowiązki wzywają.

Pszczoły w lesie

Dające miód owady wyprowadziły się nie tylko z miast czy pól. Opuściły także swoje najbardziej naturalne środowisko, lasy. Na szczęście leśnicy z pasją starają się, by tam wróciły. Służy temu projekt realizowany przez Nadleśnictwo Daleszyce. Jego skromne efekty widać już w lesie, gdzie wiszą dwie kłody bartne, w tym jedna zamieszkana przez pszczoły. Leśnym pszczelarstwem, czyli bartnictwem, zajmuje się Łukasz Czubak Podleśniczy Leśnictwa Sieraków. Prywatnie jest pszczelarzem, a bartnictwo traktuje jak hobby. –  Nie chodzi o pozyskiwanie miodu, a o zwiększenie liczby zapylaczy w ekosystemie. Dzięki odpowiedniej opiece rodziny pszczele z lasów będą się roić, zasiedlać kolejne barcie, dziuple w drzewach – wyjaśnia Tomasz Stachera, rzecznik Nadleśnictwa Daleszyce. – Chcemy się w tym kierunku rozwijać, wypełniając misję edukacyjną. Kupiliśmy sprzęt do dziania kłód bartnych w ramach „Leśnego Kompleksu Promocyjnego Puszcza Świętokrzyska”: skobliczki, cieślice, pierzchnie. Dzięki tym narzędziom drążymy następne kłody bartne, pokazując społeczeństwu jak to kiedyś wykonywano. Gotowe kłody bartne wieszamy na drzewach i czekamy na pszczoły w towarzystwie uczniów z lokalnych szkół – dodaje.

Bartnik (prawie) monopolista

Poza własną działalnością, leśnicy dzierżawią także lasy leśnym pasiekom. W świętokrzyskim swoimi pszczelimi rodzinami opiekuje się jeden z niewielu polskich bartników Marek Grabowski. Nie chce powiedzieć, ile kłód bartnych ma, ale nazywa się monopolistą na polskim rynku. Nie chce też powiedzieć, od kiedy się bartnictwem zajmuje. – To tajemnica handlowa, ale dostatecznie długo, by pani taką działającą barć pokazać – wyjaśnia. Zaprasza mnie na wyjątkową wyprawę po lasach, od barci do barci, starym jeepem, w towarzystwie psa Goofiego. – On jest w pracy – wyjaśnia pan Marek. ­ Szybciej ode mnie usłyszy, że pszczoły atakują i schowa się do samochodu. Będę wiedział, że jak Goofi wieje, to ja też już dawno powinienem. Jestem zadowolony, że nie wszystkie moje pszczoły są łagodne i że ludzie się trochę ich boją, bo ciekawskich nie brakuje.

Barć, a raczej kłody bartne, w lesie spotkać niełatwo. Nie wszystkie wiszą przy leśnych drogach. Niekiedy musimy przedzierać się przez krzaki, chaszcze, powalone drzewa. Oddalone są od siebie o około 2 km. Na dodatek, by się do nich dostać, trzeba wejść na drabinę, bo kłody wiszą na wysokości kilku metrów. – Bartnictwo to jest wiedza, a nie robota. Pszczelarz ma procedury, ja muszę reagować na to, co widzę dookoła, bo barć się otwiera rzadko. Wewnątrz nie ma ramek, woskowej węzy, która w ulach jest stelażem do budowy plastra. U mnie pszczoły muszą wszystko zbudować same, mają więcej pracy. Gdy wytnę plastry ­ będą musiały je odtworzyć – wyjaśnia. Gdy potrzeba, bartnik dokarmia je naturalnymi produktami: ekstraktem z miodu wymieszanym z wodą ze studni. Wiesza je w wiaderkach w pobliżu kłód.

Na pszczoły patrzy nie jak na owady, ale superorganizm. – Barć to jego skóra. To zwierzątko rośnie, porusza się w odległości 1,5 km od domu i uprawia rośliny, a nie ziemię. A my, ludzie, zajmujemy się ziemią, bo nie mamy skrzydeł, nie umiemy latać z pędzelkiem i zapylać. Potrzebujemy ziarenek. Im większe, tym lepsze i dla nas i dla innych zwierząt – wyjaśnia mechanizmy rządzące przyrodą.

Ta flota ma moc

Z wykształcenia jest inżynierem po Politechnice Warszawskiej. Chciał projektować samoloty. – Teraz mam niezłą flotę – śmieje się. O historii bartnictwa Grabowski wie dużo. – To był zawód zaufania społecznego. Ci ludzie odpowiadali przecież za wysokość plonów, bo zapewniały je zapylające rośliny pszczoły. Miód potrzebny był także do odkażania wody, wosk do konserwacji skór – wyjaśnia. Jak to się stało, że bartnictwa w lesie już nie ma? – Dawniej uprawiano ziemię na specjalnie wykarczowanych polankach w lesie. Kiedy zaczęły powstawać duże pola, pszczoły z lasu nie dawały rady dolecieć, by zapylić rośliny, więc powstały pierwsze ule, a pozyskiwać z nich miód było łatwiej. Zaszkodziły nam też powstania, zwłaszcza styczniowe. Bartnicy znali lasy jak mało kto, więc byli przewodnikami walczących, a to przeciwnikom się nie podobało. Car Aleksander III w 1888 roku zakazał bartnictwa w Puszczy Białowieskiej, bo chciał tam mieć miejsce do polowań – odpowiada z przejęciem. Na dowód pokazuje mi stare drzewo z dziuplą o regularnym otworze przy drodze z Borkowa do Pierzchnicy. Twierdzi, że to barć. ­To zabytek naszej kultury i tożsamości narodowej. Z tego otworu pokolenia wyciągały miód. Teraz przy tej drodze prędzej czy później padnie – dodaje smutno.

Miód bartny jest drogi, bo zdrowy, a pozyskać go nie jest łatwo. – Wybieram ten, który pszczoły zostawiają na zapasy, by w następnym sezonie wykarmić larwy. Mam stałych odbiorców, niektórzy kupują ode mnie barcie w ciemno, inni wolą miód razem z plastrem. Wczoraj odwiedzając pszczoły, zjeździłem 100 km, są dni, kiedy nie wychodzę z lasu – opowiada. Przyznaje, że mimo wszystko lubi takie życie. Do akcji ekologicznych nie jest do końca przekonany. – Pszczoły ratujemy, a komary chcemy wybić, bo gryzą. Jeden daje dotację na zabijanie, drugi na odbudowanie i się tak bawimy naszą planetą – podsumowuje.

O pszczelarstwie w Świętokrzyskiem pisać można długo, bo tematów znaleźć można jeszcze wiele: wspomnieć o pomniku pszczoły przy ul. Żeromskiego, kaplicy pszczelarskiej z wizerunkami patrona, św. Ambrożego, w kościele pw. Maksymiliana Kolbego, Świętokrzyskim Związku Pszczelarzy, wymieniać gatunki miodów, odwiedzić kolejne pasieki, nadleśnictwa. Bo ta tradycja ma prawie 900 lat i nadal jest żywa. Pszczelarze opiekują się swoimi ulikami, barciami z prawdziwą pasją. Mają energię, cierpliwość, ogromną wiedzę. Towarzyszą swoim pracowitym owadom, podglądają, kibicują. I robią to stale, choć nie w blasku fleszy.

Tekst Agnieszka Kozłowska-Piasta, zdjęcia: Michał Walczak, Łukasz Czubak

Przy opisywaniu historii bartnictwa i pszczelarstwa korzystałam z: broszury „Świętokrzyskie – kraina miodem płynąca” oraz monografii Piotra Kacprzaka ,,Nadleśnictwo Daleszyce 1918- 2018 100 lat służby lasom, ludziom, Ojczyźnie”.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close